Blog

Świąteczny ranking prezentów dla polskiej szkoły

(liczba komentarzy 2)

   Zbliżający się koniec roku skłania do szeregowania różnych rzeczy/zjawisk w rankingach, a Gwiazdka – do formułowania życzeń w nadziei, że spełni je Święty Mikołaj. Jeśli nawet nie w postaci obwiązanej wstążką paczki pod choinką, to może chociaż voucheru na zmianę w niedalekiej przyszłości. Postanowiłem połączyć te dwie okazje i przygotowałem swój osobisty ranking problemów, z jakimi boryka się obecnie polska szkoła, będący zarazem sugestią dla Mikołaja, by popracował w kolejnym roku w godzinach ponadwymiarowych i przyniósł rozwiązanie przynajmniej niektórych. Chętnie dołożę się w zamian do utrzymania jego reniferów...

   Oto czołowa dziesiątka prezentów, jakich życzę polskiej szkole. Gwoli stopniowania napięcia uszeregowałem ją od końca.

   10 – Wsparcie prawne dla dyrektorów

   Doświadczenie uczy, że każda szkoła swoim dyrektorem stoi. Oczywiście jednym kierowanie placówką wychodzi lepiej, innym gorzej, i nawet Święty Mikołaj nie ma czarodziejskiej różdżki, którą mógłby przemienić wszystkich w chodzące pomniki charyzmy i roztropności pedagogicznej. Zresztą, różnorodność ma też sporo zalet. Jednak patrząc z perspektywy długoletniego pełnienia tej funkcji, zauważam, jak bardzo skomplikowały się warunki prawne, w których przychodzi mi działać. Przepisy mnożą się jak króliki. Każda nowa wersja istniejącego dokumentu jest dużo obszerniejsza od poprzedniej. Statut szkoły, zazwyczaj układany przez prawników-amatorów z grona pedagogicznego, też systematycznie grubieje, pogrążony w beznadziejnym wyścigu z życiem, które co chwila stawia nowe wyzwania. Kodyfikacja już dawno zastąpiła życzliwość, zaufanie i zdrowy rozsądek. Niestety, w relacjach z rodzicami uczniów ci ostatni coraz częściej dochodzą swoich racji – słusznych lub niesłusznych – z pomocą prawników. Prowadzenie szermierki na paragrafy kosztuje coraz więcej czasu, nie mówiąc już nawet o trudnych do zmierzenia kosztach psychicznych. Pomoc prawna, czy to w kuratorium, czy dzięki organowi prowadzącemu, dawałaby dyrektorowi poczucie wsparcia, pozwalała unikać niepotrzebnych błędów (np. opiniując projekty zmian w statucie), a przede wszystkim oszczędzała czas, który mógłby on lepiej wykorzystać, z pożytkiem dla uczniów i pracowników, i z większym poczuciem sensu dla siebie.

   9 – Przegląd i uproszczenie prawa oświatowego

   Poruszanie się w dżungli przepisów oświatowych jest trudne, tym bardziej, że bywają one niespójne. Działając w komisji deregulacyjnej Brzoski, po odrzuceniu kolejnej propozycji naszego zespołu z powodu zastrzeżeń MEN, usłyszałem symptomatyczne słowa pociechy ze strony koordynatora projektu: edukacja i ochrona zdrowia to najbardziej skomplikowane, nieprzejrzyste prawnie dziedziny życia społecznego.

   O monstrualnym rozroście oświatowej legislacji może świadczyć numeracja artykułów ustawy o systemie oświaty, która (po kolejnych nowelizacjach) nierzadko składa się z liczby i kilku indeksów literowych, tworząc takie kurioza, jak np. art. 44zzzp. Mimo tak rozbudowanych przepisów dyrektor szkoły nadal nie jest pewny, jak traktować wyjście ucznia z klasy do toalety, bowiem na jednej szali znajduje się obowiązek zapewnienia stałej, skutecznej opieki, na drugiej zaś – prawo młodego człowieka do zaspokojenia potrzeby fizjologicznej. Obszarów niepewności jest dużo więcej. Cała sztuka nie polega na dalszym uściślaniu przepisów, ale na takim ich formułowaniu, by uwzględniały także pewien zakres samodzielności i odpowiedzialności ucznia/uczennicy. Trudno powiedzieć, na ile możliwa jest zmiana obecnego stanu rzeczy, ale rzetelny audyt prawa oświatowego, w kierunku jego uproszczenia, byłby wspaniałym prezentem dla wszystkich polskich szkół.

