Aktualności

Państwo z dykty i ludzkie oblicze Sanepidu

   Trafił nas pierwszy w tym roku szkolnym COVID. Zachorowała nauczycielka, szczęśliwie lekko, a jeszcze szczęśliwiej, zdiagnozowano ją dopiero po 8 dniach nieobecności w szkole. To znaczy, że ominęła nas kwarantanna, bo końcówka dziesięciodniowej karencji przypadła na weekend. Jak jednak można było się spodziewać, zgłosił się Sanepid z prośbą o listę osób „z kontaktu”. Dotyczyło to tylko jednego dnia, więc po krótkim śledztwie wytypowaliśmy 35 uczniów, którzy wtedy mieli z tą panią zajęcia. No i zaczęły się schody.

   Okazało się, że teraz trzeba wszystkich zgłosić online, wypełniając stosowny formularz na stronie gov.pl. Dla każdego imię, nazwisko, Pesel, kontakt telefoniczny, dokładny adres. Na każdego około dwóch minut, nie licząc czasu poświęconego wcześniej na tropienie kogo wpisać, a potem na przygotowanie zestawienia, z którego wpisywaliśmy dane do formularza. I w tym właśnie miejscu trafił mnie jasny szlag! Przecież mamy piękne, aktualne dane wszystkich uczniów w systemie SIO, który mógłby się choć raz nam do czegoś przydać! Co za państwo z dykty, które nie potrafi wpaść na pomysł – wiedząc przecież, że zakażenia jesienią będą, aby w tym cholernym SIO przygotować funkcjonalność polegającą na odhaczaniu przez kliknięcie wybranych nazwisk uczniów (nauczycieli zresztą też), a następnie, znowu jednym kliknięciem, wysłać ten zestaw we właściwe miejsce. Ale żeby mieć taki pomysł trzeba posiadać choćby elementarny szacunek dla ludzkiej pracy, co w warstwach rządzących jest niespotykane! Mogą coś o tym powiedzieć choćby pracownicy ZUS, a także administracja szkolna, której poświęca się mniej uwagi i szacunku, niż umeblowaniu budynków, w których pracują.

   Muszę jednak przyznać, że w całej tej historii znalazły się też jasne punkty. Najpierw zupełnie nie chciały mi „wchodzić” do systemu uczniowskie Pesele, które otrzymałem z sekretariatu. Wkurzony na maksa zadzwoniłem na infolinię Inspekcji Sanitarnej, żeby się trochę wyładować. Tam z pełnym spokojem poinformowano mnie, że mnóstwo szkół wprowadza dane i jakoś nikt się nie skarży (co pewnie i mnie dałoby do myślenia, gdybym nie był tak wkurzony). Ale dobrze, mam podać swoje nazwisko, a Sanepid się ze mną skontaktuje i zgłoszę wszystkich telefonicznie. Po odłożeniu słuchawki, już uspokojony, spojrzałem krytycznym okiem na zestawienie danych i doznałem olśnienia. Oto po prostu EXCEL zjadł wiodące zera numerów PESEL – bo wszyscy obecni uczniowie takie zera w Peselu mają. Błąd w sekretariacie, gapiostwo moje, żadna wina Sanepidu i urzędowego formularza. Więc kiedy zadzwonił inspektor gotowy pochylić się nad moim problemem, mogłem powiedzieć, że już wszystko w porządku. Zostało to przyjęte z uprzejmym spokojem, a ja po raz kolejny przekonałem się, że podczas pandemii szeregowi pracownicy Sanepidu, z którymi się kontaktowałem (a wiosną było to baaardzo często) zawsze byli uprzejmi, pomocni i sympatyczni. Przy swojej naprawdę trudnej w tym czasie pracy. Szacun!

