Aktualności

Słowa rzucone nie na wiatr

   30 października br. podano do wiadomości publicznej kolejne już w ostatnim czasie krytyczne wystąpienie Rzecznika Praw Dziecka, Marka Michalaka, pod adresem Ministra Edukacji Narodowej, tym razem daleko wykraczające poza poruszany wcześniej problem przeciążenia uczniów pracami domowymi.

   W swoim najnowszym piśmie Rzecznik wskazuje cały szereg niepokojących zjawisk, uznając je wprost za efekt wprowadzanej obecnie reformy systemu oświaty. Z pewną satysfakcją odnalazłem w tym wystąpieniu problemy, na które zwróciłem uwagę w liście do Rzecznika, opublikowanym 7. października na blogu i równocześnie wysłanym na adres jego Biura. Oczywiście nie przypisuję sobie jakiejś specjalnej mocy sprawczej, tym bardziej, że pan Marek Michalak powołuje się przede wszystkim na sygnały docierające do niego ze strony rodziców. Jednak uprzejme podziękowanie, które już po tygodniu otrzymałem z Biura Rzecznika, pozwala mi wierzyć, że moje słowa nie padły na wiatr, ale w jakiś sposób przyczyniły się do nadania ostatecznego kształtu rzeczonego wystąpienia. A znalazło się w nim, między innymi, wskazywane przeze mnie przeciążenie pracą uczniów klas siódmych, w majestacie obowiązującego planu nauczania, jak również kwestia bezsensowności nauki na 7-8 godzinie lekcyjnej i zbyt krótkich przerw międzylekcyjnych. Sam zresztą doznałem pewnego szoku, dowiadując się z lektury wystąpienia, że aż w dwóch trzecich kontrolowanych szkół stwierdzono przerwy krótsze od zalecanego przez Głównego Inspektora Sanitarnego minimum, 10 minut – co zresztą, nawiasem mówiąc, obciąża nie tyle ministra, co każdy jeden z osobna zespół pedagogiczny, akceptujący na swoim podwórku taki stan rzeczy.

   W sumie to suche, urzędowe pismo jest ponurym wykazem niekorzystnych lub wręcz szkodliwych dla dzieci zjawisk, które wywołała lub spotęgowała nieszczęsna reforma pani minister Zalewskiej. Warto przeczytać, choćby po to, by przekonać się, że w morzu polityczno-urzędniczego bezhołowia choć jedna instytucja państwowa bierze w obronę nie tylko dzieci, ale także elementarny zdrowy rozsądek, którego od lat brakuje w polskiej oświacie.

Wystąpienie Rzecznika Praw Dziecka do MEN z dnia 30 października 2017 roku.

Drodzy Czytelnicy!

   Zanim lada moment opublikuję kolejny wpis na blogu („Zrób sobie Finlandię!” – już teraz zapraszam do lektury), podzielę się z Czytelnikiem całkiem świeżym doświadczeniem. Otóż jeden z moich felietonów, poświęcony wycieczkom, został przedrukowany na portalu Edunews.pl i udostępniony na jego profilu FB. Zyskał tam życzliwy odbiór, który wyraził się dość licznymi lajkami oraz dalszymi udostępnieniami. Wiedziony ciekawością zajrzałem na listę udostępniających i odnalazłem na profilu Niepublicznej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej w Rewalu (serdecznie pozdrawiam!) taką oto rekomendację: „Warto przeczytać, nie zrażajcie się długością tekstu”. 

   Ha!

   Drodzy Czytelnicy, Których Nie Zraża Długi Tekst! To dla Was piszę i z Wami chcę się dzielić doświadczeniami i przemyśleniami! Wierzę, że są jeszcze w dzisiejszym cudownym, cyfrowym społeczeństwie ludzie, którzy nie klasyfikują rzeczywistości na jeden rzut oka, sortując wszystko według prostego klucza „lubię-nie lubię”. Gotowi zachować niezależność myślenia, jak nie przymierzając poseł Łukasz Rzepecki. Jestem przekonany, że sensowną refleksję pedagogiczną mogą snuć jedynie ludzie zdolni mierzyć się ze słowem pisanym, na dłuższym dystansie. Jeśli więc ktoś z Was uważa, że w swoich felietonach mógłbym te same myśli zapisywać w o połowę mniejszej objętości tekstu, to ma rację, ale powinien wiedzieć, że to zabieg celowy. Odbiorców, którzy chcą tylko rzucić okiem, by utwierdzić się w swoich poglądach – jakie by one nie były – zapraszam do innych rewirów bezkresnej przestrzeni internetu.