  8 – Choćby tylko trzy lata stabilizacji (organizacyjnej i programowej)

   Właściwie co roku wprowadzane są w życie kolejne zmiany rzutujące na funkcjonowanie szkół. Czasem wręcz „z marszu”, jak zmiana w zasadach zadawania i oceniania prac domowych, albo likwidacja przedmiotu „historia i teraźniejszość”. Również wprowadzane co kilka lat modyfikacje podstaw programowych oraz zasad przeprowadzania egzaminów zewnętrznych nie stanowią obietnicy ułatwienia pracy, ale kolejne wyzwania organizacyjne, angażujące uwagę i zasoby. Ta niekończąca się bieżączka legislacyjna skutecznie destabilizuje pracę, utrudnia planowanie, przyczynia się do wypalenia zawodowego nauczycieli i dyrektorów. Choćby tylko trzyletnie moratorium na zmiany byłoby wspaniałym prezentem dla wszystkich pracowników szkół.

   Jeśli jednak zapewnienie kilku lat spokoju przekroczy możliwości Świętego Mikołaja, warto by przynajmniej wprowadzić zasadę, że nie nakłada się na szkołę nowych zadań bez zapewnienia źródła ich finansowania. Teraz, generalnie, wszystko co nowe, z założenia robi się samo. Na przykład, rozbudowywany od z górą 20 lat System Informacji Oświatowej (SIO) pochłania coraz więcej czasu, potrzebnego w celu zasilania go stale rosnącym zakresem danych. Nigdy jednak nie wzięto pod uwagę, że za jego obsługę należałoby dodatkowo zapłacić, bo związane z nią obowiązki nie zostały zrównoważone zmniejszeniem nakładu pracy w jakimkolwiek innym zakresie. Tymczasem SIO jest obecnie istnym pożeraczem czasu administracji szkolnej. W skali mikro, podobna sytuacja dotknęła niedawno nauczycieli wychowania fizycznego, których obciążono dodatkowym obowiązkiem wprowadzania wyników uczniowskich testów sprawnościowych, oczywiście również pro bono. Najwyraźniej czas pracy w szkołach jest z gumy nie tylko w przepisach, ale także w świadomości decydentów.

  7 – Wychowanie w duchu dobra wspólnego

   Nie jest prawdą, że środowisko szkolne nie wychowuje. Ani że nie powinno aspirować do wychowywania. Owszem, rodzice odgrywają tutaj wiodącą rolę, ale trudno oczekiwać, że społeczność, w której młody człowiek spędza po kilka godzin dziennie, będzie zajmować się wyłącznie nauczaniem. Nawet gdyby ktoś tak chciał, nie jest to możliwe w miejscu, w którym toczy się życie społeczne. Zresztą, funkcja wychowawcza szkoły jest wspierana przez władze. Tworzą one kolejne narzędzia prawne, wychowujące uczniów do znajomości swoich praw i stawiania granic. Wychodzi im to całkiem nieźle. Niestety, dużo gorzej wygląda kwestia wychowania bardziej tradycyjnego, które kładzie nacisk na powinności jednostki wobec jej bliższego i dalszego otoczenia. Szkoła, pod presją instytucjonalnego oportunizmu i formalizmu, całkowicie tutaj abdykowała. A przecież bez tego elementu nie ma mowy o skutecznym nauczaniu, bo i ono zależy od postawy ucznia oraz jego aspiracji, a te kształtują się w procesie wychowania. Warto, by znalazło to swoje miejsce w narracji władz oświatowych o szkole, kierowanej do społeczeństwa, w tym szczególnie do rodziców uczniów.

  6 – Łagodzenie napięć pomiędzy szkołą a domem

   Rodzice odgrywają w polskiej szkole ogromną rolę. Ich przedstawiciele tworzą jeden z organów placówki, jakim jest Rada Rodziców. Pełnią rolę opiniotwórczą, recenzując działania nauczycieli, mają też wiele praw indywidualnych, jak choćby w zakresie uzyskiwania informacji. Są stroną w administracyjno-prawnej relacji z instytucją jaką jest szkoła. Przywykliśmy do tego stanu rzeczy, choć warto mieć świadomość, że ich rola we wielu systemach szkolnych na świecie jest znacznie mniej eksponowana.