   Pozostało tylko nieco ponad godzinę wprowadzania danych, co z powrotem zepsuło mi humor. Na szczęście uczniów było do wpisania 35 a nie 350. A kiedy już kliknąłem „Wyślij” i dostałem zwrotkę, że jest ok., po chwili zadzwonił telefon. - Inspekcja Sanitarna – usłyszałem, a następnie imię i nazwisko, które umknęło mojej uwadze.

   - Dostałam Pańskie zgłoszenie, Panie Dyrektorze, a w nim numer telefonu. Więc dzwonię pozdrowić Pana i żonę.

  Szczęka mi opadła. Na szczęście miałem dość refleksu, żeby po krótkiej, ale bardzo miłej rozmowie przyznać, że nie dosłyszałem nazwiska. Kiedy padło ponownie, wszystko stało się jasne – nasza uczennica, z klasy wychowawczej mojej żony. Ze mną podróżowała czasem po Polsce na turystycznych imprezach, a raz nawet, w Beskidzie Wyspowym, zjechała z góry na quadzie GOPR-u, bo nabawiła się kontuzji podczas zbyt intensywnej zabawy całej grupy w „Granat!”. Piękne wspomnienia. I ta świadomość, że zechciała zadzwonić, przypomnieć się, pozdrowić, co oznacza, że zachowała szkołę w dobrej pamięci. To dla dyrektora niczym order Virtuti Militari.

   No i mam teraz znajomość w Sanepidzie. Bezcenne...

Sposób na NOP

   Pani Ewa Pytlak została dzisiaj zaszczepiona pierwszą dawką preparatu firmy AstraZeneca. W tym skądinąd niezwykle radosnym wydarzeniu towarzyszyła jej ogromna obawa, ponieważ wcześniej naczytała się sporo na temat Niepożądanych Objawów Poszczepiennych (NOP). Życie napisało jednak dość nieoczekiwany scenariusz.

   Po powrocie do domu ze szpitala węzłowego najlepsza z żon postanowiła skorzystać z dobrego (na razie) samopoczucia i udać się na spacer. Zeszła trzy piętra w dół, a następnie wywinęła efektownego orła na oblodzonych schodkach przed klatką schodową i dotkliwie się potłukła. Jakimś cudem zdołała jeszcze dobrnąć do apteki, by kupić maść na swoje siniaki, i wróciła do domu, by zalec na kanapie. Pod wieczór, kontemplując ból z odniesionych obrażeń stwierdziła w pewnym momencie ze zdumieniem, że nawet miejsce szczepienia już jej nie boli. W domu panuje więc w tej chwili delikatny optymizm, choć oboje poruszamy się krokiem posuwistym i niepewnym, małżonka z powodu bólu całego boku, a ja po wczorajszej grze w badmintona.

   Jedna z nauczycielek z naszej szkoły, również dzisiaj zaszczepiona, dowiedziawszy się o upadku Ewy, przysłała SMS-a pełnego troski I żalu: „Rety :-(! Mam nadzieję, że nic poważnego. Mnie bardzo rozbolała głowa. Nie pomyślałam, żeby wpaść na ścianę, żeby nie myśleć, że to po szczepionce :-)”.

   Morał z tej anegdoty taki, że zbytnia obawa przed NOP może wzmagać złe samopoczucie, co stwierdzam uroczyście jako człowiek, który niejeden ból sobie w życiu wymyślił. Nazywa się to psychosomatyka. Życzę więc wszystkim optymizmu, tym bardziej, że większe po szczepieniu poczucie bezpieczeństwa jest bezcenne.

   A przy okazji przekazuję też informację od naszej niemieckiej przyjaciółki, pracującej w przedszkolu w Hamburgu. U nich nauczyciele w kolejce do szczepienia są na szarym końcu. I ona nam bardzo zazdrości…

Historia zatoczyła koło lub walcem się wciąż toczy

   W 37 numerze tygodnika „Przegląd” piękny zarys sylwetki Mariana Falskiego, zapisany przez Roberta Walenciaka w artykule „Pan od elementarza i jego tajemnice”. Nazwisko bohatera może być obce tylko młodemu pokoleniu, bowiem ludzie nawet sporo młodsi ode mnie mieli jeszcze w szkole do czynienia z „Elementarzem” (wznawianym zresztą jeszcze długo po oficjalnym zakończeniu swojego żywota w roli oficjalnego podręcznika szkolnego).

