Blog

Ślady, które pozostają na całe życie

(liczba komentarzy 1)

   W ciągu długich lat kierowania STO na Bemowie niejednokrotnie spotkałem się z pytaniem, skąd wziął się ten czy inny pomysł, z czego wyrosła jego koncepcja programowa. Zawsze miałem kłopot z udzieleniem odpowiedzi. Nawet dzisiaj nie byłbym chyba w stanie wyjaśnić, na przykład, jak powstała metoda zaliczeniowa, jak narodził się zwyczaj podawania ręki na powitanie i pożegnanie, skąd wzięła się koncepcja wychowawców klas 4-6, którzy nie uczą żadnego przedmiotu. Owszem, wiele rozwiązań stosowanych w Szkole ma korzenie w harcerskiej metodyce, ale to  nie wyjaśnia wszystkiego. Na przykład – fenomenu pogodnej atmosfery, na którą często zwracają uwagę ludzie znający naszą Szkołę.

   W ostatnim czasie natrafiłem w sieci na cały szereg wypowiedzi różnych ludzi na temat tego, co im dała szkoła. Te wspomnienia bywają pozytywne, czasem wręcz serdeczne, albo negatywne, niekiedy pełne złości. Ich wspólnym mianownikiem jest tylko sama instytucja, która – jak widać – może w rozmaity sposób odciskać ślad w pamięci.

   Osobiście należę do tych, którzy szkołę wspominają ciepło, choć nie na każdym etapie edukacji było mi w niej całkiem dobrze. Zdecydowanie lepiej układało się w liceum, w którym znalazłem szerokie grono znajomych i swoją drogę do harcerstwa, niż w podstawówce, jakkolwiek to z tej ostatniej wywodzą się osoby, z którymi do dzisiaj utrzymuję kontakt. Jednak patrząc z perspektywy dojrzałego już wieku myślę, że nie tylko szkoła jest ważna jako źródło dobrych i złych doświadczeń, rzutujących na cale życie. Co oczywiste, jest to również dom, w którym człowiek dorasta, rodzina. Sam w swoim czasie napisałem we wspomnieniu po Mamie:

(...) w bezkresie tego, co Jej zawdzięczam, mieści się także znaczna część mojej pedagogicznej osobowości, manifestującej się między innymi wpisami w tym blogu. Rzecz może o tyle dziwna, że Mama, poza wychowaniem jedynego syna, z pedagogiką nie miała nic wspólnego. Co więcej, Jej zasługi w tej dziedzinie wynikły głównie z tego, czego nie zrobiła, czyli z wychowawczych zaniechań, podyktowanych intuicją lub po prostu zdrowym rozsądkiem. Pragnę to podkreślić na użytek tych Czytelników, którzy zachodzą w głowę, co jeszcze mogą zrobić ku pożytkowi swoich dzieci.

(...) A wracając do pedagogicznych zaniechań, pragnę w tym miejscu bardzo, bardzo, bardzo Mamie podziękować za to, że nie nauczyła mnie złości ani nienawiści pod adresem innych ludzi. Żydów, Niemców, Rosjan, czerwonych, inaczej myślących, nieco uciążliwych sąsiadów, czy kogo tam jeszcze chcecie. Dzięki temu zawsze pamiętam o uczynionych mi przysługach, a szybko zapominam urazy. Jestem Jej szczególnie wdzięczny, że nigdy w mojej obecności nie wyraziła jakiejkolwiek oceny moich nauczycieli, natomiast zawsze traktowała ich z widoczną dla mnie sympatią, szacunkiem i zaufaniem. Dziękuję, że nigdy nie okazała zainteresowania, czy moje osiągnięcia szkolne są lepsze niż moich koleżanek i kolegów. W pełni satysfakcjonowało ją, że były dobre, choć także nigdy nie skomentowała krytycznie, gdy zdarzyła mi się jakaś wpadka. Nigdy nie próbowała wytyczać za mnie ścieżek mojego życia, czy był to sposób spędzenia weekendu, harcerska pasja (w rodzinie, w której nie było harcerskich tradycji), wybrany kierunek studiów, czy małżeństwo. Nie czyniąc tego wszystkiego wywarła wpływ na moje życie, którego nie da się przecenić.

