Blog

Życie homogenizowane z myślą o młodym pokoleniu

(liczba komentarzy 6)

   Tsunami komentarzy przetoczyło się w internecie po ujawnieniu, że na skutek interwencji Rzeczniczki Praw Dziecka w Pszczynie zapanuje równość i żadne dziecko uhonorowane(!) świadectwem z biało-czerwonym paskiem nie dostanie w prezencie porcji lodów w lokalnej lodziarni, choć tak właśnie działo się od ćwierć wieku. Pozostał mi po nim gruby pokład niezbyt pięknie pachnących przemyśleń. Podzielę się z nimi, z góry zastrzegając, że nie mam zamiaru roztrząsać tej konkretnej sytuacji, zachowania i pobudek jej aktorów, ale spróbuję na tej kanwie pokazać od strony pedagogicznej krzywdę, jaką robimy całej populacji młodych, w szlachetnej i słusznej intencji ulżenia doli tych, którzy bez swojej winy zostali poszkodowani przez los.

   Od dłuższego już czasu, będzie pewnie z górą dwadzieścia lat, uważnie śledzę rozmaite działania, podejmowane dla dobra dzieci. Coraz więcej przepisów chroni ich bezpieczeństwo. Nauczyciele w placówkach oświatowych odpowiadają za każdy krok, każdą czynność swoich podopiecznych, oraz za efekty ich kształcenia. Rodzice w domach sprawują skuteczną opiekę nad swoją małoletnią progeniturą pod groźbą sankcji karnych. Nie ma mowy o karach cielesnych, a i publiczne głośne skarcenie dziecka niesie ryzyko interwencji ze strony przygodnych świadków zdarzenia. Zaprawdę zrobiliśmy kilka niezwykle istotnych kroków w kierunku poszanowania godności młodych ludzi, zapewnienia im ochrony, zagwarantowania możliwie najlepszych warunków rozwoju. To niekłamane osiągnięcia w naszym kręgu kulturowym, które upowszechniły się także w innych rejonach świata, choć jeszcze nie wszędzie, więc jest o co walczyć i zabiegać. Niestety, w tych szlachetnych wysiłkach na rzecz dobra dzieci poszliśmy jeszcze kilka kroków dalej. Śmiem twierdzić, że za daleko.

   Opieka i zapewnianie bezpieczeństwa przybrały charakter totalny. Kontrola, której sprzyja wszechobecność elektronicznych narzędzi, jest coraz ściślejsza. Grupy rówieśnicze, mające swoje sprawy, niedostępne dla dorosłych, istnieją jeszcze głównie w internecie, który jednak jako środowisko życia społecznego okazuje się po wielokroć bardziej niebezpiecznym miejscem, niż najmroczniejsze zaułki warszawskiej Pragi w czasach mojego dzieciństwa. Dorośli słusznie usiłują zapanować nad tym żywiołem, ale to oznacza także zawłaszczenie resztek przestrzeni, w jakiej młodzi mogliby autonomicznie działać.

   Z nadmiaru troski o dzieci za wszelką cenę chcemy oszczędzić im zmartwień, zapewnić możliwość rozwoju i zagwarantować sukces na tej drodze. Chcemy tego dla wszystkich, bo przecież wszyscy mają do tego prawo i są tego warci. W teorii wszystko się zgadza, w praktyce… niekoniecznie.

   Punktem wyjścia „afery lodowej” było nagradzanie darmowymi gałkami tylko niektórych uczniów, na tyle pracowitych/utalentowanych/grzecznych/sprytnych, że zasłużyli w szkole na wyróżnienie świadectwem „z paskiem”. Miało to być niesprawiedliwe i wykluczające wobec innych, wśród których są także dzieci, dla których pułap tej nagrody jest niedostępny z przyczyn od nich niezależnych, np. intelektualnych, społecznych. To zresztą lejtmotyw corocznej „debaty społecznej” o paskach, w którym zawsze pojawia się wizja takich poszkodowanych przez los, z zazdrością obserwujących, jak szczęśliwsi rówieśnicy odbierają swoje wyróżnienie. Na pewno w gronie nieuhonorowanych są tacy, choć z pewnością jest również niemała grupa tych, którym po prostu nie starczyło chęci, ambicji, pracowitości. Dla dobra tych pierwszych postuluje się odebrać okazję do wyciągnięcia życiowej nauki przez drugich, nie mówiąc już o pozbawieniu satysfakcji tych, którzy wyróżnienie otrzymali.