   Nie jest przypadkiem, że postać tę przy okazji rozpoczęcia kolejnego roku upadku polskiej szkoły przypomniał lewicowy tygodnik; był Marian Falski bowiem socjalistą z przekonania i budowniczym Polski Ludowej, choć sposób, w jaki odegrał tę ostatnią rolę mogą mieć mu za złe tylko nawiedzeni pogromcy „komuny”.

   Z przyjemnością przeczytałem cały tekst, w którym autor zawarł elementy biografii autora „Elementarza”, którymi obdzielić można by kilku ludzi. A postanowiłem napisać o tym na użytek Czytelników „Wokół szkoły”, z powodu zamieszczonego w nim za książką Mariana Falskiego „Z okruchów wspomnień” (Wyd. UKW w Bydgoszczy) fragmentów jego wspomnień, spisanych u schyłku życia:

   „Okres mojej przeszło 25-letniej pracy w szkolnictwie po Drugiej Wojnie Światowej był okresem nieustannej szarpaniny”.

   „Kiedy się dziś zastanawiam nad źródłami tej martyrologii, widzę je przede wszystkim w walce, prowadzonej przez nowy system polityczny z przeszłością.”

   „Oddawano też kierownictwo oświatą nie w ręce pedagogów, lecz polityków rządzących się sztywnymi doktrynami i traktujących każde najmniejsze muśnięcie tych doktryn jako przestępstwo i wrogi „rewizjonizm”. (…) Każde posunięcie tej władzy wymagano traktować jako nieomylne i jedynie słuszne, mimo że przechodzono całe okresy jej własnych błędów i wypaczeń”. (…) A przecież przy dopuszczaniu ludności do głosu i krytyki i należytym braniu tego głosu pod uwagę, można było bez żadnej szkody, a tylko z pomocą dla rozwoju socjalizmu zapobiec tym spaczeniom i wypadkom”.

   Brzmi znajomo, prawda?

   Moja osobista „szarpanina” i wyraźnie widoczna na oświatowym polu „walka nowego systemu politycznego z przeszłością” (tą wcale nie tak bardzo odległą) datują się dokładnie na minionych lat pięć Natomiast „oddawanie kierownictwa oświatą nie w ręce pedagogów, lecz polityków” oraz wymaganie, żeby „każde posunięcie tej władzy (oświatowej) traktować jako nieomylne”, to opis sytuacji niezmiennej od czasu dłuższego niż moje życie, co niemal dokładnie 50 lat po skreśleniu przez Mariana Falskiego cytowanych tu zapisków, trzeba sobie wreszcie wyraźnie powiedzieć.

   Widać wyraźnie na przykładzie polskiej oświaty, że historia zatacza koło, albo – co gorsza – toczy się jednostajnie niczym walec, popychany przez kolejne pokolenia nawiedzonych polityków, ufnych w swoją rację i nieomylność.

   Postscriptum:

   W rzeczonym artykule znalazłem jeszcze jedno fascynujące zdanie:

„W roku 1933 ukazały się dwa rodzaje „Elementarza” – dla szkół miejskich i dla szkół wiejskich. Oczywiście główne strony były wspólne, różnica polegała na umiejscowieniu wydarzeń w naturalnym dla dziecka środowisku”.

   A 80 lat później decydentów z MEN stać było tylko na pomysł „Naszego elementarza” – jednakowego dla wszystkich...