   I jeszcze stosowne hasło ze „Słownika dla rodziców i nauczycieli zagubionych w nowoczesnym świecie”:

   LAJK – podstawowy przejaw aktywności społecznej w nowoczesnym świecie. Zredukowany do jednego kliknięcia końcowy etap ewolucji sposobu wyrażania ludzkich myśli I uczuć, po lirykach Wergiliusza, sonetach Petrarki, listach Sobieskiego do Marysieńki i innych tego typu ramotach. Zalajkowanie przez dziecko fanpejdżów mamy i taty może stać się w niedalekiej przyszłości warunkiem niezbędnym utrzymania kontaktu w rodzinie, w której każdy spędza czas przed jakimś ekranem.

Po tragedii na obozie harcerskim w Suszku

   Połowa sierpnia, to byłby doskonały czas, by pisać o różnych wydarzeniach, związanych z oświatą, jakie miały miejsce podczas wakacji. Trochę tego było, akurat na jeden wpis, taki niewielki remanent. Byłby to doskonały czas..., gdyby nie tragedia na harcerskim obozie w Suszku, gdzie podczas nawałnicy poniosły śmierć dwie dziewczynki, a wiele osób zostało rannych. Czuję potrzebę, by coś o tym napisać, ale chwilowo jestem w szoku. Może tylko jedno, na gorąco: współczuję rodzinom ofiar i wszystkim poszkodowanym w kataklizmie, ale w sposób szczególny współczuję instruktorom harcerskim, którzy kierowali tym obozem. Nie wiem, czy obiektywnie mogli coś zrobić lepiej, czemuś zapobiec. Ale wiem, że będą zadawać sobie to pytanie do końca życia. I że sami wyjdą z tego nieszczęścia okaleczeni.
   Pewnie kiedyś wrócę do tego tematu, gdy będzie wiadomo więcej o okolicznościach tragedii. Poruszyła mnie ona nie tylko jako człowieka i harcerza, ale także nauczyciela, organizatora kolonii i wycieczek, który często bierze na siebie odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci. Takie wydarzenie boleśnie uświadamia, jak wielki jest to ciężar!
   Kolejny wpis na moim blogu pojawi się tym razem z tygodniowym opóźnieniem.

Stary się złamał i co z tego wynikło

   Dawno, dawno temu, będzie już z półtora roku (w internetowej skali czasu to więcej niż wieczność) po raz pierwszy poczułem zdradliwą moc sieci. Mój felieton początkującego blogera "Ratujmy podstawówki!" udostępniony na fejsbuku przez portal "Edukacja. Internet. Dialogâ", błyskawicznie zyskał po kilkadziesiąt lajków i udostępnień oraz cały szereg pozytywnych komentarzy. Stanowiło to ogromny kontrast z wcześniejszą, mikrą częstotliwością wejść na mojego bloga, w liczbie co najwyżej kilku dziennie.

   Nie poznając samego siebie, wszak zdeklarowanego wroga mediów społecznościowych, z satysfakcją stwierdziłem, że statystyki mojego wpisu całkiem dobrze prezentują się na tle innych. W celu dalszego stymulowania ośrodka nagrody w mózgu odwiedziłem fejsbuka tego dnia jeszcze przynajmniej sześciokrotnie, początkowo podziwiając kolejne udostępnienia i komentarze, a kiedy źródełko nowych wpisów wyschło, odczytując po raz drugi, trzeci i piąty te najprzyjemniejsze.

   Otrzeźwienie i refleksja przyszły dzień później.

