Blog
Wyboista droga ku edukacji włączającej
(liczba komentarzy 1)
Wszyscy, którzy interesują się losem rodzimej oświaty – niestety, zapewne tylko skromne kilka procent dorosłej populacji, i to wliczając nauczycieli – doskonale wiedzą, że lada moment wystartuje reforma „Kompas Jutra”. Niektórzy nawet wierzą w jej powodzenie, które ma ucieleśnić się w tym, że polska szkoła będzie – jak zapewnia ministra Nowacka – „wymagająca, ale przyjazna”, a w ogóle to „najlepsza na świecie”. Jest też grupa aktywnych sceptyków, głoszących, że zmiana jest źle pomyślana, przygotowywana w pośpiechu i nie rokuje osiągnięcia deklarowanych celów. Zdecydowanie najliczniejsi są jednak weterani walki i pracy w polskiej szkole – nauczyciele, którzy podchodzą do „Kompasu” obojętnie. Większość z nich wdrażała już niejedną reformę i wie, że piękne zapowiedzi nie wróżą żadnej istotnej zmiany w ich codziennej pracy. Co najwyżej, jeszcze więcej biurokracji, a na pewno wciąż marne zarobki.
Osobiście zaliczam się do sceptyków, bo nie potrafię spokojnie patrzeć, jak polska edukacja pogrąża się w kryzysie, a my tracimy czas na działania, które nie rozwiązują żadnego z jej istotnych problemów. Doskonale jednak rozumiem postawę obojętnej większości nauczycieli, którzy mają minimalne poczucie wpływu na rozwój sytuacji, za to maksymalne poczucie lekceważenia ich pracy przez władze i społeczeństwo. I tak bez cienia entuzjazmu czekamy w placówkach oświatowych na odpalenie „Kompasu Jutra”, nie zwracając należytej uwagi na inną zmianę, która może mieć skutki daleko bardziej namacalne. Oto bowiem wśród trapiących nas problemów poczesne miejsce zajmuje szybko rosnąca liczba uczniów, u których orzeczono specjalne potrzeby edukacyjne. Odpowiedzią na to zjawisko ma być upowszechnienie i wsparcie edukacji włączającej (EW).
EW opiera się na założeniu, że zdecydowana większość młodych ludzi z orzeczeniami nie powinna trafiać do przedszkoli i szkół specjalnych, ale należy zapewnić im możliwość nauki i rozwoju w naturalnym, różnorodnym środowisku społecznym, w placówkach ogólnodostępnych. Do przygotowania odpowiednich rozwiązań programowych i organizacyjnych zaangażowano zespoły naukowo-badawcze i znaczne środki finansowe, w dużej części unijne. Prace trwają od kilku lat i są obecnie na ukończeniu. Nadchodzi czas wdrożenia efektów, co odbywać się będzie równolegle z „Kompasem Jutra”, choć ta zbieżność czasowa wyszła raczej przypadkiem. Warto mieć świadomość, że o ile reforma dotknie początkowo tylko niewielką część nauczycieli, o tyle upowszechnianie i doskonalenie edukacji włączającej zaangażuje niemal wszystkich.
Reklamując „Kompas Jutra” wskazuje się, że reforma ma upowszechnić praktyki już teraz spotykane w wielu placówkach. Kto chce, niechaj wierzy. Natomiast faktem niezbitym jest mimowolne praktykowanie już teraz edukacji włączającej we wszystkich szkołach i przedszkolach integracyjnych i ogólnodostępnych, gdzie są dzieci z orzeczeniami. A ponieważ liczba tych ostatnich znacznie przekroczyła trzysta tysięcy (6% populacji uczniów) i rośnie z miesiąca na miesiąc, zjawisko zyskało wymiar systemowy.
Przedszkola, szkoły i zatrudnieni w nich nauczyciele uginają się obecnie pod ciężarem obowiązku realizacji działań zaleconych w orzeczeniach. Jest to po prostu efekt skali, wobec której brakuje funduszy, wykwalifikowanych kadr, możliwości organizacyjnych, a czasem także entuzjazmu i umiejętności pokonywania barier. Władze doskonale zdają sobie z tego sprawę i również systemowo chcą problem rozwiązać, albo chociaż załagodzić.