   Z różnych przyczyn autorytet pedagogiczny szkoły i jej pracowników w oczach rodziców uległ w ostatnich latach głębokiej erozji. Brak zaufania do kompetencji nauczycieli i spadek wiary w ich dobrą wolę coraz częściej rodzą konflikty, w których centrum znajduje się dziecko. Swoją rolę odgrywają internetowe grupy rodzicielskie, które często podgrzewają nastroje, w obliczu różnych wydarzeń szkolnych służą wspólnemu ustalaniu „jak było naprawdę”, ferują zbiorowe sądy. Można to oczywiście przyjąć za zjawisko normalne w demokracji, nawet pozytywne, ale skutki bywają opłakane. Trudno pracować z dzieckiem w sytuacji, gdy każde działanie nauczyciela może być podważone i zaskarżone, często zresztą niemal dosłownie „na oczach” młodego człowieka.

   Teoretycznie instancją powołaną do rozsądzania sytuacji konfliktowych jest dyrektor placówki. W praktyce i to działa coraz słabiej, bo dyrektora (nawet takiego z 35-letnim stażem na stanowisku) tak samo dotyka brak zaufania. W efekcie mnożą się skargi do kuratoriów. Można oczywiście marzyć, by w większości sytuacji to jednak dyrektor był instancją rozstrzygającą, ale klimat społeczny temu nie sprzyja. Może warto by więc rozważyć, by oprócz wizytatorów i komisji dyscyplinarnych, nadzór pedagogiczny oferował jeszcze możliwość mediacji?! Bo my niedługo w szkołach pozagryzamy się wzajemnie! Dla dobra dzieci oczywiście…

  5 – Postawienie tamy elektronicznemu ogłupianiu młodych

   Jest bardzo wiele przesłanek, by twierdzić, że wszechobecność urządzeń elektronicznych umożliwiających swobodny dostęp do internetu źle wpływa na rozwój i codzienne funkcjonowanie młodych ludzi. Oczywiście są też liczne świadectwa ich użyteczności i pozytywnego wpływu, uważam jednak, że złe skutki zdecydowanie górują nad dobrymi. Sytuację pogarsza fakt, że w rozwoju technologii nie jest możliwe obecnie zrobienie kroku wstecz. Co więcej, za sprawą sztucznej inteligencji właśnie lecimy „na główkę” do basenu, bez pewności, że jest w nim woda. Trudno udawać, że nie ma tematu.

   Wszystko, co niebezpieczne i złe wiąże się ze smartfonami, internetem i mediami społecznościowymi, doskonale widać w szkole. Od nauczycieli oczekuje się, żeby zapobiegali negatywnym zjawiskom, ale jednocześnie, by w cudowny sposób przybliżali uczniom możliwe korzyści. Na skalę systemową wydaje się to nie do pogodzenia. Australijczycy zabronili właśnie korzystania z social mediów przed ukończeniem 16 lat. Skandynawowie odchodzą od e-podręczników, bo okazało się, że są one dużo mniej skuteczne od papierowych. Przykłady, gdy dziecko zapomina o bożym świecie, wciągnięte przez nieustannie generowany z ekranu strumień dopaminy, każdy może znaleźć bez trudu w swoim otoczeniu. Nie każdy jednak dostrzega w tym niebezpieczeństwo. Tymczasem władze oświatowe wciąż czekają. Wraz z nimi czekamy z ustaleniem ograniczeń w dostępie młodych do internetu, z nałożeniem na wszystkich dorosłych, ale także na Big-Techy, obowiązku egzekwowania bezpiecznych zachowań w sieci.