   W sumie, paski na świadectwie są mi obojętne. Nie płakałbym, gdyby je zniesiono, choć zastanawiam się, czy jakakolwiek lokalna inicjatywa w szkole, polegająca na wyróżnieniu niektórych tylko uczniów, nie zostałaby na tej samej zasadzie oprotestowana przez kogoś, włącznie z napisaniem skargi do Rzecznika Praw Dziecka? Który, zamiast właścicielki lodziarni, postawiłby do pionu dyrekcję.

   Cała młodość człowieka jest czasem przygotowania się do życia. Szkołę wymyślono, by uzupełniała rodzinę w kwestiach dla niej niedostępnych. Na przykład, w dostarczaniu wiedzy, albo doświadczeń społecznych związanych z grupą rówieśniczą. Pod okiem nauczycieli, czyli ludzi w tym kierunku wykształconych. Oczywiście życie dzisiaj wygląda inaczej niż 20, 30 czy 50 lat temu, ale wiele procesów zachodzących w społeczności nadal istnieje i nadal ma swoje znaczenie. Jednym z nich jest poszukiwanie własnej drogi, stopniowe wybijanie się przez młodego człowieka na samodzielność. Proces niezwykle złożony, który powinien obejmować nie tylko sukcesy, ale także porażki, który musi pokazywać ograniczenia i motywować do wysiłku, aby je przezwyciężyć. A co dzisiaj oferujemy? Wsparcie dla każdego, żeby rozwijał się na miarę swoich możliwości (w tym miejscu napomknę o idei oceny funkcjonalnej, w której założeniach jest właśnie skuteczne wsparcie wszystkich dzieci). Zapewnienie każdemu sukcesu w kokonie komfortu. Zapobiegnięcie wykluczeniu, nawet jeśli jego źródłem jest sama postawa danego dziecka. Dostosować się musi otoczenie. Albo musi zostać dostosowane. Idee pozornie szczytne i słuszne, w praktyce utopijne, a nawet kontrproduktywne.

   Szkoła, która przez pokolenia była miejscem, gdzie przed młodym człowiekiem stawiano wyzwania, przekształcona została w zakład bezbolesnej obsługi rozwoju. Bez refleksji, że jednym z niezbędnych warunków rozwoju jest właśnie ból egzystencjalny, czyli rozmaite kłopoty, które wychowawcy i nauczyciele powinni łagodzić, ale nie zapobiegać im za wszelką cenę. W ten sposób doszliśmy do miejsca, w którym zła ocena jest traumą, a nie informacją mobilizującą do wysiłku. Brak akceptacji w grupie rówieśniczej – winą tej grupy, a nie możliwym skutkiem postawy wykluczonego. Warsztat z psychologiem – główną metodą nabywania doświadczeń społecznych. Cenioną, bo bezbolesną. Niestety, zazwyczaj mało skuteczną.

   Zastanawiałem się wielokrotnie, dlaczego pewne zdarzenia, które w mojej młodości były czymś normalnym, dzisiaj wywołują kryzysy psychiczne. Pozostawienie na marginesie grupy. Słabsze od innych wyniki w nauce lub w sporcie (choć często motywowały mało utalentowanych naukowo do zajmowania się sportem i na odwrót). Oczywiście bywały trudne chwile, ale zazwyczaj wtedy, gdy delikwent miał kłopoty z dostosowaniem się do wymagań, jakie stawiał świat dorosłych. Teraz otoczenie, w którym rozwija się dziecko, usiłujemy uczynić sterylnym, wolnym od trosk i niepokojów. Jak choćby w tej historii z paskami na świadectwie – uznajemy, że te wyróżnienia nie są dobre, bo niektórych dyskryminują. W ten sposób homogenizujemy środowisko rozwoju społecznego dziecka, dusimy w zarodku aspiracje do tego, by własnym wysiłkiem poprawić swój los na innym polu. Pozbawiamy inicjatywy, za to kreujemy permanentne poczucie krzywdy, bo ktoś inny ma lepiej.

   Budujemy program edukacji na utopijnym założeniu, że szkoła jest miejscem, w którym każdy osiągnie satysfakcjonujący go sukces, a nauczyciele mu to zapewnią. Że powodzenie w życiu nie jest skutkiem własnych działań, ale czymś, co się należy. Zamiast wspierać naprawdę ograniczoną grupę dzieci rzeczywiście dotkniętych przez los, krzywdzimy całą populację, ograniczając jej pakiet doświadczeń społecznych. Organizujemy młodym życie na bezpiecznym wybiegu, sterylizując otoczenie ze złych doświadczeń, a potem tworzymy alarmistyczne raporty o fatalnym stanie psychicznym młodego pokolenia i zabieramy się do tworzenia strategii, jak państwo je odgórnie uszczęśliwi.

