Blog

Zderzenie perspektyw

(liczba komentarzy 4)

   Przy okazji publicznej dyskusji na temat wprowadzenia instytucji rzeczników praw uczniowskich, w której stanąłem po stronie krytyków tego pomysłu, przypomniała mi się pewna historia sprzed niespełna dwóch lat. Pierwotnie potraktowałem ją jako inspirację do napisania kolejnego artykułu, potem jednak odłożyłem ten pomysł do szuflady, by doczekał odpowiedniego kontekstu. Myślę, że właśnie nadszedł czas, by do niego powrócić.

   A było to tak…

   W 2024 roku pojawiła się na rynku książka Lesława Dzika pt. „Szkolne life hacki”. Kolejna pozycja napisana z perspektywy ucznia, adresowana do uczniów, bazująca na internetowej popularności autora, który jeszcze niedawno sam chodził do szkoły. Mając fatalną opinię o wydanym nieco wcześniej poradniku „Prawo Marcina”, autorstwa również bardzo popularnego w sieci tiktokera, Marcina Kruszewskiego, przyjąłem tę nowość z daleko idącą nieufnością. Pomyślałem – ot, kolejny młody człowiek, który próbuje zdyskontować marketingowo coraz powszechniejszą niechęć uczniów do szkoły, mieszając fakty z własnymi ocenami, podlewając to sosem prawniczej argumentacji, po części słusznej, czasem jednak dyskusyjnej lub po prostu bałamutnej.

* * *

   Tu dygresja. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że „Prawo Marcina”  świetnie trafiło w zapotrzebowanie społeczne i polityczne, czego dowodem był wysoki nakład, tłumy na spotkaniach autorskich, oraz późniejsze splendory, jakie spłynęły na jego twórcę, włącznie z Medalem Komisji Edukacji Narodowej, który przyznała mu ministra Nowacka. W mojej ocenie jednak ta książka zawierała także twierdzenia fałszywe, których upowszechnienie wprowadziło sporo zamieszania w szkołach. Podjąłem starania, by spotkać się z autorem i publicznie porozmawiać o moich wątpliwościach, uzyskałem nawet jego wstępną zgodę, jednak ostatecznie nie znalazł on w swoim napiętym kalendarzu czasu na taką dyskusję. Nie urodziłem się wczoraj i doskonale rozumiem, że po prostu nie dostrzegł żadnego interesu w takim spotkaniu, ale to tylko ugruntowało moją niechęć.

* * *

   Krótko po pojawieniu się książki Lesława Dzika dostałem propozycję spotkania na żywo, „oko w oko” z autorem, w programie „Dzień dobry TVN”. Zgodziłem się, a w ramach przygotowań kupiłem „Szkolne life hacki”. I tu przeżyłem zdziwienie, bowiem w środku znalazłem coś zupełnie innego niż w „Prawie Marcina”. Najkrócej – w większości przydatne i sensowne porady życiowe dla młodych ludzi, pod którymi spokojnie mógłbym się podpisać. Owszem, również trochę niezbyt przyjemnych wycieczek pod adresem szkoły i nauczycieli, ale nie jako lejtmotyw całego dzieła, ale tło, które w życiu ucznia takie po prostu także bywa.

   Poszedłem do studia mocno zbudowany tą lekturą. W poczekalni przedstawiłem się mojemu rozmówcy, który zrazu wyglądał na lekko spłoszonego, jednak po chwili okazał się sympatycznym partnerem w kuluarowej rozmowie. Tak miłej, że aż redaktorka prowadząca podeszła, by upewnić się, czy aby za bardzo się nie bratamy. Cóż, w założeniu programu mieliśmy się zetrzeć, a nie prawić sobie dusery…

   Formuła telewizji śniadaniowej nie zakłada ambitnej debaty. Program był zresztą ewidentnie przygotowany w celu zareklamowania młodego autora i jego książki. Tym niemniej mam poczucie, że spotkanie było w jakiś sposób pouczające dla nas obu. Żegnając się z rozmówcą zapytałem, czy miałby coś przeciw, gdybym wykorzystał na blogu fragment jego książki, by pokazać, jak bardzo różni się uczniowskie spojrzenie na konfliktową sytuację w szkole od spojrzenia nauczyciela. I że to różnica w zasadzie nieunikniona, bowiem jest niezbywalnym prawem młodych testować granice społecznego przyzwolenia, a obowiązkiem nauczycieli – reagować na ekscesy i przywracać porządek, co czasem może być bolesne. Dostałem wolną rękę, z czego dzisiaj właśnie korzystam.