   Nie chodzi o szkołę jako skansen niekorzystający z nowoczesnych technologii. Chodzi o uczniów, dla których dobra wszechobecność elektroniki powinna być ograniczona. Na początek – bezwarunkowy zakaz posiadania smartfonów w szkołach podstawowych oraz ściśle egzekwowany zakaz korzystania z mediów społecznościowych i innych zasobów internetu nieodpowiednich dla młodych ludzi przed ukończeniem 16-go roku życia. Technicznie jest to możliwe, tylko państwo musi uchwalić stosowne prawo. I tego życzę polskiej szkole. Technologia powinna być w niej obecna, ale wyłącznie w postaci wyposażenia udostępnianego uczniom pod okiem nauczycieli. Opieka i nadzór powinny być jeszcze bardziej skrupulatne niż w przypadku zapewniania bezpieczeństwa fizycznego. Do tego mogą przydać się miliardy na obiecane szkolne pracownie AI, ale daleko bardziej potrzebne jest uczciwe finansowanie obsługi technicznej (a nie oranie w nieszczęśników uczących jeszcze informatyki), oraz zakupy prostego sprzętu, który, póki co, ulega zużyciu szybciej niż pojawiają się kolejne akcje zakupowe.

   Życzę też nauczycielom szeroko zakrojonej akcji szkoleniowej, połączonej z wymianą doświadczeń w zakresie korzystania ze sztucznej inteligencji. Na to naprawdę warto wyłożyć niemałe pieniądze w ramach jakiejś ogólnopaństwowej akcji!

  4 – Stworzenie realnych możliwości indywidualizacji nauczania

   Polska szkoła przeszła długą drogę od czasów, kiedy to na uczniu spoczywała odpowiedzialność za własną naukę i zachowanie na poziomie wymaganym przez szkołę, zazwyczaj wspieraną w tym przez rodziców. Obecnie na piedestale stoi indywidualność, a zadaniem instytucji edukacyjnej jest dopasowanie się do możliwości i potrzeb każdego ucznia. To oczywiście ogromny i niekłamany postęp w sposobie traktowania młodego pokolenia, choć czasem można nabrać obaw, że wylano dziecko wraz z kąpielą. Po prostu nauczyciele przestają sobie w szkole radzić z obowiązkiem wychodzenia naprzeciw różnorodnym potrzebom poszczególnych jednostek. Jest kilka źródeł tego zjawiska. Pierwsze, to obniżenie aspiracji – wykształcenie traktowane jest jako coś należnego, co szkoła musi młodemu człowiekowi zapewnić. Drugie, to malejąca gotowość do podejmowania wysiłku. Jedno i drugie wspierane dzisiaj przez znaczną część rodziców. Jednak największym problemem jest lawinowo rosnąca liczba orzeczeń o potrzebie kształcenia specjalnego oraz opinii psychologicznych, za którymi idą bardzo konkretne zalecenia dotyczące sposobu postępowania z uczniem i dostosowania wymagań edukacyjnych do jego indywidualnych potrzeb. W tym miejscu zaczynają się schody, bowiem coraz częściej w przeciętnym oddziale szkolnym, liczącym dwudziestu kilku uczniów, nawet połowa z nich wymaga rozmaitych dostosowań. Uwzględnienie wszystkich, zakładając nawet, że w ogóle jest możliwe, wymaga ogromnego nakładu uwagi, sił i czasu, czasem wykluczając wręcz prowadzenie zajęć równym frontem. O ile jeszcze na etapie klas 1-3 szkoły podstawowej nauczyciel spędza ze swoimi uczniami kilkanaście godzin w tygodniu i może to ogarnąć, o tyle na dalszych etapach kształcenia, gdy w ramach etatu uczy kilka czy nawet kilkanaście oddziałów, staje się to mało prawdopodobne. Nauczyciele rzeźbią jak umieją i jak są w stanie, ale ich frustracja rośnie z każdym kolejnym wpływającym dokumentem. Podobnie jak frustracja części rodziców, których dzieciom szkoła nie zapewnia tego wsparcia, jakie wynika z posiadanych orzeczeń/opinii.