   Przyzwyczailiśmy młodych, że całe otoczenie jest na ich usługi, a dobrostan to coś, co się po prostu należy. W efekcie obniżyliśmy poziom wrażliwości na ból egzystencjalny. To dlatego sytuacje trudne, z którymi ćwierć wieku temu młody człowiek radził sobie, choćby nawet kosztowało to dużo płaczu, dzisiaj przywodzą go do skraju desperacji i oczekiwania pomocy. Którą dorośli, sami w obawie o stan dziecka – starają się zapewnić, często z pominięciem jego niezbędnej rozwojowo autorefleksji.

   To, o czym piszę, zaszło już tak daleko, że trudno się z tego wycofać. Ale pewne możliwości istnieją. Zastanawiam się, ile osób zdaje sobie sprawę z tego, jak wielką szkodę rozwojową czyni librus, umożliwiający rodzicom bieżący wgląd w osiągnięcia dziecka, nawet wcześniej, niż ono samo się o nich dowie?! Dlaczego psychologowie nie piętnują tego zawłaszczenia kawałka świata, w którym dziecko powinno być gospodarzem? Dlaczego nikt nie piętnuje behawioralnych systemów oceny zachowania w szkole, opartych na przyznawaniu dodatnich punktów za zasługi, a ujemnych za delikty?! Często w stopniu drobiazgowym do granic absurdu, choć dzięki temu – podobno – sprawiedliwym. Dlaczego nie stać nas na stwierdzenie, że dziecko może pójść do toalety podczas lekcji, i że w tym czasie samo odpowiada za swoje bezpieczeństwo, o ile tylko korytarz prowadzący do owego przybytku i samo jego wnętrze spełniają normy bezpieczeństwa? Te „dlaczego” można by mnożyć.

   Paradoksalnie, reforma „Kompas Jutra”, o której mam jak najgorszą opinię, opiera się m.in. na jednej trafnej intuicji – uczniowie potrzebują poczucia sprawczości. Problem w tym, że w obecnej polskiej szkole, z homogenizowanym życiem społecznym w środku, nie ma żadnej szansy, by ta sprawczość się rozwijała. Nawet jeśli zadekretujemy ją w zasadach metodycznych umieszczonych w podstawach programowych. Stworzyliśmy dzieciom świat, w którym nie ma przyzwolenia na sprawczość. Może poza tą licencjonowaną, ale to taka sprawczość, jak, nie przymierzając, masło 0% tłuszczu.

   Zabraliśmy dzieciom atrybuty swobodnego dzieciństwa, wyposażyliśmy w opisujące świat pojęcia żywcem wyjęte z podręczników psychologii klinicznej, poddaliśmy totalnej inwigilacji, napiętnowaliśmy nauczycieli jako źródło zła i opresji, a nie mądrego, krytycznego wsparcia, i dziwimy się, że tej nowej odsłonie swojej roli społecznej nie czują się dobrze. No to będziemy dalej myśleli, co tu jeszcze poprawić i zorganizować bardziej przyjaźnie, aż w końcu, po latach i tak usłyszymy o zmarnowanym dzieciństwie, które nie dało przepustki do takiej ilości szczęścia w dorosłym życiu, ile im się należało!

   Wszystko co tutaj napisałem na skutek impulsu wywołanego „aferą lodową”, opiera się na moich własnych obserwacjach szkolnych, czynionych nieprzerwanie od wielu, wielu lat. Na rozmowach z dziećmi, z ich rodzicami, z nauczycielami. No doświadczeniach związanych z rozwiązywaniem konfliktów, interwencjami kryzysowymi, wspieraniem i inspirowaniem. Zazwyczaj skutecznie, choć porażki też zdarzało się odnotować. Widzę i czuję, że zmiany w funkcjonowaniu młodych ludzi doprowadziły do zmniejszenia ich poczucia wpływu na własne życie i aspiracji, by ten wpływ uzyskać. Że ograniczają im możliwość ponoszenia skutków błędów, które w młodości są oczywiście czymś nieuchronnym, ale to wcale nie oznacza, że powinny być zawsze wolne od konsekwencji. W tym kontekście uważam, że „Kompas Jutra” przechodzi obok szkoły jako miejsca rozwoju młodych ludzi, a jednocześnie czyni obietnice bez pokrycia, z których potem zostaną rozliczone szkoły właśnie, a nie politycy, którzy je dzisiaj składają.

