Blog

SzOF, czyli Error 500 systemu edukacji

(liczba komentarzy 2)

   Moja koleżanka i współpracownica, Monika Pawluczuk, podzieliła się na fejsbuku wrażeniami ze szkolenia w zakresie oceny funkcjonalnej. Jej post bardzo mnie zaciekawił. W sposób szczególny doceniłem bliską moim poglądom intencję, jaką się kierowała, podchodząc do bliskiego spotkania trzeciego stopnia z koncepcją budzącą wiele wątpliwości wśród nauczycieli:

 (…) Przymusiłam się, bo poziom mojego zaufania do duetu Nowacka & Lubnauer przyjmuje już wartości ujemne, więc zrobiłam nowe podejście do gniota KSzOF, zanim transformuje on w dobrowolny przymus i odroczony w czasie żart primaaprilisowy A.D. 2026.

   Osobiście tematem oceny funkcjonalnej żywo zainteresowałem się, gdy w listopadzie ujrzałem w mediach elektryzującą wiadomość: „MEN zapowiada rewolucję w ocenianiu”. Mając świadomość, że wszelkie ministerialne rewolucje koniec końców lądują na głowie dyrektora szkoły, zacząłem skrupulatnie gromadzić informacje. Gwoli ścisłości muszę więc od razu zaznaczyć, że pomysł nie jest autorstwa miłościwie nam dzisiaj panujących. Jego geneza sięga rządów Anny Zalewskiej, a w tle są ogromne fundusze unijne, włożone w przygotowanie i wyposażenie w narzędzia edukacji włączającej, a wśród nich w opracowanie „diagnozy funkcjonalnej”, która w międzyczasie zmieniła nazwę na „ocenę funkcjonalną”.

   Zebrałem wiele materiałów na ten temat, uważnie wysłuchałem wykładów udostępnionych w internecie przez IBE, przestudiowałem też projekt nowego rozporządzenia w sprawie orzeczeń i opinii, porównując go z obecnie obowiązującym. Uzyskałem obraz dający się porównać do góry lodowej, której niewielki tylko fragment dostrzega opinia publiczna. W tym kontekście relację Moniki przyrównałbym do wrażeń z wyprawy łódką, która pozwoliła jej zerknąć z bliska nieco pod powierzchnię wody. Tyle wystarczyło, by ogłosiła w swoim poście:

Mam Error 500.

   Error 500 w informatycznej nomenklaturze jest komunikatem błędu, który oznacza, że na serwerze, na którym działa dana strona, wystąpił problem. Nie mówi, na czym błąd polega, ale wskazuje, że ten problem leży po stronie serwera, a nie użytkownika.

   Nie dziwię się, że mojej koleżance przyszło do głowy takie właśnie porównanie. Ja po zgłębieniu tematu oceny funkcjonalnej również mam poczucie, że serwer z alei Szucha generuje błąd, że pomysł będzie działać wadliwie, a ja jako użytkownik pozostanę w poczuciu bezsilności.

   Refleksje i nauki wyniesione ze szkolenia Monika Pawluczuk zebrała w pięciu punktach:

1. Ocena funkcjonowania dziecka ≠ opinia o funkcjonowaniu dziecka ≠ wielospecjalistyczna ocena poziomu funkcjo-nowania ucznia ≠ ocena poziomu funkcjonowania ucznia. Co do tego, że na dobrą sprawę jest to mnożenie bytów, przyznała sama osoba prowadząca, jednak zabawa w "znajdź pięć różnic między obrazkami" trwała przez większą część szkolenia.

2. Nauczyciele nic nie rozumieją. Dziennikarze i opozycja dodatkowo to gmatwają (Uwielbiam ten argument!).

3. "I tak nauczyciele robią taką ocenę od dawna, więc nie ma co się oburzać na dodatkową pracę. To tylko nowe narzędzie" (Kolejny "argument"!).

4. "Aby prawidłowo wypełnić kwestionariusz około 50 pytań, trzeba przejść odrębne szkolenie" :-))). No, ba! Dyrektor wyznaczy osoby odpowiedzialne i najpewniej sfinansuje nabycie nowych kompetencji - wypełniaczy kwestionariusza :-). One zaś gratis i w podskokach będą kierować innymi szkolnymi wypełniaczami ;-))) i na dodatek będą mogły to uwzględnić w swoim planie rozwoju zawodowego!