   Na tym tle rośnie nacisk na edukację włączającą, której idea sprowadza się, uwaga, do zapewnienia każdemu uczniowie indywidualnego wsparcia – zarówno w trudnościach, jak wykorzystywaniu jego mocnych stron. Co prawda, dochodzą wieści, że w Finlandii, w której coraz częściej mówi się o kryzysie szkoły i zawodu nauczyciela, właśnie imperatyw edukacji włączającej jest wskazywany jako jedna z głównych jego przyczyn. A w Polsce? W Polsce od 2025 roku realnie obcięto finansowanie dzieci z orzeczeniami ze spektrum autyzmu – a tych jest najwięcej i ich liczba najszybciej rośnie. A od kwietnia 2026 roku ma zostać wdrożona ocena funkcjonalna, narzędzie, które środowisko nauczycielskie traktuje jako kolejne obciążenie pochłaniające czas, obiecujące nowe obowiązki, jak zwykle nawet bez nadziei na gratyfikację finansową. Tymczasem nie ma mowy o zatrudnieniu do każdego oddziału dodatkowych pedagogów współorganizujących kształcenie, ani o zmniejszeniu liczebności klas, co byłoby najprostszym sposobem wyjścia naprzeciw indywidualnym potrzebom uczniów.

  3 – Odbudowa prestiżu zawodu nauczyciela

   Słowo prestiż pojawia się w niemal każdej wypowiedzi ministry Nowackiej na temat nauczycieli. Niestety, w opinii samych zainteresowanych prestiż ich zawodu w społeczeństwie właściwie nie istnieje. Nie jest jego źródłem sytuacja materialna. Nie sprzyja mu narracja władz, które w ostatnich latach wprost przeciwstawiają nauczycielom uczniów i ich rodziców. Brakuje szacunku w placówkach, w których mnożą się sytuacje konfliktowe. Prestiżu nie można odbudować w krótkim czasie, ale są działania, które by temu sprzyjały. Na przykład, powołanie samorządu zawodowego, który mógłby być partnerem władz przy konsultowaniu merytorycznych planów zmian w edukacji, co wykracza poza zakres działania związków zawodowych. Powiązanie wynagrodzeń nauczycieli z jakimś realnym wskaźnikiem ekonomicznym. Poszanowanie autonomii nauczycieli, a nie jej ograniczanie, jak w przypadku zmian prawnych dotyczących prac domowych. Przeprowadzenie kampanii społecznej pod hasłem „Nauczyciel – ważny zawód”. Niestety, wszystkie te działania wymagają zasobów, których brakuje w sposób krytyczny: funduszy oraz realnego szacunku dla tego zawodu i wiary w potencjał ogromnej rzeszy nauczycieli w kręgach decydentów politycznych. Z tych powodów Świętemu Mikołajowi nie będzie łatwo, ale jeśli nic się nie zmieni, to samą optymistyczną retoryką i podkreślaniem, że dobrzy nauczyciele dają sobie radę ze wszystkim – daleko nie zajedziemy.

  2 – Wypracowanie nowoczesnej pragmatyki zawodu nauczyciela

   Pragmatyka zawodu nauczyciela, czyli zbiór zasad, norm prawnych, etycznych i organizacyjnych określających obowiązki, prawa oraz praktyczne warunki wykonywania pracy nauczyciela, to króliczek, którego od lat gonią władze dowolnego politycznego sortu wraz ze związkami zawodowymi. Mimo zaniku prestiżu tego zawodu i pauperyzacji nauczycieli nie ma nawet mglistej perspektywy ustalenia przejrzystych zasad wynagradzania, czy choćby sposobu wyliczania czasu pracy, z uwzględnieniem opieki podczas wycieczek, godzin ponadwymiarowych i nadliczbowych. O ile odbudowa prestiżu może odbywać się mozolnie nawet w obecnych warunkach, o tyle praca nad pragmatyką zawodu nauczyciela powinna być oparta na konsensusie wszystkich liczących się sił politycznych. Co nas prowadzi wprost do życzenia najważniejszego, jakim jest:

  1 – Wyjęcie edukacji ze sfery sporu politycznego

   W świetle obecnych doświadczeń to życzenie zakrawa na utopię. Aby się spełniło trzeba bowiem polityków zdolnych do zawarcia porozumienia ponad podziałami. Gotowych scedować swoje władztwo w dziedzinie edukacji na rzecz komisji ekspertów, powołanej w celu przygotowania założeń reformy, strategii jej wdrażania oraz barier zabezpieczających przed doraźną ingerencją polityczną w przyszłości. Nieważne, czy nosiłaby ona historyczne miano Komisji Edukacji Narodowej, czy jakieś bardziej współczesne, ważne, by poszukiwała rozwiązań sensownych pedagogicznie, ekonomicznie i społecznie, możliwych do przyjęcia zarówno przez rządzących, jak i opozycję parlamentarną.