   Oto fragment książki, który od razu zwrócił moją uwagę:

W pierwszej klasie gimnazjum byłem istnym diabłem! Memy o pani od niemieckiego, pyskówki z nauczycielami, żarty z księdza, ucieczki ze szkoły do sklepu, nieustanne przeszkadzanie w lekcjach. Mieliśmy taki gang: najbardziej nieznośna trójca w całej szkole. Gdyby zliczyć, ile minusowych punktów dostaliśmy, wyszłoby dobre kilka tysięcy.

Pewnego dnia postanowiliśmy pośmiać się z ucznia, którego średnio lubiliśmy. Ja z jednym członkiem „gangu” po prostu przekomarzałem się z tym nielubianym chłopakiem. To nie były komplementy, ale nie robiliśmy nic więcej. Nagle, sam z siebie, trzeci kolega podszedł do niego i go popchnął… i wtedy się zaczęło! Ostra bójka. Ja i cała klasa staliśmy z boku, patrząc na tę szarpaninę. Chłopaki zbliżyły się do drzwi sali matematycznej i – wciąż się bijąc – wpadły na nie. W drzwiach powstała ogromna dziura (słynne szkolne drzwi z kartonu)! Wybuchła wielka afera. Ja i kolega, który po prostu stał obok… zostaliśmy potraktowani jak sprawcy!

Wezwano mamę do szkoły, bo Lesław „dręczy i bije kolegę!”. Gdy próbowaliśmy wytłumaczyć wychowawczyni, że nie braliśmy udziału w tej bójce… ta zbyła nas, mówiąc niemiłym głosem, że nie będzie z nami rozmawiać. Nie dała nam żadnego prawa do obrony, nikt nie dał nam wytłumaczyć, że jesteśmy niewinni! Na następnej lekcji wychowawczyni kazała nam wstać i oznajmiła, że wszyscy dostaliśmy naganę. Taką samą karę jak sprawca bójki! Nauczycielka wysłuchała jedynie wersji poszkodowanego chłopaka. Wyobraź sobie rozprawę w sądzie, na której prawo głosu ma tylko jedna strona! Nikt nie spojrzał na monitoring, nikt nie dał nam prawa głosu, bo przecież „oni zawsze broją, więc teraz też na pewno pobili go we trójkę”.

Po tej lekcji poleciały mi łzy bezsilności. Prawo głosu ma każdy, niezależnie od tego, co zrobił. A teraz wyobraź sobie, że Lesław jest wzorowym uczniem i nigdy wcześniej nie zachowywał się źle. Nauczycielka na sto procent pozwoliłaby się mu wypowiedzieć, mówiąc: „Lesław, nie wierzę, że ty to zrobiłeś! Co się tam naprawdę stało? Opowiadaj”.

   Przyjrzyjmy się uważnie, co tak bardzo ubodło gimnazjalistę Lesława, że po kilku latach opisał w książce tę historię. Na pewno niesprawiedliwe, jego zdaniem, przypisanie mu winy za bójkę i jej skutki, oraz decyzja o ukaraniu. Poza tym, co podkreśla, sam fakt, że nikt nie chciał go wysłuchać i przyjąć jego wyjaśnień.

   Bez wątpienia, rozmowa wyjaśniająca odbyć się powinna. Opierając się wszakże na tym, co znalazłem w tekście, moja decyzja w sprawie solidarnego ukarania wszystkich członków „gangu” byłaby taka sama. Lesław patrzy na sytuację wyłącznie z własnej perspektywy, podobnie zresztą, jak uczyniłby niemal każdy uczeń. Nauczyciel musi wziąć pod uwagę szerszy kontekst. Czytam: „postanowiliśmy pośmiać się z ucznia, którego średnio lubiliśmy”. „To nie były komplementy, ale nie robiliśmy nic więcej”. Czy muszę tłumaczyć, jak wiele przemocy rówieśniczej w szkołach, z którą się borykamy, polega na wyśmiewaniu, agresji słownej?! Jak bolesne dla „nielubianego chłopaka” mogły być te „nie komplementy”?! Nawiasem mówiąc, piękny eufemizm, prawda?!