   Najpierw zorientowałem się, że lajków i udostępnień już nie przybywa. Wczoraj stało się odległą przeszłością, w otchłani której mój post dołączył‚ do milionów innych, już przeżutych, przetrawionych i zapomnianych. Dotarło do mnie, że wydzielenie przez organizm kolejnych dawek dopaminy, oksytocyny, czy jakiegoś innego eliksiru szczęścia, wymaga złożenia internetowi nowej daniny. Ale przecież nie jestem w stanie dzień po dniu pisać kolejnych artykułów, wystarczająco mądrych albo trafnych, by zyskały uznanie odbiorców!

   Tak to, mniej więcej, relacjonowałem wówczas, w następnym felietonie, który Czytelnik może w całości przeczytać tutaj.

   W opisanym zdarzeniu na własnej skórze przekonałem się, jak wciągające są media społecznościowe. Od tego czasu z większym zrozumieniem obserwuję fascynację nimi wśród mojej rodziny i znajomych. Lepiej też rozumiem entuzjastów, zachęcających mnie (i tysiące innych nauczycieli) do wykorzystania ich możliwości w edukacji. Jako praktyk pedagogiki próbuję jakoś odnaleźć się wobec tego stosunkowo nowego zjawiska społecznego. Jakkolwiek na co dzień w szkole obserwuję wiele negatywnych skutków rozpowszechnienia komunikacji internetowej w ogóle, a mediów społecznościowych w szczególności, rozumiem, że stały się one częścią współczesnego świata i żadna siła tego nie zmieni. Sądzę jednak, że warto próbować ograniczać szkody, licząc, że może kiedyś ludzkość w swojej zbiorowej mądrości(?) okiełzna dżina, którego sama wypuściła z butelki. A sięgając do prastarej mądrości ludowej, że o ile wroga nie można pokonać, należy się z nim sprzymierzyć, założyłem na fejsbuku profil "Wokół szkoły", zarazem kwartalnika pedagogiczno-społecznego, jak bloga o tej samej tematyce, a to w intencji popularyzowania mojego sceptycznego credo, wyrażonego w zdaniu: "Rozumiem ludzi głoszących pogląd, że pociąg postępu cywilizacyjno-społecznego, wynikającego z rozwoju technologii, odjeżdża i powinniśmy zająć w nim miejsce, ale pragnę uczynić wszystko, co w mojej mocy, by umiar i zdrowy rozsądek nie pozostały opuszczone na peronie" (cały artykuł programowy kwartalnika można przeczytać tutaj).

   Pojawienie się profilu "Wokół szkoły" lapidarnie skomentowała, oczywiście również na fejsie, moja córka Agata: "Stary się złamał!"

   Złamany, ale duchowo nie pokonany zacząłem z uwagą badacza obserwować los moich felietonów, samodzielnie już udostępnianych na fejsbuku. Kolejne, a było ich dotychczas cztery, uzyskują coraz większą liczbę odsłon, wzrastającą w sposób wykładniczy. Większość czytających, mimo że trafia na mojego bloga po raz pierwszy (a takich jest, jeśli wierzyć statystykom, około 80%), nie sięga do żadnego innego z kilkudziesięciu tekstów, zamieszczonych tam wcześniej, nazwijmy to – przed erą fejsbukową. Mogę więc spokojnie założyć, że zainteresowanie moimi refleksjami jest dość powierzchowne, jak cała chyba internetowa komunikacja. Rodzi to zasadnicze pytanie o skuteczność takiej formy przekazu.  Ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma. Mam nadzieję, że fejsbuk mimo wszystko pomoże mi dotrzeć większej grupy ludzi ze słowami pewnego sceptycyzmu wobec tego, czym karmi nas na co dzień internet. Szczególnie w dziedzinie edukacji.

   Mam przy tym prośbę do PT. Czytelników, którzy skłonni są opatrywać moje refleksje komentarzami, zwłaszcza do tych, którzy swoje wpisy kierują wprost do mnie. Nie piszcie ich na fejsbukowych profilach, do których w większości nie mam dostępu (nie jestem niczyim znajomym, nawet – jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało – własnej żony, choć ona przynajmniej co smakowitsze komentarze mi pokazuje), ale bezpośrednio na blogu, ewentualnie na profilu „Wokół szkoły”. Tylko tam niezawodnie będę w stanie odczytać Wasze przesłanie.