5. "Ocena funkcjonalna dziecka powinna zawierać różne perspektywy i uwzględniać również obserwacje rodziców, gdyż na niektóre pytania nauczyciel nie będzie potrafił dać odpowiedzi nie konsultując się z nimi. Ocena taka powinna być prowadzona zatem przez kilka osób przez okres około 3-4 tygodni."

   Pozwolę sobie krótko rozwinąć powyższe myśli.

   W przesłaniu punktu pierwszego zawarta jest nie tylko głęboka mądrość obecnego etapu, ale również nabyta przez nauczycieli zbiorowa świadomość sposobu działania większości reform szykowanych w zaciszu politycznych i „badawczych” gabinetów. Podobna do tej, która towarzyszy co bardziej krytycznym obserwatorom przygotowań do „Kompasu Jutra”.

   Punkt drugi. Nauczyciele nie rozumieją? I, co gorsza, nawet szkolenie nie jest w stanie tego zrozumienia wywołać?! Możliwości są tylko dwie. Albo nauczyciele są tępi, co jest założeniem bardzo rozpowszechnionym, jakkolwiek ryzykownym, bo rozciągałoby się także na prowadzących szkolenie – w końcu w większości wywodzących się także ze stanu nauczycielskiego. Albo materia jest wzięta z księżyca i nawet wspólna gimnastyka umysłowa szkolących i szkolonych nie jest w stanie przydać jej sensu praktycznego – nawet jeśli teoretycznie jakoś się ona broni.

   Punkt trzeci, zarazem tzw. trzecia prawda księdza Tischnera ("Prowda. Tyz prowda. G...o prowda"). Nauczyciele od dawna piszą opinie, ale nie muszą trzymać się niewolniczo schematu narzuconego przez narzędzie. Jeśli nawet zdarza się, że tworząc kolejne dokumenty korzystają z opcji „kopiuj-wklej” (niech rzuci kamieniem pracownik poradni psychologiczno-pedagogicznej lub wizytator kuratorium, który nigdy tak nie czynił!), w zamian będą mogli wykazać się klikaniem na „chybił-trafił”. Znalazłem bowiem całkiem sporo pytań w formularzach SzOF, których nawet po szkoleniu nie da się wypełnić z sensem. 

   Punkt czwarty – patrz punkt trzeci. Biznes szkoleniowy lubi to!

   Punkt piąty. Sporządzenie oceny funkcjonalnej ma wymagać kilkutygodniowej obserwacji dziecka. Super! Tymczasem projekt rozporządzenia daje szkole... tydzień na przygotowanie tego dokumentu, jeśli wystąpi o niego poradnia psychologiczno-pedagogiczne. Ponadto, jeśli SzOF jest tym samym, co nauczyciele czynili do tej pory, to co tutaj robi konieczność konsultowania się z rodzicami – bynajmniej nie dobrowolna, ale wymuszona treścią niektórych pytań?! Pedagodzy z kręgów opozycji wskazują to jako nieuzasadnioną ingerencję w sprawy rodzinne – i mają rację. Co więcej, dla rodziców i dla nauczycieli przegotowano identyczne formularze przesiewowe. A co będzie w przypadku niezgodności?! Już teraz jedno nieostrożne zdanie w opinii ze szkoły może zakończyć się skargą na nauczyciela do komisji dyscyplinarnej. Serio! Co będzie, gdy na jakieś pytanie rodzic wybierze opcję najwyższą, a szkoła najniższą, albo odwrotnie?! Kto będzie to rozsądzał?!

   To tylko kilka luźnych fotografii z wyprawy łódką wokół góry lodowej, jaką jest problem oceny funkcjonalnej. Ja mam już za sobą nurkowanie do samej podstawy i w niedalekiej przyszłości w osobnym artykule podzielę się zebranymi informacjami. Teraz jeszcze tylko wskażę jeden problem fundamentalny, na który nikt chyba nie zwrócił dotąd uwagi.

   Otóż, jak słychać, ocena funkcjonalna ma mieć zastosowanie do wszystkich uczniów. Opiera się to na założeniu, że każdy zasługuje na wsparcie – zarówno w pokonywaniu specyficznych trudności, które przeszkadzają mu w rozwoju, jak i w rozwijaniu uzdolnień, które posiada. Zadaniem oceny ma być wskazanie obszarów możliwego wsparcia – i w zakresie słabych, i mocnych stron. To dlatego właśnie nauczyciele intuicyjnie obawiają się, że zostaną obarczeni obowiązkiem sformalizowanego przesiewania wszystkich uczniów.