   Teraz kwestia bójki. Oczywiście bezpośrednim agresorem był tylko jeden z trzech kolegów. Czy jednak pozostali dwaj, w tym Lesław, naprawdę byli niewinni?! Bójka nie rozpoczęła się sama z siebie. Była eskalacją tego, co w tekście zostało nazwane „przekomarzaniem się”. Widzę w tym podjudzanie do czynu, niechby nawet mimowolne, nie widzę natomiast cienia skruchy, że nie powstrzymali swojego krewkiego kolegi przed zaatakowaniem „nielubianego chłopaka”. Użyte w tekście słowo „gang” sugeruje dużą zażyłość, która jednak dwukrotnie nie sprostała wyzwaniu: ani nie zadziałał mechanizm włączenia rozumu i powstrzymania kolegi od rozpoczęcia bójki („staliśmy z boku, patrząc na tę szarpaninę”), ani nawet poczucia honoru, że jako kumple z „gangu” solidarnie przyjmujemy na siebie konsekwencje sytuacji, którą wspólnie sprowokowaliśmy. W zamian argumentacja – to nie ja, to kolega!

   Czy rzeczywiście wzorowy uczeń zostałby potraktowany z większym zaufaniem? Zapewne tak, właśnie dlatego, że wcześniej nie dałby podstaw do nieufności. Jeśli ktoś jednak jest „nieustannie przeszkadzającym” „istnym diabłem”, członkiem „najbardziej nieznośnej trójcy w szkole”, to raczej nie powinien się dziwić otrzymaniu lekcji na temat „Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz!”. Nałożona kara byłą, moim zdaniem, uzasadniona, tym bardziej, że opisany incydent najwyraźniej był tylko jednym paciorkiem z długiego różańca występków.

   Przyjmijmy teraz, że w opisanej sytuacji byłaby możliwość złożenia skargi do szkolnego rzecznika praw uczniów. Zaczęłoby się śledztwo, siłą rzeczy abstrahujące od szerszego kontekstu wychowawczego. A że w szkole praktycznie nie ma tygodnia, by nie zadziało się coś wymagającego stanowczej reakcji, to zamiast wyznaczania granic przez nauczycieli co i raz pojawiałyby się kolejne postępowania quasi sądowe. Niezawodnie można byłoby też liczyć na aktywny udział rodziców, którzy, znając sprawę z relacji swojego dziecka, zazwyczaj lepiej wiedzą co się stało niż nauczyciel, będący świadkiem czy uczestnikiem wydarzenia. Ograniczenie nauczycielom możliwości podejmowania decyzji i oceniania sytuacji przez pryzmat swojej wiedzy i w szerszym kontekście społecznym, świetnie brzmi w uszach tych, którzy mają do nich swoją litanię pretensji. Niestety, dużo gorzej oceniają ten pomysł osoby, które chciałyby, żeby szkoła zachowała status miejsca, gdzie młodzi ludzie przechodzą proces uspołecznienia pod okiem odpowiednio przygotowanych do tego dorosłych.

   Jeśli rozdrobnimy życie społeczne w szkole na szereg oddzielnych zdarzeń, z których każde – jeśli trudne – będzie mogło być oprotestowane, poddane quasi-prawnej analizie, osadzone w coraz bardziej szczegółowych zapisach statutowych, to śmiem twierdzić, że praworządność na tym raczej nie zyska, natomiast na pewno straci życie społeczne.

   Nie mam złudzeń, że moje wywody przekonają osoby noszące w sobie wspomnienia traum szkolnych, albo przeświadczone, że nauczyciele ze swojej natury są źli i nieżyczliwi uczniom. Chciałbym jednak uzyskać choć cień zrozumienia dla poglądu, że zrównywanie pozycji nauczyciela i ucznia jest w istocie szkodą czynioną jednemu i drugiemu. Nie ma sensu, bo – jak opisałem na przykładzie szkolnego wspomnienia Lesława Dzika – różna jest perspektywa oceny dowolnego wydarzenia. Nie ma sensu również dlatego, że są to dwie zupełnie różne role społeczne, których cele też w znacznym stopniu się różnią.