   A teraz już zapraszam do lektury kolejnych felietonów.

Ukazał się dziewiąty numer "Wokół Szkoły"

   W dziewiątym numerze kwartalnika „Wokół szkoły” zabieram Czytelnika w swoistą podróż w czasie. Oto bowiem numer datowany na wiosnę 2016 roku wydaję drukiem blisko dziewięć miesięcy później. Proste wytłumaczenie tego stanu rzeczy kryje się w problemach osobistych, które odciągnęły moją uwagę od działalności publicystycznej. Po dłuższej przerwie sięgnąłem jednak ponownie po pióro, z determinacją, by nadrobić powstałe opóźnienie. Mam wszelako wrażenie, że nie tylko mój świat w roku 2016 gwałtownie zawirował…

   No właśnie! Okręt polskiej edukacji chybota się na falach polityki i nic nie wskazuje na rychłe uspokojenie sytuacji. Kotwicą, którą proponuję jest świadomość misji wychowawczej, jaką mamy wobec młodego pokolenia. Zachęcam więc do poczytania o wizji szkoły jako miejsca, w którym świadomie chroni się dobre relacje między ludźmi. W numerze jest też więcej artykułów poświęconych temu, co aktualnie dzieje się w społeczeństwie, a z czym musimy sobie radzić w praktyce szkolnej. Zapraszam do lektury!

Nowa jakość w życiu społecznym - prekonsultacje

Ogłoszenie przez MEN prekonsultacji projektu podstawy programowej skłoniło mnie do uzupełnienia "Słownika dla rodziców i nauczycieli zagubionych w nowoczesnym świecie" o nowe hasło, którym dzielę się, póki ciepłe.

PREKONSULTACJE – przedwstępna faza konsultacji społecznych, stosowana w przypadku, gdy podstawa programowa dla zreformowanej szkoły podstawowej nie jest w zapowiedzianym przez MEN terminie doprowadzona do stanu nadającego się do publikacji. Celem prekonsultacji jest wykrycie błędów (gramatycznych i ortograficznych) w brudnopisie dokumentu, tudzież innych niespójności przeoczonych w pośpiechu. Dzięki wykorzystaniu mediów elektronicznych oferuje jako bonus możliwość tryumfalnego ogłoszenia, że naród miał możliwość zgłoszenia swoich uwag i wiele z nich zostało uwzględnionych.

Pomysł prekonsultacji stanowi twórczy wkład Ministerstwa Edukacji Narodowej do teorii dialogu społecznego, nowatorski na skalę światową i jako taki, zasługujący na międzynarodową nagrodę im. Niccolò Machiavellego.

Precz z prymusem!

   Mój dobry znajomy, częsty komentator bloga "Wokół szkoły", Adam Brożek, przesyła mi nader celne komentarze do tego, co dzieje się obecnie w polskiej edukacji. Za jego zgodą pozwalam sobie w tym miejscu upowszechnić jeden z nich. Sądzę, że bardzo dobitnie wskazuje on na absurdalność zmiany, którą władza z celną autoironią obdarzyła mianem "dobrej":

   Od prawie ćwierć wieku polska edukacja bierze udział w porównaniach międzynarodowych. Pierwsze, jeszcze za czasów ośmioletniej podstawówki, były badania alfabetyzacji, które przeprowadził u nas zespół prof. Białeckiego. Wyniki były fatalne. Podobnie, czyli na granicy funkcjonalnego analfabetyzmu, wypadły wyniki pierwszej edycji badań PISA. Potem zrobiliśmy reformę edukacji i w międzynarodowych rankingach zaczęliśmy się piąć coraz wyżej. Dotyczy to zwłaszcza piętnastolatków, czyli gimnazjalistów, którzy w ostatniej edycji badań PISA zajęli czołowe miejsce w Europie. Unijne ministerstwa edukacji przysyłały do nas delegacje, które wypytywały, jak się robi taką szkołę.