   Mnie ta perspektywa przeraża. Rozumiem potrzebę wspierania uczniów, jednak wizja wsparcia totalnego, gdzie każdy młody człowiek jest od najmłodszych lat systemowo analizowany i umieszczany w trybikach machiny wspierającej, jawi mi się niczym z Orwella. Już obecnie otoczyliśmy dzieci taką troską, że obserwujemy gwałtowny zanik poczucia odpowiedzialności za własną naukę i własne funkcjonowanie społeczne. Za tym postępuje ograniczenie aspiracji, bierność, brak wiary w sens zdobywania wykształcenia i podejmowania życiowych wyzwań. Przecież to widać w każdej szkole!!! A teraz machina państwowa chce wcielić w życie, rękami nauczycieli, wizję społeczeństwa, w którym państwo dogląda przemysłowej hodowli rzekomo szczęśliwych ludzi. Tymczasem szczęście nie polega na zaspokojeniu wszystkich potrzeb! Wszystkowidzące oczy systemu stłamszą do końca przejawy jakiegokolwiek samodzielnego życia młodych ludzi. I będziemy dziwili się, że uciekają do internetu.

   Wychowanie to nie hodowla brojlerów, w której wszystko nastawione jest na maksymalizację dobrostanu! Z wiadomym skutkiem na końcu...

Wróć

Dodaj komentarz

Skomentował Włodzimierz Zielicz

Podstawowy problem dotyczy jednak pomijanej w Polsce zwykle kwestii PRAGMATYCZNEJ - czyli braku myślenia o ZASOBACH, w tym wypadku CZASIE nauczycieli! :-( Otóż, poza nauczaniem początkowym, nauczyciel uczy 200- 300, a bywa, że i 500+ uczniów. Odpowiedź na 50 pytań na JEDNEGO, nawet w wersji online, to 50 minut. Dla 200 uczniów to DZIESIĘĆ TYSIĘCY minut czyli około STU SIEDEMDZIESIĘCIU GODZIN (zegarowych!) czyli ponad 4 bite TYGODNIE robienia TYLKO tego :-( I to w tempie nieletniego robotnika XIX wiecznej fabryki! Na dodatek nauczyciel nawet TYLKO 200 uczniów nie wszystkich nawet z twarzy pamięta. Ponieważ, jak piszą ci, którzy się z tym narzędziem zapoznali, trzeba oceniać różne cechy w skali 1-5, to optymalną i JEDYNĄ realną drogą dla nauczyciela ZMUSZONEGO do tej oceny przepisem, jest wpisywanie wszystkim oceny 3 - niech kto udowodni, że to wynik racjonalizacji wysiłku, a nie subiektywna ocena pedagoga ... ;-)

Skomentował Danuta Adamczewska

Słyszeli, że gdzieś dzwonią, tylko nie wiedzą nie tylko w którym kościele, ale nawet nie rozróżniają od dzwonów na trwogę. Oceny funkcjonowania dziecka wynikają w tamtych systemach z prowadzonych przez lata ocen opisowych. To cały system od wieku przedszkolnego, który niczym pamiętnik idzie za dzieckiem i poszerza z roku na rok wiedzę o jego rozwoju, o problemach i zatorach, o pomyłkach we wstępnych diagnozach i uzgadnianiu dalszych kierunków. Ale to jest cały SYSTEM! W tym systemie mieszczą się dni wolne od nauki, gdy nauczyciele to właśnie omawiają, tradycje rozmów indywidualnych z rodzicami itp.
Wprowadzona przed laty u nas ocena opisowa w klasach I-III to czysty formalizm i nie ma z tym systemem nic wspólnego. Takie systemu buduje się od podstaw, a nie nagle dla wszystkich roczników i bez sensu i celu.
Śledzę to na swoich wnukach od kilku lat (Amsterdam), wg mnie to jest sensowne, ale na litość boską takich rzeczy nie da się narzucić fragmentarycznym elementem - formularzem. I nie wiem jak to tam potem funkcjonuje dalej, bo wnuczka ma dopiero 10 lat. Jeśli się ma takie obserwacje o dziecku z 5 lat, to zapewne nie polega to na wypełnianiu formularza, bo się już podstawami dysponuje.
Kogoś kto sensowne rozwiązania z innych krajów chce zaszczepić u nas, nie rozumiejąc sensu takiego systemu należałoby w trybie pilnym odsunąć od jakichkolwiek procesów decyzyjnych, bo to szkodnik i ignorant.

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...