   Na zakończenie czuję się w obowiązku podkreślić, że pomimo burzliwej gimnazjalnej młodości Lesław Dzik - już jako dorosły - ujął mnie kulturą, zaangażowaniem i swoimi pomysłami. Pozwolę sobie skomentować to „po belfersku”, że niewątpliwie wyszedł na ludzi. Jako pierwsza narzuca się myśl, że stało się tak pomimo złych doświadczeń szkolnych...

   A gdyby zaryzykować twierdzenie, że te doświadczenia miały także pozytywny wpływ na jego rozwój i dojrzewanie?!! W każdym razie, z nauczycielskiej perspektywy, proponuję poważnie rozważyć także taką możliwość!

Wróć

Dodaj komentarz

Skomentował Włodzimierz Zielicz

W kwestii różnicy w traktowaniu członka "gangu" jak tu i wzorowego ucznia - w PRAWIE(tym dorosłym!) jest też coś co się nazywa ostrzej karaną RECYDYWĄ ... ;-)
BTW też w licealnym życiu miewałem okresy walki z niektórymi nauczycielami i decyzjami szkoły... wiele mnie to nauczyło ... ;-)

Skomentował Joanna

Jako wychowawca starałam się zawsze wysłuchać wszystkich stron i nie szukać jeno winnych, ale przede wszystkim przyczyn zdarzenia i zachowania. Ku mojemu zdziwieniu i zaskoczeniu nikt nie był zadowolony - ani dyrekcja, ani sprawcy, ani ofiara, ani prowodyr, a także rodzice.
Psycholog i pedagog szkolny zamiast pomóc, to pogarszali sprawę, absolutnie nie mając ochoty na poznanie prawdy.
Najlepszy byłby lincz i to publiczny...
Zdjęcie odium całej winy ze sprawców i wskazanie prowodyra sprawiło, że jego matka dołożyła wszelkich starań, by mnie zniszczyć.
Odeszłam ze szkoły na zawsze.

Skomentował Ppp

Kwestia wyznawanych wartości. Dla mnie fałszywe oskarżenie o poważne przestępstwo (tu: bójka) jest POWAŻNYM PRZESTĘPSTWEM, więc się z Panem nie zgodzę - uczeń powinien być przeproszony, a nauczyciel ukarany (w przypadku recydywy także dyscyplinarką). Pamiętam, że bywałem upominany o wiele bzdurniejsze sprawy i było to dla mnie bardzo bolesne, jeśli oskarżenie było fałszywe. Sprawa jest sprzed lat, dzisiaj problem pewnie rozwiązałby monitoring.
A co do ostatniego akapitu - do tego samego celu może prowadzić wiele dróg, ale po co ryzykować, skoro to samo można osiągnąć bez ryzyka? A poza tym mamy bardzo piękny przykład, kiedy to właśnie odpuszczenie uczniowi dało wspaniałe efekty - Daniel Olbrychski miał problemy z nauką. Gdyby został "dociśnięty", polska kinematografia straciłaby znaczący procent wartości - pytanie, czy byłoby warto?
Pozdrawiam.

Skomentował Włodzimierz Zielicz

@Ppp
Czyli TYPOWA w wieku nastoletnim bójka (a są i inne rzeczy!) jakich WIELE ma prowadzić do ... wewnątrzszkolnego śledztwa. Fachowców to sobie chyba szkoła dobierze z emerytów prokuratury i policji, bo w niej takich FACHOWCÓW nie ma, tylko skąd na to KASA. Po MINIMUM miesiącu śledztwa wypluje ono TYSIĄC stron zeznań, dowodów, zeznań świadków, nagrań monitoringu. No i teraz gdzie jest SĄD, który to wszystko obiektywnie i FACHOWO oceni, obrońcy, prokurator???? Jeśli sądem ma być dyrektor (kolejna fucha!), to kiedy on te TYSIĄCE STRON akt ma czytać, bo przecież bójki i podobne incydenty w szkołach to nie rzadkość. Oczywiście droga odwoławcza MUSI BYĆ - kto wyższą instancją, czyżby pańcia z kuratorium - też musi TYSIĄCE stron akt poznać.... ;-) A rozprawy mają być PUBLICZNE. jawne czy tajne??? ;-) I tak po MINIMUM pół roku, jak już uczniowie zapomną, o co szło, będzie WYROK... ;-) A może będzie jak uczniowie już skończą szkołę albo przynajmniej PO WAKACJACH ... ;-) Uczeń to nie segregator ani miedza - NIE POCZEKA na wyrok ...

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...