   To oczywiste, że niektóre miejsca i obecni w nich ludzie wywierają ogromny wpływ na rozwój człowieka choćby tylko z racji "zanurzenia" w nich przez dłuższy czas. Są też jednak oderwane wydarzenia, niekoniecznie związane z miejscami, ani nawet z czasem młodości, które zapadają w pamięć i jeszcze po latach powodują, że człowiek myśli i działa tak, a nie inaczej. Chciałbym się w tym miejscu podzielić wspomnieniem o kilku, które zapadły mi w pamięć i w jakiś sposób uformowały mój pogląd na świat i ludzi.

   Czerwiec 1976 roku. Oceny na koniec szkoły podstawowej wystawione, jedna z ostatnich lekcji języka polskiego. Nasza wieloletnia polonistka, pani Józefa Szot, której z pewnością nie lubiliśmy, ale darzyliśmy dużym respektem, zadaje nam ostatnią pracę domową – napisanie felietonu. Na kolejną lekcję nikt tej pracy nie wykonuje - w końcu stopnie są już wystawione. Słyszymy od nauczycielki, że zawiodła się na nas, bo tak postępować się nie godzi. I chociaż skruszeni na ostatnią lekcję felietony napisaliśmy, pani Szot pozostała urażona, i z tego co wiem, nigdy z nikim z naszej klasy więcej nie chciała rozmawiać. Wyniosłem z tego naukę życiową, że ludziom, którzy na nas liczą, nie powinno się sprawiać zawodu.

   Rok 1982 – początki mojej kariery drużynowego zuchowego. Przy okazji każdej wizyty w swojej macierzystej podstawówce, gdzie prowadziłem zuchy, chodzę po korytarzu obwieszony kilkoma gronami pierwszaków witających swojego Druha. Jest mi z tym bardzo dobrze, ale trochę też martwię się, bo mojej drużynie wiele brakuje do ideału opisanego w podręcznikach dla instruktorów. Pociesza mnie Komendant Szczepu, Druh Mirosław Kozikowski, w taki oto sposób: „Możesz nie mieć w drużynie znaku, skarbca, kręgu rady, możesz nie zdobywać z dziećmi gwiazdek i sprawności, możesz się cały czas tylko bawić z nimi w Indian – a i tak będzie to prawdziwa drużyna zuchowa. Bo liczy się duch!”. Tamta rozmowa nauczyła mnie, że sfera wartości jest ważniejsza od teorii, przepisów i formalności. Po prostu – najważniejszy jest duch!

   15 października 1985 roku. Moja pierwsza praca – nauczyciela biologii i chemii w Szkole Podstawowej nr 69 w Warszawie. Jestem lubiany przez uczniów – wygrałem nawet plebiscyt na najfajniejszego nauczyciela, zorganizowany przez Samorząd Uczniowski. Wczoraj był Dzień Nauczyciela, ale ja jednak tego dnia w swoim planie nie miałem lekcji, więc nie było mnie w pracy. Dzień później nie dostałem nawet złamanego kwiatka. Dotarło do mnie, że dla uczniów życzenia z okazji święta były tylko rytuałem powiązanym ze szkolnymi, zwyczajowymi obchodami, a nie potrzebą serca. Do dzisiaj najbardziej lubię współpracować z ludźmi, młodymi i starymi, którzy chcą współpracować ze mną. Od tamtego czasu stałem się uczulony na szkolny przymus i hipokryzję.

   Sierpień 1986 roku – Dąbrowa Tarnowska. Jestem komendantem kolonii zuchowej, a przy okazji jej zaopatrzeniowcem. Odwiedza nas kontrola sanitarna. Paniom z SANEPID-u wszystko się bardzo podoba, do chwili zwizytowania… śmietnika. Był koszmarnie brudny i roiło się w nim od robactwa. Jak dziś pamiętam starszą wekiem panią inspektor, która rzekła do mnie tak oto: „Druhu!  To jest karygodne i powinnam Druhowi dać wysoki mandat. Widzę jednak, jak wspaniałą robotę tutaj wykonujecie. Proszę więc mi  tylko obiecać, że Druh to wszystko niezwłocznie uprzątnie!”. Obiecałem, w ciągu kilku godzin sprzątnąłem i zapamiętałem na całe życie, że zaufanie jest lepszym narzędziem wpływania na ludzi, niż jakakolwiek kara.