Spis treści bloga "Wokół szkoły"

Zachęcony otrzymaną Nagrodą im. prof. Romana Czerneckiego postanowiłem przygotować przewodnik po zawartości bloga dla tych, którzy chcieliby przejrzeć jego zasoby korzystając z rekomendacji autora. Efekt mojej pracy znajduje się w pliku, który umożliwia nawigowanie po spisie treści, z uwzględnieniem wyróżnionych przeze mnie działów tematycznych. Niestety, większość moich artykułów jest wciąż aktualna, a powielanie ich treści w kolejnych publikacjach staje się nieco uciążliwe. Zapraszam zatem do lektury w ujęciu retrospektywnym.

Spis treści bloga "Wokół szkoły"

Postanowienia noworoczne

Postanowienie pierwsze - kończę przygodę z wydawaniem papierowego kwartalnika "Wokół szkoły". Przyznaję w ten sposób, że słowo drukowane przegrywa bezapelacyjnie z tym zaklętym w bitach i bajtach. Trudno. Wydam jeszcze tylko pożegnalny numer, który jestem winny prenumeratorom.

Z kwartalnika najbardziej mi żal "Słownika pedagogicznego dla rodziców i nauczycieli zagubionych w nowoczesnym świecie". Dlatego...

Postanowienie drugie - "Słownik" będzie istniał dalej. Nowe hasła będę od czasu do czasu publikował w "Aktualnościach" i udostępniał na FB, a starsze - tak jak dotąd - przypominał z częstotliwością jednego na tydzień, na głównej stronie bloga.

A poza tym, wszystkim Czytelnikom życzę, żeby w 2020 roku było lepiej. Lepiej, niż było, i lepiej, niż wyjaśnia znaczenie tego słowa mój "Słownik":

Wyróżnienie,z którego jestem bardzo dumny!

   6 listopada 2019 roku otrzymałem Nagrodę im. prof. Romana Czerneckiego, przyznawaną corocznie przez Edukacyjną Fundację im. prof. Romana Czerneckiego EFC. Zostałem wyróżniony Nagrodą Specjalną „za systematyczność i konsekwencję w podejmowaniu istotnych dla polskiej edukacji tematów oraz umiejętność prowadzenia dyskusji o problemach edukacji w sposób rzetelny, dociekliwy i rzeczowy”. Stanąłem tym samym w szeregu z innymi laureatami, uhonorowanymi w trzech dziedzinach szczegółowych twórczości pedagogicznej: artykułu naukowego, publicystycznego oraz profesjonalnego.

   Nagroda jest ogromnym wyróżnieniem, które wzmacnia poczucie misji, motywujące mnie do prowadzenia bloga „Wokół szkoły”. Szczególnie cieszy mnie jej sentencja, dobrze odzwierciedlająca zamiar, z jakim każdorazowo siadam do pisania. A swoją radość dedykuję Czytelnikom „Wokół szkoły”, wdzięczny za zainteresowanie i życzliwość, które wciąż na nowo motywują mnie do pracy.

   Więcej na temat działalności Edukacyjnej Fundacji im. Romana Czerneckiego EFC, jej różnych cennych inicjatyw na rzecz wspierania polskiej edukacji, można przeczytać w tym miejscu.

Pytlak zlustrowany!

 

 

   Koalicja NIE dla chaosu w szkole od czasu do czasu udostępnia moje posty na swoim profilu FB. Tak właśnie stało się, między innymi, z artykułem „O ludzkim wiązaniu pętli na własną szyję”. Napisałem w nim o tym, jak bardzo nie radzimy sobie z uzależnieniem od smartfonów, oraz jak trudnym zadaniem wydaje mi się ograniczenie konsumpcji, bez czego jednak trudno będzie zapanować nad degradacją naszego środowiska życia.

   Odzew na tę publikację był dosyć niewielki, a wśród nielicznych komentarzy znalazł się taki, który wprawił mnie w niejakie osłupienie:

   „Fatalnie wspominam tego „druha” z Rad Hufca w stanie wojennym. Mocno lewicowe skrzydło delikatnie mówiąc”.

