Blog

Stare i nowe bezdroża prawa oświatowego

(liczba komentarzy 3)

   1 września rozpoczniemy w szkołach kolejny rok podróży po Krainie Prawa Oświatowego. Czasem pojedziemy autostradami, choćby w przypadku kalendarza wydarzeń, wiedząc dokładnie, kiedy będą ferie, kiedy egzaminy, kiedy początek i koniec tegorocznej podróży. Będziemy też korzystać z dróg wojewódzkich, takich jak ta, która wiedzie przez region podstaw programowych. Jest ona świeżo po renowacji, co poznamy po ogromnej liczbie znaków drogowych, przesłaniających cały krajobraz. Do tego każdy, kto pojedzie tamtędy samochodem, otrzyma nową instrukcję obsługi kierownicy, rowerzysta – e-napęd bez ładowarki, a piechur – broszurę zachęcającą do wolontariackiej pomocy przy robotach drogowych.

   Ponieważ w Krainie nie ma mowy o ładzie przestrzennym, zmorą podróżników są liczne labirynty wąskich dróg i uliczek, krzyżujących się bez ładu i składu. Taka właśnie, pogmatwana i bez oczywistych kierunków, jest starówka w miejscowości Ocenianie. Również w nowych inwestycjach znajdują się szlaki komunikacyjne, w których przebiegu trudno się zorientować, nawet z użyciem kompasu. Niektórzy podróżnicy wciąż miotają się po osiedlu „Dotacja na uczniów z orzeczeniami”, oddanym do użytku w styczniu 2025 roku w miasteczku Potrzeby Oświatowe. Desperacko próbują zrozumieć jego pogmatwaną topografię, dostosować do niej swoją jazdę, uniknąć mandatu, nie zbankrutować, no i szczęśliwie dowieźć dzieci do celu.

   Kraina Prawa Oświatowego słynie z bezdroży, na których gubią się najbardziej nawet doświadczeni podróżnicy. Niestety, państwowa informacja turystyczna nie oferuje dobrych przewodników po tych rejonach. Również komercyjni autorzy bedekerów, co roku latem opisujący nowe atrakcje, temat bezdroży omijają szerokim łukiem.

   Podróż przez Krainę stanowi tym większe wyzwanie, że jej trudności i niewygody dotyczą wielu ludzi, nie tylko kierowców, ale także pasażerów. Jest bezustannie recenzowana w mediach, zazwyczaj bardzo krytycznie. Obok pokręconej topografii, to właśnie powoduje, że duża część podróżników odczuwa dzisiaj ogromne zmęczenie, a nawet zniechęcenie, i rozważa, na przykład, rzucenie wszystkiego i wyjazd w Bieszczady.

   W dalszej części artykułu, porzuciwszy już metaforyczną formę, opiszę trzy bezdroża, czyli dylematy prawa oświatowego, które będą nam towarzyszyć w nadchodzącym roku szkolnym. Bez specjalnej nadziei na ich rozstrzygnięcie.

   Dylemat wyjścia do toalety

   Na pytanie, kiedy w polskiej szkole będzie lepiej, niezmiennie odpowiadam, że nie wcześniej niż ktoś rozwiąże dylemat wyjścia ucznia z lekcji do toalety. Polega on na zderzeniu niezbywalnego – jak utrzymują prouczniowscy legaliści – prawa młodego człowieka do zaspokojenia potrzeby fizjologicznej, z imperatywem zapewnienia mu nieprzerwanej opieki, obowiązującym pracowników szkoły. W praktyce oznacza to, że zakaz wyjścia do toalety nadmiernie ogranicza wolność ucznia, naruszając przy tym także jego godność, równocześnie jednak wypuszczenie go z klasy bez eskorty, szczególnie w przypadku, gdy stanie mu się coś złego, w świetle prawa stanowić będzie karygodne zaniedbanie ze strony nauczyciela. Nawiasem mówiąc, zadziwiające, że nikt nie dostrzega naruszenia godności ucznia w urzędowym braku wiary w jego zdolność do samodzielnego i odpowiedzialnego dotarcia do szkolnej toalety.

   Pytanie o rozwiązanie tego dylematu niejeden już raz padło pod adresem władz. Doczekało się nawet urzędowych odpowiedzi, np. ze strony kuratorów. W tych, do których dotarłem, podkreśla się konieczność zagwarantowania uczniowi realizacji jego praw. To samo znajduje się też w stanowisku Rzeczniczki Praw Dziecka, która wskazała, że uporczywe zabranianie wyjścia do toalety narusza prawa ucznia. Czy oznacza to zatem jednoznaczne opowiedzenie się czynników oficjalnych za opcją „pozwolić”?! Nic bardziej mylnego!