   Nie mogę też oprzeć się wrażeniu, że cała debata wywołana "aferą lodową" stanowi dyskusję o didaskaliach przedstawienia, toczoną za kulisami płonącego już teatru.

Wróć

Dodaj komentarz

Skomentował Anna Wołyniak

Jarosław Pytlak Panie Dyrektorze, zgadzam się z Panem, choć użyłabym nieco innych pojęć. Dziecko nie rozwija się w próżni. Do prawidłowego rozwoju potrzebuje stabilnych punktów odniesienia - relacji, przewidywalności, norm, zasad, wartości i dorosłych, którzy potrafią pełnić funkcję przewodników. Problem polega na tym, że współczesna debata coraz częściej myli autorytaryzm z autorytetem, posłuszeństwo z szacunkiem, a granice z opresją. W efekcie zdarza się, że pod hasłem ochrony dzieci przed przemocą zaczynamy podważać wszystko, co wiąże się z naturalną asymetrią między dzieckiem a dorosłym.
Mózg dziecka nie jest miniaturową wersją mózgu dorosłego.
Kora przedczołowa odpowiadająca za planowanie, przewidywanie konsekwencji, samokontrolę, odraczanie gratyfikacji czy regulację emocji dojrzewa przez kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. Dziecko potrzebuje więc zewnętrznych struktur, zanim będzie potrafiło stworzyć je samo w swoim wnętrzu.
Najpierw pojawia się regulacja zewnętrzna.
Dopiero później samoregulacja.
Najpierw są zasady.
Potem ich internalizacja.
Najpierw autorytet.
Potem autonomia.
To nie jest ideologia.
To jest psychologia rozwojowa.
Dlatego zawsze z pewnym niepokojem obserwuję próby przedstawiania wszelkich norm, wymagań czy oczekiwań wobec dzieci jako czegoś potencjalnie szkodliwego. Pedagogika też, z tego co pamietam, wie, że rozwój wymaga jednocześnie dwóch rzeczy: bezpieczeństwa i granic. Akceptacji i wymagań. Bliskości i odpowiedzialności.
Dziecko potrzebuje wiedzieć, że jest kochane bezwarunkowo.
Ale potrzebuje również wiedzieć, że świat ma pewne reguły.
Nie dlatego, że dorośli lubią rządzić. Dlatego, że rzeczywistość działa według reguł.
W psychologii często mówi się o bezpiecznej bazie. Tą bazą nie jest wyłącznie ciepło emocjonalne. Bezpieczna baza oznacza również przewidywalność, strukturę i poczucie, że ktoś bardziej doświadczony potrafi przejąć odpowiedzialność.
Społeczeństwa nie utrzymują spójności wyłącznie dzięki prawom i instytucjom. Potrzebują wspólnych norm, wartości, rytuałów i międzypokoleniowej ciągłości. Kiedy wszystko staje się względne, negocjowalne i tymczasowe, rośnie poczucie niepewności oraz dezorientacji. Nie oznacza to oczywiście, że każda tradycja jest dobra.Nie oznacza, że należy bezrefleksyjnie kopiować rozwiązania sprzed pięćdziesięciu lat. Nie oznacza też, że dorośli zawsze mają rację. Ale równie błędne jest założenie, że wszystko, co odziedziczyliśmy po poprzednich pokoleniach, należy zdemontować tylko dlatego, że jest stare. Mam czasem wrażenie, że współczesna kultura próbuje wychowywać dzieci według zasady: "będziesz całkowicie wolny, gdy nikt nie będzie od ciebie niczego oczekiwał".
Problem w tym, że psychologia pokazuje coś odwrotnego. Poczucie bezpieczeństwa nie rodzi się z braku granic. Rodzi się z przewidywalności. To dlatego dzieci spontanicznie tworzą rytuały. Lubią powtarzalność. Lubią wiedzieć, co będzie jutro. Lubią wiedzieć, kto za co odpowiada. Lubią mieć dorosłych, którzy czasami powiedzą: "Rozumiem, że tego nie chcesz, ale to moja odpowiedzialność".
Nie dlatego, że dzieci kochają ograniczenia. Dlatego, że ludzki układ nerwowy kocha poczucie bezpieczeństwa. A bezpieczeństwo bardzo często buduje się właśnie na stabilnych kotwicach.
Rodzinie.
Relacjach.
Wartościach.
Normach.
Zasadach.
I dorosłych, którzy nie boją się być dorosłymi.
Bo jeśli usuniemy wszystkie kotwice, statek przez chwilę może wydawać się bardziej wolny. Problem pojawia się wtedy, gdy przychodzi pierwszy sztorm. A co psychologów... no cóż - to tylko ludzie mniej lub bardziej inteligentni i refleksyjni i mający potrzebę zaistnienia.