   Dwa zdania, 14 wyrazów, a ileż treści! Słowo druh w cudzysłowie, co sugeruje, że nie byłem jako harcerz godny tego miana, albo że byłem w ogóle jakimś trefnym harcerzem, czy wręcz farbowanym lisem w organizacyjnym kurniku. Wzmianka o stanie wojennym, co zdaje się sugerować kolaboranta, który dał się wybrać do władz komunistycznej organizacji w najbardziej mrocznym czasie najnowszej historii. I to delikatne powiedzenie o „mocno lewicowym skrzydle”, co wyraźnie wskazuje nieledwie na młodzieżowego aktywistę partyjnego rzuconego na odcinek pracy z młodzieżą. A wszystko to pod imieniem i nazwiskiem druhny, którą owszem, pamiętam sprzed tych blisko już czterdziestu lat, ale bez żadnego kontekstu, pozytywnego ani negatywnego.

   Co do faktów, to nie potrafię dojść, czy rzeczywiście byłem członkiem Rady Hufca (przez jedyną w moim życiu kadencję) od grudnia 1982 roku, czy dopiero trzy lata później. Ale nie będę się spierał, niech będzie. Co do reszty natomiast, chciałbym, żeby było jasne, że absolutnie niczego w swojej biografii nie wstydzę się i nie żałuję. A już na pewno lewicowych poglądów, które zachowuję niezmiennie przez całe swoje dorosłe życie, i których ślady, jak mam nadzieję, można również dostrzec w programie działania prowadzonej przeze mnie szkoły. Wspólne działanie, solidarność społeczna, szacunek dla wszystkich ludzi i różne takie głupoty, obecnie raczej niemodne. Uważam też, że przyszłość jest ważniejsza niż przeszłość. No i chowanie uraz, a już szczególnie przez dziesiątki lat, nie mieści się w moich konstruktach poznawczych...

Do sceptyków w tej nieszczęsnej ziemi!

   Moje reminiscencje z narady programowej Koalicji Obywatelskiej, zapisane ostatnio na blogu, wywołały niewiele komentarzy. Można to położyć na karb wakacyjnej pory, a zapewne także ogólnego zmęczenia materii. Kanikuły w edukacji jest w tym roku bardzo niewiele, a to z racji trwającego nieprzerwanie sezonu politycznego, emocji związanych z kumulacją licealną, czy też ogólnej niepewności dotyczącej  sfrustrowanych nauczycieli. Na ekscytowanie się nader niepewnymi zapowiedziami opozycji zdecydowanie brakuje zapału i jak najbardziej to rozumiem.

   Ci komentatorzy, którzy zdecydowali się zabrać głos, zazwyczaj skoncentrowali się nie na meritum zaprezentowanego przeze mnie programu wyborczego Koalicji w zakresie edukacji, ale nikłej wiarygodności jej prominentnych przedstawicieli, którzy zabierali głos podczas lipcowej debaty. I to również jest ze wszech miar zrozumiałe.

   Platforma Obywatelska przez osiem lat tworzyła w Polsce rządzącą koalicję i popełniła w tym czasie wiele błędów. Jeśli chodzi o sferę oświaty wiem o tym doskonale, bo z równym zaangażowaniem jak dzisiaj wyrażam sprzeciw wobec reformy Zalewskiej, w owym czasie sprzeciwiałem się posłaniu sześciolatków do nieprzygotowanych do tego szkół, rozrastającemu się systemowi egzaminów, mało sensownej ewaluacji zewnętrznej placówek oświatowych, czy jedynemu-słusznemu, wydawanemu przez państwo podręcznikowi dla kształcenia zintegrowanego. Czasem chodziło o istotę tych działań, czasem tylko o sposób, w jaki je przeprowadzano. Tak czy inaczej, osoby rządzące w MEN w latach 2007-2015 rzetelnie zapracowały na nieufność.