   Zdaniem urzędników, ponieważ przepisy prawa nie regulują wprost sprawy wychodzenia do toalety w czasie zajęć lekcyjnych, kwestia ta powinna zostać rozstrzygnięta na poziomie przepisów wewnątrzszkolnych. Przyjęte rozwiązanie musi zapewniać bezpieczeństwo uczniów podczas prowadzonych w szkole zajęć, w szczególności uwzględniając zapis z rozporządzenia w sprawie BHP, stanowiący, że „niedopuszczalne jest prowadzenie jakichkolwiek zajęć bez nadzoru upoważnionej do tego osoby”.

   Oczywiście można by dyskutować, czy wędrówka ucznia do toalety jest elementem zajęć, ale trudno kwestionować, że jeśli odbywa się ona podczas lekcji, wymaga zapewnienia bezpieczeństwa. Czy można tego dokonać w inny sposób niż poprzez bezpośredni nadzór nauczyciela?! Skądinąd niemożliwy, bo odprowadzenie jednego ucznia do toalety skutkowałoby nie tylko przerwą w lekcji, ale także pozostawieniem bez opieki reszty klasy?!

   Rozważaliśmy w znajomym gronie dyrektorów – dodam, że w aurze wisielczego humoru – możliwość wydelegowania woźnej do stałego nadzoru nad szlakiem komunikacyjnym wiodącym do szkolnej łazienki. Jednak, pomijając już kwestie kosztów i logistyki, pomysł upadł z powodu… prawnego, a mianowicie braku kwalifikacji osoby na tym stanowisku do sprawowania opieki nad dziećmi. Woźna z uprawnieniami pedagogicznymi jest, póki co, melodią przyszłości. Nie ma przebacz – obowiązek pozostaje na barkach dyrektora, choć nie ma on ani środków, ani możliwości, by jednocześnie zapewnić poszanowanie prawa ucznia do czynności fizjologicznej i spełnienia obowiązku stałego nadzoru nad nim.

   Zdarzyło mi się kilkakrotnie natknąć na opinie, że dylemat toaletowy jest wydumany. Że w praktyce jakoś się to dzieje i nie słychać, by skazywano nauczycieli za zaniedbania w tej kwestii. Niezmiennie tłumaczę, że problemem – nie tylko dla nauczyciela, ale też dyrektora szkoły – jest sama świadomość, że żadne przyjęte rozwiązanie nie zabezpiecza praw obu stron, i że w związku z tym każde może być oprotestowane. Trudno mówić o autonomii, gdy po prostu nie ma dobrego wyjścia z sytuacji. To tylko przejaw spychologii uprawianej przez władze, która zresztą ujawnia się obecnie także w kolejnych kwestiach.

   Dylemat obowiązku szkolnego

   Im mniej jest w narodzie szacunku dla szkolnej edukacji, tym częściej pojawia się problem egzekwowania obowiązku szkolnego. Prawo stanowi, że uczeń może mieć nie więcej niż 50% nieusprawiedliwionych nieobecności w szkole, a za jego respektowanie odpowiadają rodzice, pod rygorem kar finansowych. Absencja szkolna zaczyna jednak być postrzegana już nie tylko jako godne potępienia zaniedbanie rodziców, ale również możliwy przejaw kryzysu w rodzinie, albo wyraz problemów psychologicznych dziecka, co budzi oczywiście troskę i skłania do poszukiwania środków zaradczych.

   Interpelację w tej sprawie wystosował ostatnio do MEN poseł Marcin Józefaciuk. Mówiąc szczerze, niewiele uzyskał, poza niezmiennymi w tego typu korespondencji wyrazami samozadowolenia urzędników. Wielce symptomatyczny wydał mi się jednak fragment odpowiedzi, której udzieliła mu wiceminister Izabela Ziętka.

– Co do zasady, powtarzające się nieobecności ucznia, wątpliwe, w ocenie wychowawcy, przyczyny i sposoby usprawiedliwiania, powinny spotkać się ze zdecydowaną reakcją szkoły. Długotrwały brak kontaktu z uczniem powinien być alarmujący dla nauczycieli i wychowawcy, którzy zobowiązani są do podjęcia działań w kierunku rozeznania sytuacji ucznia i poinformowania o tym dyrektora szkoły.