Skomentował Jarosław Pytlak

Informacja dla Czytelników: powyższy komentarz pani Anny Wołyniak pojawił się pierwotnie na jej profilu FB, w odpowiedzi na mój komentarz do jej wpisu, o treści:
Śledzę tę debatę i widzę, że my tak od ściany do ściany. Wg narracji psychologów (bez urazy, Pani Aniu - jestem po Pani stronie, przy całym szacunku dla osób mających inne zdanie). Ja patrzę na to bardziej pedagogicznie. Właśnie w tej chwili pracowicie demontujemy po kolei kotwice, które trzymają społeczeństwo w jakiej-takiej spójności. Unieważniamy wszystko, co było ważne i wartościowe w pokoleniach, które jeszcze żyją. Nie będę tego rozwijał, bo napisałem przed chwilą kilka zdań i je wykasowałem - za dużo w nich emocji! Ja bym po prostu chciał, żeby młode wilki polityki, prawa, edukacji tak trochę odczepiły się od potrzeb młodego pokolenia, bo gołym okiem widać, że głupio próbujemy naprawiać to, co równocześnie skutecznie niszczymy. A potem dziwujemy się, że kondycja psychiczna młodych jest fatalna. Odebrano im jedną z fundamentalnych kotwic, jaką było i powinno być zaufanie ale i respekt wobec osób dorosłych.
Na moją prośbę został tu skopiowany, na użytek niefejsbukowych Czytelników, a ja dopisuję poniższe by wyjaśnić, skąd się wzięły w nim, na przykład, kotwice.

Skomentował Włodzimierz Zielicz

@Anna Maria Wołyniak
To wszystko nazywa się w języku geopolityków OPROGRAMOWANIE KULTUROWE. Tyle, że schyłkowy już(poniżej 10% światowej populacji i 25% PKB w cenach porównywalnych przy ostrej tendencji spadkowej!)"światek białego człowieka" postanowił je sobie "zdekonstruować" i stworzyć nowe, bo mu się stare nie podobało. No i stare "dekonstruuje" na wyścigi, gorzej z budowaniem i "wbudowywaniem" nowego, lepszego ... ;-)

Skomentował Ppp

To się nazywa POSTĘP. Kiedyś chodziliśmy po drzewach, jedliśmy ludzi, innowierców paliliśmy na stosach, a homoseksualizm całkiem niedawno był uznawany za chorobę. Skoro świat się rozwija, to szkoła też powinna to robić, a nie narzekać.
W tym przypadku - bardziej doceniać pracę niż wyniki, które często są przypadkowe. A w lodziarni powinna być promocja dla wszystkich dzieci - za PRACĘ, bo przecież "trójkowicz" z licznymi problemami często pracuje więcej i ciężej od zdolnego i dobrze zaopiekowanego "piątkowicza".
Świat nie jest sprawiedliwy? Owszem, ale to nie jest usprawiedliwienie dla szkoły.
Pozdrawiam.

Skomentował Włodzimierz Zielicz

@Ppp
I w ten sposób już nie ty, ale twoje dzieci i wnuki ( o ile je masz!) będą u Azjatów (Chiny, Indie etc.) albo nawet Murzynów czy Arabów robić za sprzątaczy i ogrodników czy ich niedobitki trafią do ZOO, bo komu oni będą POTRZEBNI nie umiejąc NIC robić dobrze, po MISTRZOWSKU, co można w zglobalizowanym świecie SPRZEDAĆ ... ;-)

Skomentował Magdalena

Lodziarnia powinna? Wowo, widzę, że wielu chce zarządzać cudzymi lodami. Ale przecież można założyć własną, sprawiedliwą lodziarnię i zapewniać lody wszystkim, także bezglutenowe oczywiście.

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...