   W komentarzu pod moim ostatnim postem SCEPTYK zacytował wypowiedź komentatora z bloga Chętkowskiego, który napisał: „paneliści sobie coś tam mówili, co im ślina na język przyniesie, zwykle w niewielkim związku z „hasłami programowymi”. Kandydaci na posłów po prostu się lansowali”.

   Cóż, trudno być sędzią we własnej sprawie, ale mam poczucie, że jako uczestnik panelu mówiłem nie to, co ślina mi przyniosła na język, ale uwagi przygotowane zawczasu i wprost odnoszące się do haseł programowych. Moi współpaneliści też, jak uważam, mówili do rzeczy i na temat, podobnie jak dyskutanci zabierający głos z sali. O politykach – w panelu, w którym uczestniczyłem były to panie: Katarzyna Lubnauer i Urszula Augustyn – można oczywiście zawsze powiedzieć, że zabierając głos podczas takiej imprezy lansowali się. Nie bardzo jednak sięgam myślą, co innego mieliby tam robić?!

   Czy nam się to podoba, czy nie, mamy w Polsce (i w Europie też!) system oparty na partiach politycznych, konkurujących o władzę w powszechnych wyborach. Ich działalność opiera się na zawodowych politykach, o których kompetencjach świadczy nie tylko mądrość planów i metod ich realizacji, ale także umiejętność „wylansowania się”, czyli po prostu uzyskania wystarczającego poparcia wyborców. Ma to wiele mankamentów, szczególnie w czasach, gdy głębia refleksji nie jest monetą obiegową w życiu społecznym, ale chwilowo nikt nie ma lepszej oferty. Chyba, że komuś marzą się autorytarne rządy "przyszłego emerytowanego zbawcy narodu", ale tę możliwość pozwolę sobie odrzucić bez dalszych wyjaśnień.

   Polityk przegrywający wybory nie ulega anihilacji. Jeżeli nie utraci z jakiegoś powodu praw publicznych, ma prawo wykonywać dalej swój zawód, w tym także „lansować się”. Do wyborców należy decyzja, czy zarobi w ten sposób na chleb.

   Mamy w opozycji polityków takich, jakich mamy. Wielu popełniło w przeszłości błędy. Możemy ich odrzucić z przyczyn merytorycznych lub estetycznych, czekać na objawienie się jakichś nowych, jeszcze (na razie!) nieskalanych, albo sami wejść do polityki, by czynić lepiej niż oni. W to drugie nie wierzę, do ostatniego nie czuję powołania, więc staram się wywierać wpływ na tych, którzy już są, tacy a nie inni. Wielu otrzymało potężną nauczkę, jaką była porażka wyborcza w 2015 roku. Mam nadzieję, że czegoś ich nauczyła. I cieszę się, że program, który teraz prezentują, idzie w popieranym przeze mnie kierunku, choć oczywiście nie łudzę się, że zostanie kiedykolwiek zrealizowany w stu procentach. Ale, prawdę mówiąc, nawet dużo mniejszy procent wydaje mi się lepszy, niż perspektywa, jaką oferuje pozostanie przy władzy w MEN pana ministra Piontkowskiego i jego ekipy.

   Chwilowo tylko Koalicja Obywatelska podjęła próbę sformułowania jakiegoś programu dotyczącego przyszłości edukacji. Niecierpliwie czekam na innych przedstawicieli opozycji, z lewa i prawa. Póki co, nie obrażam się na nikogo. Co sugeruję również wszystkim sceptykom.

Epitafium dla gimnazjów

   19 czerwca 2019 roku dopełnił się los gimnazjów. Dla upamiętnienia tych szkół przygotowaliśmy w STO na Bemowie unikalną książkę pt. „Skarby polskiej przyrody”. Zawiera ona kolorowe zdjęcia oraz opisy 241 obiektów z terenu całego kraju, przygotowane w latach 2014-2019 przez naszych gimnazjalistów, uczniów Szkoły Podstawowej nr 24 STO, nauczycieli, rodziców i przyjaciół. W sumie – 101 współautorów.