   W odpowiedzi padło również, że analizowanie frekwencji i przyczyn nieobecności należy do zadań szkoły, a kontrola obowiązku szkolnego „nie ogranicza się jednak do zliczania nieobecnych uczniów”. Jej celem ma być „powrót dziecka do normalnego funkcjonowania w szkole”.

   Zakładam, że prawo oświatowe nie tylko każe szkole stać na straży realizacji obowiązku szkolnego, ale gdzieś w swoim bezkresie nakłada na nią obowiązek rozeznania sytuacji, przeanalizowania przyczyn nieobecności i… I co dalej?!

   Co można rozumieć pod słowami „zdecydowana reakcja szkoły”?! Co, w sytuacji, gdy rodzic, usprawiedliwiając nieobecność dziecka, nie ma nawet obowiązku podania jej przyczyny?! Co, w sytuacji, gdy nauczyciel nie ma żadnych, ale to żadnych uprawnień śledczych?! „Zdecydowana reakcja” jest zwykłym pustosłowiem. Mam poczucie, że miotamy się w nierozwiązywalnym dylemacie poszanowania roli rodziców w życiu dziecka i ochrony jego prywatności, a zarazem skutecznego wykrywania i rozwiązywania problemów powstających w rodzinach. Beż żadnych narzędzi i żadnego prawa na tym bezdrożu, poza opcją atomową, czyli oficjalnym zgłoszeniem, że dziecko nie realizuje obowiązku szkolnego.

   Dylemat telefoniczny

   Od września zacznie obowiązywać ustawa zakazująca używania smartfonów przez uczniów w szkołach podstawowych. Zawierająca kilka sensownych wyjątków, takich jak względy medyczne, czy wykorzystanie podczas lekcji do celów dydaktycznych, za zgodą nauczyciela. Co oczywiste, nowe zasady są teraz popularyzowane. M.in. 5 sierpnia Śląska Kurator Oświaty, Aleksandra Dyla, wystosowała stosowne pismo do szkół. Doceniam dobre intencje Autorki i zebranie przez nią w jednym miejscu najważniejszych informacji. Zadumałem się jednak nad ostatnim akapitem tego pisma, dotyczącym egzekwowania zakazu w szkole:

Wobec ucznia stosuje się działania wychowawcze albo kary przewidziane w statucie. Reakcje powinny być proporcjonalne i wcześniej znane uczniom oraz rodzicom. Ustawa nie upoważnia pracowników szkoły do przeglądania zawartości telefonu ani do siłowego odebrania urządzenia. Jeżeli szkoła zorganizowała miejsce przechowywania, nauczyciel może nakazać uczniowi odłożenie tam urządzenia.

   Proszę zwrócić uwagę, że z powyższego fragmentu wyziera praktyczna bezsilność szkoły w przypadku złamania przez ucznia zakazu. Nawet w sytuacjach drastycznych, przy podejrzeniu czynu zabronionego, typu przemoc w sieci. Nauczycielom nie wolno przeglądać zawartości urządzenia, ani odebrać go siłą; z własnego doświadczenia dopowiem, że nawet dobrowolne oddanie go przez dziecko może później poskutkować zarzutem ze strony rodziców o naruszenie prawa własności. Owszem, można nakazać odłożenie w miejscu przeznaczonym do przechowywania, ale co w sytuacji, jeśli uczeń odmówi? Albo jeszcze gorzej – gdy wsparcia odmówią powiadomieni o zdarzeniu rodzice?! To jest pytanie bez dobrej odpowiedzi; problem, którego szkoła nie jest w stanie w całej swojej autonomii rozwiązać.

   Kiedy analizuję prawne aspekty różnych szkolnych sytuacji, a od kilku lat muszę to czynić niemalże na co dzień, z nostalgią sięgam pamięcią do czasów, w których wychowanie dzieci nie było misterium zapisanym prawniczymi hieroglifami, ale po prostu wspólnym wysiłkiem dorosłych, całej „wioski”, o której mówi znana afrykańska mądrość. I nie, nie tęsknię za rzekomą pełnią władzy nad uczniami, bo respekt, autorytet i szacunek, które były częścią tego porządku nie są z tym tożsame. Po prostu jestem przekonany, że bez zaufania – a kolejne paragrafy są dobitnymi wyrazami jego braku – trudno tworzyć społeczność szkolną, w której tak ważne mają być dobre relacje.

