Wakacje to czas odwołań od ocen prac maturalnych. Jeśli zdający ma wątpliwości co do uzyskanego wyniku, może wystąpić do Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej o wgląd do pracy. Wymaga to sporej mitręgi – zgłoszenia wniosku, odczekania kilka dni na wyznaczenie terminu, stawienia się osobiście we wskazanym czasie, liczonym już w tygodniach od złożenia wniosku, w siedzibie właściwej OKE, co dla wielu osób wiąże się również z koniecznością podróży. Ponieważ jednak doniesień o błędach egzaminatorów nie brakuje, a kontrola NIK w roku 2025 urzędowo wykazała, że odsetek prac błędnie ocenionych w jednej OKE może sięgać nawet 20, liczba zainteresowanych jest duża. Szczególnie gdy w grę wchodzi sprawdzenie wyniku skutkującego oblaniem matury, albo słaby rezultat na poziomie rozszerzonym, ograniczający szansę dostania się na upatrzony kierunek studiów. I to pomimo wysiłku wiceministry Lubnauer, która specjalną rolką w internecie w swoim czasie brawurowo unieważniła wyniki wspomnianej kontroli.
Początek lipca to dogodny moment, by przyjrzeć się temu, co przyniósł polskiej edukacji miniony rok szkolny. Co prawda rozum radzi zapomnieć na pewien czas o sprawach zawodowych, serce jednak nie sługa i każe pochylić się nad klawiaturą, by rzucić światło na sprawy, w mojej ocenie szczególnie istotne z punktu widzenia funkcjonowania szkoły. Tym bardziej, że bulgotało w kotle zwanym „polską edukacją” bardzo intensywnie.
Najwięcej działo się pod sztandarem przygotowań do reformy „Kompas jutra”, prezentowanej przez ministry „właściwe do spraw edukacji” jako panaceum na wszelkie oświatowe bolączki. Niestety, była to – i jest nadal – klasyczna propaganda sukcesu. Planowane zmiany nie rokują rozwiązania żadnego z palących problemów, z jakimi borykamy się dzisiaj w placówkach oświatowych. Nie dotykają konieczności pracy z rosnącą rzeszą młodych ludzi wymagających indywidualnego podejścia i codziennego wsparcia pedagogicznego, zbyt wielkiej w tym kontekście liczebności grup przedszkolnych i klas szkolnych, a także coraz większych i coraz trudniejszych do zaspokojenia oczekiwań społecznych. Już tylko to stawia pod znakiem zapytania sens całego projektu.
Bez większego rozgłosu pojawił się projekt ustawy wprowadzającej państwowy e-dziennik. Niemalże już, zaraz, od ręki, bo pilotaż ma ruszyć za niespełna dwa miesiące, a od września 2027 roku ma już być dostępna wersja w pełni funkcjonalna. Podobno bezpłatna, co ma ją odróżnić od powszechnie dzisiaj używanych e-dzienników oferowanych przez firmy prywatne. W tym momencie aż prosi się, by przypomnieć mądrość ludową, że nie ma darmowych obiadów – ktoś będzie musiał ponosić koszty utrzymania systemów umożliwiających eksploatację. Nie licząc już nawet bieżącej obsługi, bo tę już dzisiaj zapewniają pro bono nauczyciele i dyrektorzy szkół, w ramach swojego 40-godzinnego tygodnia pracy.
Za sprawą grupy pasjonatów, napędzanej entuzjazmem Małgorzaty Żuber-Zielicz i nieocenionym wsparciem Fundacji Punkt Wiedzy, z Prezeską Katarzyną Werner na czele, udało się ostatnio wskrzesić Warszawskie Forum Oświatowe. Powstałe na początku lat 90-tych XX wieku, stanowiło w owym czasie arenę ożywionych debat na temat stołecznej edukacji, przekładających się także na praktyczne działania w lokalnej polityce.
Minęło pół roku od uroczystych obchodów 35-lecia STO na Bemowie. Dość, by z perspektywy czasu opisać wydarzenia, które miały miejsce w naszej szkole 4 i 5 grudnia, i z pomocą naocznych świadków zakląć ich wspomnienie w pamiątkową fotografię, do postawienia na internetowej serwantce, w nadziei, że wichry historii nie zdmuchną jej zbyt szybko.
Tsunami komentarzy przetoczyło się w internecie po ujawnieniu, że na skutek interwencji Rzeczniczki Praw Dziecka w Pszczynie zapanuje równość i żadne dziecko uhonorowane(!) świadectwem z biało-czerwonym paskiem nie dostanie w prezencie porcji lodów w lokalnej lodziarni, choć tak właśnie działo się od ćwierć wieku. Pozostał mi po nim gruby pokład niezbyt pięknie pachnących przemyśleń. Podzielę się z nimi, z góry zastrzegając, że nie mam zamiaru roztrząsać tej konkretnej sytuacji, zachowania i pobudek jej aktorów, ale spróbuję na tej kanwie pokazać od strony pedagogicznej krzywdę, jaką robimy całej populacji młodych, w szlachetnej i słusznej intencji ulżenia doli tych, którzy bez swojej winy zostali poszkodowani przez los.
Przy minimalnym tylko rozgłosie procedowany jest właśnie projekt rozporządzenia MEN, zmieniającego niektóre regulacje dotyczące oceniania, klasyfikowania i promowania uczniów. Zmiany dotyczą kilku obszarów działalności szkoły i choć są wycinkowe, to w większości dość istotne, więc warto się z nimi zapoznać. Omówię je tutaj w kolejności, jaką przyjęto w uzasadnieniu, które zdecydowanie ułatwia ich ogarnięcie i rozszyfrowanie intencji autorów.
Przy okazji publicznej dyskusji na temat wprowadzenia instytucji rzeczników praw uczniowskich, w której stanąłem po stronie krytyków tego pomysłu, przypomniała mi się pewna historia sprzed niespełna dwóch lat. Pierwotnie potraktowałem ją jako inspirację do napisania kolejnego artykułu, potem jednak odłożyłem ten pomysł do szuflady, by doczekał odpowiedniego kontekstu. Myślę, że właśnie nadszedł czas, by do niego powrócić.
Opublikowany przeze mnie na fejsbuku krótki post z krytycznym komentarzem do tryumfalnego ogłoszenia Ministerstwa Edukacji Narodowej, że projekt ustawy o prawach i obowiązkach uczniów został „pozytywnie zaopiniowany i rozpatrzony” przez sejmową Komisję Edukacji i Nauki, zyskał na tyle duży rozgłos, że postanowiłem rozwinąć ten temat na użytek czytelników bloga.
Odpowiadając na tytułowe pytanie: można. Należy. Warto! W dobrze pojętym interesie dziecka i społeczności, do której ono należy. Poniżej garść moich przemyśleń na ten temat, inspirowanych szkolną codziennością.
* * *
Cały czas usilnie staram się do tego przyzwyczaić i cały czas mam z tym problem. Chodzi o brak zaufania do nauczycieli; przekonanie niektórych rodziców, że potrafią kompetentnie wskazać ich błędy i opisać, jak powinni postąpić w sposób właściwy. Taka postawa pojawia się w różnych sytuacjach, na przykład w postaci komentarza do przebiegu zajęć, ustalonej oceny, notatki wpisanej w sprawdzonej pracy klasowej, informacji o takim czy innym szkolnym działaniu. I nie jest okolicznością łagodzącą wykształcenie nauczyciela, jego doświadczenie, ogarnianie tematu w szerszym kontekście, np. całej klasy, a nie tylko pojedynczego dziecka.