   Takie oto wyjaśnienie znajduje się na ostatniej stronie okładki owej książki-epitafium:

Kiedy w 2014 roku zaczęliśmy w STO na Bemowie gromadzić kolekcję „Skarbów polskiej przyrody”, jako jeden z pierwszych opisaliśmy dąb szypułkowy „Bolesław” z okolic Kołobrzegu, uznawany przez niektórych za najstarsze drzewo tego gatunku w Polsce. A jednak wiekowy olbrzym nie doczekał się strony w książce, bowiem w nocy z 31 maja na 1 czerwca 2016 roku padł ofiarą wichury.

Niespełna miesiąc po upadku prastarego dębu ogłoszono decyzję o likwidacji gimnazjów. Wyrok zapadł równie bezapelacyjnie, jak zadziałały siły przyrody, i dopełnił się 19 czerwca 2019 roku, kiedy świadectwa odebrali ostatni absolwenci tych szkół.

Uważam, że była to zła decyzja, a już w ogóle nie potrafię w pełni wyrazić swojego żalu po likwidacji naszego Społecznego Gimnazjum nr 99 STO w Warszawie. Mogę jedynie zadbać, aby poza gronem absolwentów, z których jestem niezwykle dumny, pozostała po nim także materialna pamiątka – ta oto książka. Mam nadzieję, że jako owoc wspólnej pracy wielu ludzi, młodych i starszych, jeden ze sztandarowych projektów Gimnazjum, jeszcze przez długie lata będzie upamiętniała naszą wyjątkową Szkołę. Pozostanie nie tylko pamiątką na półce, ale także wciąż żywym źródłem dobrej zabawy, która wciągnie do poznawania Polski kolejne pokolenia uczniów w STO na Bemowie i ich rodziny, a także wielu naszych przyjaciół i znajomych.

Oddając do rąk Czytelników pamiątkę po „Bolesławie” i naszym Gimnazjum, życzę wszystkim, by stała się dla nich drogowskazem podczas pełnych przygód wędrówek po Polsce.

Jarosław Pytlak
Dyrektor Zespołu Szkół STO na Bemowie
czerwiec 2019 roku

   Przeznaczeniem naszej książki nie jest spoczęcie na półce. Ma ona stać się zachętą do aktywnego poznawania Polski dla następnych roczników uczniów STO na Bemowie, ich rodzin, a także wszystkich miłośników przyrody. W tym celu proponujemy Czytelnikom zabawę w „Tropicieli skarbów przyrody”, w ramach której w ciągu kolejnych lat będziemy gromadzić indywidualne meldunki o odwiedzanych miejscach i przyznawać pamiątkowe odznaki za zobaczenie określonej liczby obiektów. Na pewno wykorzystamy też „Skarby polskiej przyrody” podczas szkolnych wycieczek krajoznawczych i „zielonych szkół”. W ten sposób nasza pamiątkowa książka będzie dla potomnych żywym śladem działalności gimnazjów w ogóle, a Społecznego Gimnazjum nr 99 STO na Bemowie w szczególności.

   Do każdego egzemplarza dołączony jest "Pamiętnik tropiciela skarbów przyrody", zawierający też instrukcję, jak zdobywać pamiątkowe odznaki:

   Książkę wraz z "Pamiętnikiem" otrzymali wszyscy uczniowie oraz pracownicy STO na Bemowie, a także współautorzy, po egzemplarzu za każdą stronę, w której przygotowanie byli zaangażowani. Część nakładu pozostała nam "dla świata". Gdyby ktoś był zainteresowany, proszę pisać na adres: skarbyprzyrody@sp24sto.edu.pl .

Socjalizm tak, wypaczenia nie!

   Cóż można napisać w ostatnim dniu strajku nauczycielskiego, w obliczu inscenizacji debaty o edukacji, nazwanej szumnie „okrągłym stołem”, o której premier powiedział, że się „cieszyła wielkim zainteresowaniem”, a „wszyscy przyjechali z pomysłami”?

