Sukces ma wielu rodziców, porażka jest sierotą. W myśl tego porzekadła sierotą stał się nowy przedmiot szkolny – edukacja zdrowotna. Ministerstwo Edukacji Narodowej, które już wcześniej musiało przyjąć wiele bolesnych ciosów ze strony zjednoczonych w proteście sił konserwatywnych, z Episkopatem na czele, we wrześniu stało się adresatem krytyki także liberalnej części komentariatu, obserwującej, jak młodzi ludzie gremialnie rezygnują z uczestnictwa w tych zajęciach, głosując nogami za skróceniem czasu swojego pobytu w szkole. Indagowane na okoliczność tego zjawiska Ministerstwo stwierdziło, że „decyzja, czy przedmiot ma być obowiązkowy, czy nie, została podjęta po rozmowach z nauczycielami i środowiskiem szkolnym”. Cytuję te słowa za red. Olgą Szpunar z „Gazety Wyborczej”, która w artykule Pytamy Barbarę Nowacką, czy żałuje, że edukacja zdrowotna jest nieobowiązkowa. "To przez nauczycieli", przytoczyła też cały szereg głosów, z których wynikało, że to nie nauczyciele stoją za taką a nie inną decyzją.