   Teraz gimnazja, dzięki którym osiągnęliśmy poziom edukacji, którego zazdroszczą nam kraje wyprzedzające nas cywilizacyjnie o pół wieku, likwidujemy, żeby przywrócić strukturę szkolnictwa sprzed trzydziestu lat i wrócić na swoje miejsce w edukacyjnym ogonie. Słusznie - głupio być prymusem, bo się inni dziwnie gapią. 

 

Czytelnikom pod rozwagę

   Jeżeli internetowe statystyki odwiedzin nie kłamią, liczba czytelników bloga „Wokół szkoły” rośnie – powoli, lecz nieubłaganie. Fakt, że coraz częściej spotykam osoby, które twierdzą, że znają moje teksty. Zazwyczaj dotyczy to właśnie publikacji na blogu, popularyzowanych przez dwa zaprzyjaźnione portale, dużo rzadziej materiałów drukowanych w kwartalniku. Cóż, decydując się na wydawanie papierowej gazety wiedziałem, że łatwo nie będzie.

   Założenie bloga było pewnym ustępstwem wobec presji internetu, a teraz przyszedł (niestety) czas na drugi krok wstecz. Otóż wpisy będą pojawiać się na nim regularnie, pierwszego i piętnastego dnia każdego miesiąca. To maksymalna możliwa wydajność Pytlaka-publicysty, tym bardziej, że nie zamierzam przerywać wydawania kwartalnika. Mimo planowanego zwiększenia częstotliwości bloga, nadal w mojej gazecie będzie blisko trzykrotnie więcej treści, niż w internecie, dla tych, co chcieliby się wgłębić, a nie tylko prześlizgnąć…

Przy okazji: nowy rok szkolny zaczniemy numerem dziewiątym, który niemal w całości poświęcę tym, dla których data 1 września jest bardzo ważnym momentem w życiu…. Rodzicom uczniów.

   A wracając do bloga. Jeśli wspomniane wyżej statystyki naprawdę nie kłamią, to odbioru moich tekstów nie mogę nazwać zbyt żywym. Nie ma nic bardziej smutnego, niż napis „(0 komentarzy)”. Komentujcie, drodzy Goście – to dodaje autorowi skrzydeł!

Cała wstecz!

   Tyle już pojawiło się krytycznych komentarzy po czerwcowym toruńskim wystąpieniu pani minister Zalewskiej, że niełatwo dodać w tym względzie coś nowego. Wskażę tylko pewną analogię historyczną. Otóż szefowa MEN miała podobno wspomnieć w wywiadzie udzielonym uczniom ze swoich rodzinnych Świebodzic, że nie zamierza być Neronem naszej edukacji. No i chyba słowa dotrzyma. Jeżeli zapowiedziane przez nią zmiany zostaną przeprowadzone, to zdecydowanie bardziej zasłuży na miano Herostratesa. Rzym bowiem po pożarze odbudowano, natomiast świątynia Artemidy w Efezie została unicestwiona na zawsze. Nie mam racji? Cokolwiek się stanie, polską szkołę da się kiedyś odbudować? Może i tak, ale mozolnie tworzony dorobek gimnazjów zostanie bezpowrotnie zaprzepaszczony. Zresztą, właściwie co za różnica czy Neron, czy Herostrates? Jeden i drugi w historii zapisali się haniebnie. Pani minister Zalewska też raczej nie stanie w jednym szeregu z Jędrzejewiczami. A szkoda, bo polska oświata potrzebuje głębokich zmian. Jednak z pewnością nie mogą one polegać na powrocie do przeszłości.

   Ze smutkiem stwierdzam, że niewiele myliłem się w swoich wpisach na blogu poświęconych "dobrej zmianie".  Oto kilka próbek:

   „A jeśli już mowa o debacie… Ktokolwiek uważa, że ta, która trwa obecnie, zorganizowana przez Ministerstwo Edukacji Narodowej pod pięknym hasłem „Dziecko. Rodzic. Nauczyciel – Dobra Zmiana”, jest wielką manipulacją – najprawdopodobniej ma rację.”

   Teraz już wiadomo, że owa debata istotnie była wielką manipulacją.