   Nic odkrywczego. "Pomysły" osób reprezentujących stronę rządową wszyscy poznajemy w oświacie na własnej skórze już od blisko dwóch lat. Wymiana myśli na Stadionie Narodowym przypominała jako żywo „debaty” prowadzone przez panią Zalewską w okresie poprzedzającym wprowadzenie reformy, stanowiąc w istocie transmisję partii do mas. Udana, zdaniem rządzących, pacyfikacja nauczycielskich protestów pozwoli im spokojnie, przez kilka następnych miesięcy, poudawać wobec suwerena troskę o edukację, zgodnie ze znaną z najnowszej historii Polski maksymą „socjalizm tak, wypaczenia nie”. O tym, co jest wypaczeniem zadecydują wylosowani dyskutanci pod troskliwym okiem przedstawicieli wiodącej siły narodu.

   Tak wygląda, mniej więcej, obraz sytuacji i plan działania, jaki najprawdopodobniej mają ludzie, którzy w dwa lata zaorali polską szkołę (z personelem włącznie), w obłąkanym dążeniu do stworzenia nowego społeczeństwa. Na tym obrazie nauczyciel ma postać chłopa, odpracowującego pańszczyznę na polu dziedzica, a dyrektor placówki – karbowego, pilnującego go przy tej pracy. Uczniowie mogą być, według uznania, albo glebą, albo roślinami sadzonymi w równych szeregach i przycinanymi według uznania zarządcy folwarku. W owej metaforze w ogóle nie ma miejsca dla rodziców, bowiem niezależnie od deklaracji stworzenia dla nich w jakiejś przyszłości podstolika przy „okrągłym stole”, obecna władza zupełnie nie jest zainteresowana partycypacją społeczną, nie tylko zresztą w edukacji.

   Z wielu przesłanek można sądzić, że rozwiązanie problemu nauczycielskich protestów rząd traktuje jako lokalną wersję wyniku głosowania 27:1, tym razem na swoją korzyść. O tym, czy z politycznego punktu widzenia ma słuszność, pokażą wyniki kolejnych wyborów. Natomiast z mojej perspektywy, pedagoga, który od kilku dziesięcioleci łączy pracę zawodową z realizacją misji społecznej nauczyciela (wiem, że to dzisiaj niemodne, ale uczciwie przyznaję się do tego), rząd w krótkim czasie, w imię politycznej skuteczności, ostatecznie pogrzebał kołaczące się jeszcze tu i ówdzie ideały obywatelskie. Pokazał najszerszym kręgom społeczeństwa, że w imię doraźnego interesu można w dowolny sposób manipulować prawem. Dostarczył igrzysk gawiedzi, mieszając z piachem wykształciuchów. Co prawda, zachowuje pozory demokracji, bowiem korzysta z decyzyjnej większości w parlamencie, gwałci jednak w imię pożądanego efektu wszelkie zawadzające mu procedury. Innymi słowy, twórczo implementuje inną klasyczną maksymę: „Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.

   Tym razem manifestacja pogardy dla prawa w imię politycznej skuteczności odbyła się na oczach milionów uczniów. Nie żałuję dzieciakom egzaminów, które doszły do skutku, ani dopuszczenia do matury. Współczuję jedynie lekcji anty-wychowania obywatelskiego, którą przy tej okazji zaliczyli. Współczuję im, ale również sobie i wszystkim innym, którzy swoją kadencję na Ziemi planują na dłużej, niż kilka najbliższych lat. Efekty naginania prawa w celu złamania zgodnego z prawem strajku nauczycielskiego zaowocują w kolejnych dziesięcioleciach jeszcze mniejszym niż dzisiaj poszanowaniem dla reguł, jakimi musi rządzić się każde demokratyczne społeczeństwo.

   Obawiam się jednak, że nie jest zmartwienie, które spędzałoby sen z powiek współczesnych polityków.

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...