   Około roku 1998 – pokój nauczycielski. Coś zostało zaniedbane, nie pamiętam już co, a ja, wściekły, stoję wśród nauczycieli i czynię im wyrzuty. Słuchają, wreszcie nauczycielka angielskiego, pani Beata Chmielewska, spokojnym, pełnym perswazji tonem, mówi do mnie: „Panie dyrektorze, ma pan świętą rację, zawaliliśmy to. Ale niech pan pomyśli, ile razy zrobiliśmy coś więcej,  niż należało, tylko dlatego, że panu na tym zależało”. I to była prawda. Jeśli kiedykolwiek jestem nadmiernie wyrozumiały dla personelu, to przyczyna sięga tej właśnie sytuacji.

   Maj 2008 – list w skrzynce mailowej podpisany przez absolwenta z roku 1999: „Zupełnie przypadkiem trafiłem dziś na Pańską stronę. Jest to zbieg okoliczności większy, niż by się zdawało, gdyż również dzisiaj odbyło się spotkanie absolwentów 24. Przeczytałem zawarte tam materiały i dały mi one sporo do myślenia. Wasza praca nie jest łatwa i wydaje mi się przepełniona ciągłą walką z wszelkimi niedogodnościami. Wiem, że to niewiele, ale tak czy owak chciałbym Panu podziękować za to, iż w momencie, gdy zasługiwałem jedynie na usunięcie z lity uczniów, dał mi Pan jeszcze jedną szansę. Czuję, że dzięki temu jestem dziś lepszym człowiekiem.” Bez komentarza.

   W szkole, którą kieruję uczniowie i nauczyciele, a czasem może nawet rodzice przeżywają wiele różnych zdarzeń odbiegających od codziennej rutyny. Niektóre, być może, pozostaną w ich świadomości, niczym drogowskazy na całe życie. Najbardziej jednak liczę na to, że same lata spędzone w miłej atmosferze i otoczeniu życzliwych ludzi pozostawią trwały ślad, który w dalszym ich życiu zaowocuje pozytywnym podejściem do wszystkich i wszystkiego. Taka szkoła ma sens, nawet jeśli podstawy programowe wołają o pomstę do nieba.

Wróć

Dodaj komentarz

Skomentował Xawer

Zupenie na marginesie i nie jako komentarz to Pańskiego życiorysu, proszę, broń Boże, nie brać tego pod swoim adresem, a raczej jako zaskoczenie, że wśród ludzi warszawskiej inteligencji mógł trafić się ktoś o tak różnych "śladach na całe życie", zwłaszcza z tak znaczących dat.
Czerwiec 1976 (bardziej lato i jesień) wspominam nie jako honorowe napisanie felietonu w szkole, tylko jako pierwsze nabieranie wprawy w jeżdżeniu wałkiem po sitku i pisaniu na maszynie przez 12 kalek, a choć poznałem wtedy Jacka Kuronia, to bynajmniej nie w roli instruktora harcerskiego. W końcu harcerz nie pije i nie pali, a nawet nie powinien przeklinać...
A 1982 to mój początek kariery aresztanta i budowania relacji z lumpami, a nie działalności z dziećmi.
Mam nawet starsze wspomnienie z 1968 - bynajmniej nie jako przygotowywanie się do pójścia do szkoły jesienią, tylko medyczne - z opieki nad Ojcem, który wtedy spędził kilka miesięcy w domu (powinien w szpitalu) z odbitymi nerkami i innymi organami nie wstając po tym, jak spotkał się w marcu z "aktywem robotniczym", a trochę póżniej z zajmowania się Babcią, aż po jej pogrzeb, wywołany przez grypę hong-kong, dużo bardziej zabójczą od covid, ale wtedy nikt z tego nie robił wielkiego halo. I pamiętam też nie pojawienie się nowych kolegów w szkole, ale nagłe zniknięcie z naszego życia kilku zaprzyjaźnionych z nami rodzin.

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...