   „Warto jednak mieć świadomość, że nawet jałowa debata jest potencjalnie korzystna dla jej organizatorów. Może, na przykład, służyć legitymizacji przyjętych ostatecznie rozwiązań. Kto sprawdzi, które z nich powstały na forum publicznym, a które przyniesiono gotowe z zacisza ministerialnych gabinetów?!”

    Właściwie sprawdzić nie jest tak trudno. Wystarczy porównać treść toruńskiej prezentacji pani Zalewskiej z tym, co w kwestii edukacji głosili ludzie z jej obozu politycznego jeszcze przed wyborami parlamentarnymi. Zgodność jest niemal całkowita; dla dorobku półrocznej „debaty” pozostaje kilka niewiele znaczących szczegółów. Jednak na użytek społeczeństwa przeznaczone są przede wszystkim wygenerowane przy tym liczby – półtora tysiąca ekspertów, którzy dyskutowali, dziesiątki debat, które się odbyły etc. Jest w tym nadzieja, że – cytując klasyka – „ciemny lud to kupi”.

   „…usłyszymy zapowiedź szybkich i bardzo konkretnych zmian, które wycinkowo przemeblują oświatową scenę w sferach wybranych przez władze, ważnych z punktu widzenia modelowania i zarządzania narodową edukacją, jak struktura systemu, programy nauczania, czy finansowanie, albo istotnych ze względów ideologicznych lub propagandowych (bezpieczeństwo, patriotyzm itp.).”

   No i usłyszeliśmy, tyle tylko, że bez żadnych sensownych informacji o tym jak te konkretne zmiany zostaną wprowadzone i w jaki sposób zostanie to sfinansowane. Osobiście mam wrażenie, że samo szefostwo MEN ma na ten temat na razie tylko dość mgliste wyobrażenie.

List otwarty do rodziców i nauczycieli

   Już niedługo (27 czerwca) minister Anna Zalewska ogłosi, jakie zmiany zajdą w polskiej edukacji w ciągu najbliższych lat. Gdybym miał oceniać sytuację tylko po tym, co zostało już wprowadzone, to mój pogląd byłby ambiwalentny. Zdecydowanie cenię sobie przywrócenie obowiązku szkolnego w wieku 7 lat, wycofanie godzin karcianych uważam za dobry krok w kierunku ograniczenia wszechobecnej w oświacie hipokryzji, sprzeciw budzi radykalne podniesienie rangi kuratorów oświaty, bo to oznacza zmniejszenie roli samorządów. Z kolei wśród zapowiedzi dalszych zmian są takie, które sam postulowałem (zniesienie sprawdzianu szóstoklasisty, wycofanie się z rządowego podręcznika), ale są też głęboko niepokojące. Do tych ostatnich należy, między innymi, zmiana struktury systemu oświaty, dalsze uszczegółowienie podstawy programowej albo wręcz wprowadzenie jednolitego programu nauczania, odejście od liberalnego nurtu w pedagogice, z którym przyszło do nas zrozumienie praw dziecka, dążenie do zapewnienia każdemu młodemu człowiekowi możliwości samorealizacji i rozwoju, autonomia szkół i nauczycieli. Wszystko wskazuje na to, że zaczniemy zmierzać pod prąd historii, co niepokoi mnie zarówno jako obywatela, jak pedagoga, którego cała kariera zawodowa poświęcona była poszukiwaniu i wprowadzaniu w życie pomysłów na lepszą, nowocześniejszą szkołę.

   Wspomniany niepokój skłonił mnie do podpisania "Listu otwartego do rodziców i nauczycieli", który zamieszczam również na swoim blogu. Zachęcam do lektury, a osoby, które podzielają zawarty w tym liście punkt widzenia, bardzo proszę o wpisywanie komentarza "Popieram", sygnowanego imieniem i nazwiskiem autora.

   Informuję, że list dostępny jest także na portalu Edunews.pl:

http://www.edunews.pl/badania-i-debaty/dyskusje/3495-list-otwarty-do-rodzicow-i-nauczycieli

i jego profilu FB (pod datą 9 czerwca): https://www.facebook.com/edunews/,

natomiast informacja o wydarzeniu, jakim będzie też toruńska debata 27 czerwca, znajduje się na FB: https://www.facebook.com/events/454439048100102/.

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...