Jak wspomniałem, przygotowania trwają od kilku lat. EW nie jest więc konstruktem, który nagle pojawi się w placówkach oświatowych, wprost z uniwersyteckich i urzędowych gabinetów. Teraz ma jednak stać się ważnym elementem polityki oświatowej państwa, zyskać nowy kontekst prawny oraz wsparcie organizacyjne i metodyczne. Tyle teoria, a w praktyce…? No cóż, jest we mnie ogromna niepewność.
To, o czym tu piszę nie przyciąga uwagi opinii publicznej. W środowisku nauczycielskim zainteresowanie budzą przede wszystkim zapowiedzi wprowadzenia tzw. oceny funkcjonalnej (OF). Ma ona być najważniejszym ogniwem edukacji włączającej, zmieniając organizację diagnostyki, wsparcia i orzekania. Mimo że już od pewnego czasu dostępne są materiały informacyjne na ten temat, oraz organizuje się szkolenia, wielu nauczycieli, o ile w ogóle o tym słyszało, to przede wszystkim w kontekście obawy przed kolejną pozycją dopisaną do katalogu swoich obowiązków.
Ministerstwo dwukrotnie przekładało zapowiadany termin wprowadzenia oceny funkcjonalnej – najpierw z początkiem obecnego roku szkolnego, potem z 1 kwietnia 2026, co każdorazowo uśmierzało niepokoje. Nie wszyscy więc zdają sobie sprawę, że nowa organizacja pracy w zakresie diagnostyki i orzekania została ostatecznie ujęta w podpisanej w marcu nowelizacji rozporządzenia w sprawie orzeczeń i opinii poradni psychologiczno-pedagogicznych. Nowe rozwiązanie wejdzie w życie 1. września 2026 roku.
* * *
Edukacja włączająca w ogóle, a ocena funkcjonalna w szczególności są przedmiotem krytyki ze strony konserwatywnego środowiska obecnej opozycji. Trudno się dziwić, skoro stanowi praktyczny wyraz równościowych i liberalnych trendów europejskich. Zarzuca się m.in. nadmierną ingerencję w sferę życia rodzinnego. Niestety, debata odbywa się głównie za pośrednictwem internetowych „rolek” i nie rokuje szansy zbliżenia stanowisk. Moim zdaniem, edukacja włączająca posiada głęboki sens pedagogiczny i społeczny, jest też pragmatycznym wyjściem naprzeciw lawinowo rosnącej liczbie młodych ludzi, u których stwierdzono specjalne potrzeby edukacyjne. O ile jednak idea jest słuszna i szlachetna, o tyle jej realizacja w polskich warunkach niekoniecznie musi się udać.
Od pewnego czasu zbieram materiały na temat oceny funkcjonalnej, w tym także weryfikuję zebrane informacje u samego źródła, wyrabiając sobie zdanie na ten temat. Efekty zaprezentuję w osobnej publikacji. Natomiast w tym miejscu chciałbym jeszcze nakreślić obraz obecnej sytuacji, a przede wszystkim wyzwań, wobec których stajemy na co dzień w obszarze szeroko rozumianej edukacji włączającej. Sądzę, że świadomość stanu rzeczy jest w społeczeństwie bardzo niska, a upewnił mnie o tym artykuł Anny Dudek, opublikowany 25 marca br. w „Wysokich obcasach” pod clickbajtowym tytułem: „Dzieci z orzeczeniami idą do szkoły na "okres próbny". Jak się nie sprawdzą, muszą szukać innej placówki”.
Najkrócej mówiąc, autorka opisuje trudności, jakie napotykają rodzice dzieci z orzeczeniami o potrzebie kształcenia specjalnego, chcący zapisać je do pierwszej klasy w warszawskich niepublicznych podstawówkach. Jest bardzo gorzki w wymowie. Mowa o dyskwalifikowaniu dzieci z orzeczeniami już na starcie rekrutacji. O tym, że odmowa przyjęcia uzasadniana jest „dobrem dziecka”. Że są to działania o charakterze dyskryminacji, co kłóci się z obowiązującym prawem. Że dzieci z orzeczeniami traktowane są jako problem, zagrożenie, coś, czego należy unikać – jakby były nieprzewidywalne, „niebezpieczne" dla innych. Że w biznesie edukacyjnym chodzi głównie o pieniądze.