   O tym, że nie jest to utopia, świadczą doświadczenia kilku państw, np. Finlandii, Portugalii, Estonii, Walii, gdzie udało osiągnąć takie porozumienia. Pójście taką drogą mogłoby stać się potężnym impulsem prorozwojowym dla polskiej edukacji, tworząc warunki do spełnienia innych zapisanych powyżej życzeń.

* * *

   Po postawieniu kropki przy ostatniej pozycji ogarnęła mnie obawa, że moja lista nie znajdzie uznania u Czytelników. Pomijając nawet oczywistą możliwość potraktowania jej jako dzieła z gatunku fantasy,  przewiduję zarzut, że nie obejmuje życzeń odnoszących się bezpośrednio do uczniów, mających na celu poprawę ich dobrostanu. A przecież dla nich właśnie powołano szkołę i to ich pożytek nadaje tej instytucji rację bytu. Tytułem usprawiedliwienia muszę więc wyjaśnić, że spełnienie każdego z wymienionych przeze mnie życzeń przyniesie realną korzyść uczniom. Nie proszę Świętego Mikołaja o to, żeby wszyscy młodzi ludzie byli w szkole szczęśliwi. Nawet święty temu nie podoła. Każda zmiana jednak, która korzystnie wpłynie na sytuację nauczycieli, na komfort ich pracy i dobre samopoczucie, wprost przełoży się na atmosferę i jakość nauki w szkole.

   Wyznaję niemodny obecnie pogląd, że jest (jednak) różnica pozycji, a co za tym idzie roli pomiędzy osobą dorosłą a dzieckiem, także w szkole. Że sensem mojej pracy jako nauczyciela jest wspieranie młodego człowieka z perspektywy większej wiedzy i doświadczenia życiowego, które wynikają z mojego wykształcenia i wieku. Jak to ktoś celnie zauważył, gdyby te zasoby były takie same u dziecka i u dorosłego, nie istniałoby coś takiego jak doroślenie, dojrzewanie społeczne. Na tej podstawie uważam, że to postawy dorosłych mają decydujący wpływ na to, jak funkcjonuje szkoła. Dlatego twierdzę, że na mojej liście uczniowie są tylko pozornie nieobecni.

   Niestety, obecnie w najsłuszniejszej i najpiękniejszej intencji staramy się ucieleśnić paragrafami wizję lekkiej, skutecznej i przyjemnej edukacji. Zaprzeczamy doświadczeniom pokoleń nauczycieli, że to wysiłek jest warunkiem sine qua non edukacyjnego sukcesu ucznia, a stawianie sobie wyzwań i pokonywanie przeszkód – źródłem satysfakcji życiowej. Postępując wbrew tym prawidłom dziwimy się, że szkoła nie jest w stanie się dopasować. Może należałoby jednak zmienić wektor myślenia i popracować nad taką wizją współczesnej szkoły, w która ona sama w sobie będzie dobrym środowiskiem społecznym, sprzyjającym rozwojowi indywidualnemu z uwzględnieniem dobra wspólnego. Choć obawiam się, że pokładanie przeze mnie nadziei w Świętym Mikołaju jest wyrazem realistycznej oceny szans powyższych życzeń na spełnienie...

Wróć

Dodaj komentarz

Skomentował Ppp

Życie jest skomplikowane, więc prawo także. Chyba bardziej przydatna byłaby zmiana podejścia, by nie karać wszystkich za wszystko - karać tylko za porządne przestępstwa, a drobne błędy po prostu wybaczać, nawet z automatu.
A jeśli te drobiazgi łączą się w przestępstwo ciągłe, to nie karać, lecz szukać przyczyn - jeśli ktoś się regularnie spóźnia, bo nie ma autobusu przejeżdżającego o odpowiedniej godzinie, to taka recydywa nie jest jego winą.
Wesołych Świąt.

Skomentował Włodzimierz Zielicz

@Ppp
No nareszcie zacząłeś mówić ludzkim głosem i rozsądek Ci wrócił - miejmy nadzieję, że nie tylko świątecznie ... ;-)

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...