   Wierzę, że działania władz oświatowych, które tutaj krytykuję, nie są wyrazem złej woli, ale odbiciem ogólnej paragrafizacji życia społecznego. Minister czy kurator nie mogą sobie pozwolić na uporządkowanie wskazanych przeze mnie bezdroży także dlatego, że owe porządki mogłyby napotkać zarzut… braku prawnej podstawy. Nawet więc w sytuacji, gdy prawo nakłada jednocześnie dwa obowiązki, których nie da się spełnić równocześnie, stosowana jest metoda spychania odpowiedzialności w dół, według bardzo prostego schematu. Władze nie rozwiązują dylematu, tylko go opisują. Poprawnie wskazują zasady, ale nie odpowiadają na pytanie, jak działać w praktyce, gdy nie da się ich pogodzić. Podają cele, ale nie wskazują mechanizmu ich osiągnięcia. Składają pełną odpowiedzialność na szkołę, która ma osiągnąć wszystkie pożądane cele jednocześnie.

   Bezdroża prawne nie są główną przyczyną wypalenia pracowników oświaty, ale na pewno zasługują na uwagę. Zresztą, powtórzę przy tej okazji, po raz nie wiem już który: rzetelny audyt prawa oświatowego powinien być pierwszym krokiem w pracach nad jakąkolwiek reformą. Niestety, również po raz nie wiem już który, pozostaję w pełnej świadomości, że nikomu na tym tak naprawdę nie zależy.

   Nikłą pociechą jest, że podobny schemat funkcjonuje w innych dziedzinach życia społecznego. Zapewnienie wysokiej jakości, ograniczenie kosztów, przestrzeganie procedur, działanie szybko i sprawnie – to powszechnie artykułowane cele. Gdy zaczynają ze sobą kolidować, organ nadrzędny reaguje ich powtórzeniem, bez wskazania możliwej hierarchii. Z problemem pozostają ci "na dole", choć jednocześnie coraz większa liczba przepisów ogranicza ich autonomię.

   Aby sprowadzić na zakończenie wywód z powrotem na niwę edukacji i dodać stosowną puentę, pozwolę sobie w tym miejscu przywołać swój niedawny artykuł "I śmieszno, i straszno, czyli legislacja w wydaniu MEN". Opisałem w nim, jak to nie licząc się ze realiami, w ramach reformy "Kompas Jutra" narzucono szkołom obowiązkową formułę tygodnia projektowego. To doskonały przykład, jak w MEN pojmuje się autonomię dyrektora szkoły: jako obowiązek rozwiązywania problemów wynikających z radosnej twórczości legislacyjnej władz oświatowych.

Wróć

Dodaj komentarz

Skomentował Włodzimierz Zielicz

Zwracam uwagę, że problem toaletowy rozwiązano skutecznie w zakładach karnych - w każdej celi taki czy inny kącik z wiadrem za parawanem. No chyba żeby każda sala lekcyjna miała Toi Toi albo lepiej ... ;-) Co do problemu telefonicznego rozwiązuje się go skutecznie w Azji przy pomocy technologii... ;-) Co do obowiązku szkolnego - w krajach cywilizowanych odpowiednie organa, nie szkoła, nakładają GRZYWNY ... ;-) Więc DA SIĘ tylko trzeba po pierwsze CHCIEĆ dany problem rozwiązać (a nie błysnąć pustosłowiem dla politycznego PR!), po drugie mieć KOMPETENCJE&DOŚWIADCZENIE !!! Niestety NICZEGO PODOBNEGO w MEN&PIB Ad 2026 nie uświadczysz :-(

Skomentował Ppp

A może trzeba po prostu POMYŚLEĆ?
Akapit o frekwencji przypomniał mi sprawę mojego kolegi z liceum, który miał alergię i każdej wiosny lało mu się z nosa. Nie będąc w stanie "zalegalizować" swojego wcześniejszego wyjścia do domu zgodnie z procedurą, po prostu wychodził i potem były awantury o niską frekwencję i dużą ilość nieusprawiedliwionych nieobecności - co owocowało niską oceną z zachowania, pomimo, że generalnie zachowywał się przyzwoicie. Przyczynę znali wszyscy, ale przez cztery lata nie udało się tego w sensowny sposób załatwić.
To samo z tu opisanymi - czasami trzeba coś zignorować, przymknąć oko, umówić na coś po cichu i po prostu zachowywać się rozsądnie.
Pozdrawiam.

Skomentował Włodzimierz Zielicz

@Ppp
Tak BYŁO. Dziś prokurator nie będzie na takie rzeczy zważał jak uczeń zaćpa w toalecie albo popełni samobójstwo czy mu koledzy krzywdę zrobią ... ;-) A katar sienny jest powszechnie znany medycynie od dawna - nie mógł kolega poprosić LEKARZA od odpowiedni kwit - jakoś nie wierzę ... :-(

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...