W rzeczonym artykule znalazło się stwierdzenie, że „dyrektor dużej szkoły na Bemowie otwartym tekstem powiedział, że nie przyjmuje dzieci z orzeczeniami”. Nie biorę tego do siebie, bo niczego takiego nie powiedziałem, a szkół jest w mojej dzielnicy więcej, ale odezwę się niczym te nożyce po uderzeniu w stół, bo rzecz w jakiś sposób dotyczy także mojej placówki i mojej pracy. Chciałbym pewne kwestie wyjaśnić, bo naprawdę niewiele osób w pełni zdaje sobie sprawę, z jakimi trudnościami mierzą się obecnie dyrektorzy przedszkoli i szkół. I choć trudno dyskutować z zarzutem dyskryminacji, co więcej, wszystkie podane w artykule sytuacje zapewne się zdarzyły i mają prawo być oceniane negatywnie, to medal ten ma jeszcze drugą stronę, którą warto również poznać. Nie muszę szukać daleko, bo wszystko o czym teraz napiszę, znam z własnego doświadczenia.
Prowadzę szkołę od wielu, wielu lat. Jeszcze krótko przed pandemią przypadki nieprzyjęcia dziecka w rekrutacji były u nas rzadkością. Teraz z roku na rok odmawiamy częściej. Każde orzeczenie oznacza obowiązek spełnienia zapisanych w nim zaleceń. Jeśli takowe – tak jak u nas – posiada około 10% uczniów, jest to naprawdę ogromny wysiłek organizacyjny, czasem ocierający się o granice niemożności. Z tego powodu stwierdzenie „nie możemy zapewnić” pojawia się w ostatnich latach u nas częściej niż kiedyś. Zawsze jednak, w każdym roczniku, przyjmujemy dzieci z orzeczeniami, nie tyle jednak, by zaspokoić potrzeby, które są ogromne. Jeśli jednak przekroczylibyśmy granice wydolności organizacyjnej i pedagogicznej szkoły, uderzyłoby to we wszystkich.
Muszę w tym miejscu podkreślić, że pomijając kwestię wspomnianego obowiązku spełnienia zaleceń, dzieci orzeczeniowe nie stanowią zazwyczaj wyzwania większego niż inni uczniowie, którzy są dzisiaj znacznie bardziej aktywni jak kiedyś, trudno się koncentrują, łatwiej przekraczają granice. Praca w szkole jest w ogóle trudniejsza i wiele wysiłku wymaga, by zapewnić uczniom dobre warunki, potrzebne wsparcie i uwagę. Mierzy się z tym każda placówka.
W artykule mowa o pieniądzach. Akurat moja szkoła, prowadzona przez Społeczne Towarzystwo Oświatowe, jest instytucją non profit. Zwiększona subwencja na dzieci z orzeczeniami pozwala zapewnić im wszystko, co jesteśmy w stanie zorganizować. Mało kto jednak wie, że reforma finansowania jednostek samorządu terytorialnego, wprowadzająca tzw. potrzeby oświatowe, faktycznie zmniejszyła finansowanie orzeczeń. Jeśli ktoś ciekawy to wyjaśniam, że wysokość subwencji uzależniono od liczby godzin zajęć organizowanych dla konkretnego ucznia. Kwotę, która dotąd była jednakowa dla wszystkich, zachowano tylko dla przypadków, w których godzin wsparcia specjalistycznego jest więcej niż 10 tygodniowo. Co do zasady to rozwiązanie nie jest złe; słyszałem, że tu i ówdzie wpłynęło na zwiększenie liczby zajęć. Niestety, ten nowy system nie przewiduje, że godzin wsparcia może być potrzebnych 20, a nawet więcej. Na to już dodatkowych pieniędzy nie ma, więc w ramach swojej finansowej reformy państwo akurat na mojej placówce sporo zaoszczędziło.
Idźmy dalej. Bywają zajęcia przewidziane w orzeczeniach, których na terenie szkoły nie możemy zorganizować, zazwyczaj z powodu braku potrzebnej bazy, czasem – odpowiedniego specjalisty. Korzystamy wtedy z usług zewnętrznych placówek, opłacając zajęcia dla konkretnych uczniów. Pozwala to wypełnić niektóre zalecenia z orzeczeń. Niestety, nie wiadomo, czy wydatki na takie usługi możemy uwzględnić w rozliczeniu dotacji. Jakiś czas temu obiegła internet opinia wydana przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, bodaj dla władz jednego ze śląskich miast, w której uznano tę praktykę za bezprawną. Na szczęście zaznaczono, że opinia nie ma mocy prawnej, co z kolei jednak oznacza, że sposób rozliczenia zależy od władz dotującej szkołę jednostki samorządu terytorialnego. Taka swoista loteria, na której można wygrać wykonanie zaleceń z orzeczenia albo przegrać niemałą nawet kwotę dotacji, której zwrotu po kontroli zażąda JST.
Teraz o relacjach. Akurat w mojej praktyce zdarzyło się tylko raz, bardzo dawno temu, że z powodu zachowania jednego dziecka inne zostało zabrane ze szkoły. Za to często zdarza się, że rodzice nie ułatwiają. Dobra, harmonijna współpraca to rzadkość, a pretensje do szkoły – moneta w codziennym obiegu. Oczywiście zjawisko może dotyczyć wszystkich dzieci, ale w przypadku orzeczeń ma większy ciężar gatunkowy. Na przykład, gdy rodzice nie realizują zaleceń zawartych w orzeczeniu, które są adresowane bezpośrednio do nich. Możemy tylko prosić. Czasem rodzice nie wyrażają zgody na zajęcia w szkole, choć są one wpisane do orzeczenia. I mają takie prawo. Pół biedy, jeśli wiem o tym przed początkiem roku szkolnego, bo wtedy mogę uwzględnić tę okoliczność w planie zatrudnienia, ale czasem takie decyzje zapadają „z marszu”. Zajęcia wypadają z bilansu, dotacja może się zmniejszyć, ale umowy pracownika nie modyfikuje się z dnia na dzień. Dla dyrektora szkoły niepublicznej finansowanie i rozliczanie realizacji orzeczeń, to niekończąca się żonglerka liczbami.
Niestety, dość często wyobrażenia i oczekiwania rodziców zderzają się z tym, co możemy zaproponować lub co uważamy za wskazane. I wtedy okazuje się, że autorytet szkolnego specjalisty jest… żaden. Przyjęcie naszych zaleceń jest wyłącznie kwestią dobrej woli rodzica. Niestety, czasem nie idzie się dogadać. Pomijając już kwestię dobra dziecka, inaczej rozumianego przez nauczyciela, inaczej przez rodzica, jest to po prostu dla szkolnych specjalistów frustrujące.
Nie będę rozwijał tego wątku, choć mógłbym jeszcze długo. Nie zależy mi na wciąganiu Czytelnika w cały zakres moich zawodowych problemów, ale jedynie na zwróceniu uwagi, że nawet najsłuszniejsze racje mogą czasem zderzać się z brakiem możliwości. Mimo najlepszych chęci, za które przynajmniej we własnym przypadku mogę zaręczyć słowem harcerza. A do spuentowania sytuacji dyrektora placówki pięknie w tym miejscu pasuje jedno zdanie z omawianego artykułu:
Dyrektorzy mówią, że nie mają nauczycieli wspomagających, zaplecza, kadry, ale – przypomina Kowalewska – jeśli do szkoły trafia dziecko z orzeczeniem, takie, które potrzebuje wsparcia, to nauczyciel wspomagający musi być.
No właśnie: „musi być”. A co mam zrobić, jeśli od pół roku nie mogę na warszawskim rynku pracy znaleźć takiej osoby? „Dyrektor zapewni”, „dyrektor zorganizuje”, to refren nieformalnego hymnu polskiej edukacji. Jak nie potrafię, mogę przecież zmienić pracę, prawda?! No i tym właśnie tropem coraz częściej podążają myśli moich koleżanek i kolegów po fachu. Moje także.
Tylko proszę mnie dobrze zrozumieć. Nie żalę się i nie straszę. Po prostu informuję.
Dodaj komentarz
Skomentował Włodzimierz Zielicz
Chciałem zwrócić uwagę na te unijne fundusze, za które utopijne wizje edukacji włączającej itd. w PL powstały. Otóż kto miał przy nich zarobić to ZAROBIŁ. A teraz wizje trzeba WDROŻYĆ, bo inaczej Polska będzie musiała wyłożoną kasę zwrócić. A ponieważ MEN nie bardzo ma z czego, to te utopijne i oderwane od rzeczywistości wizje trzeba na kilka lat WDROŻYĆ. No i to się właśnie dzieje. Powtarza się ponury scenariusz z "reformy" Handkego-Dzierzgowskiej czy "ewaluacji" p. Berdzik :-(