Blog

Prawo oświatowe - marne i wciąż w niedoczasie

(liczba komentarzy 2)

   W kolejnym wakacyjnym artykule, inspirowanym wydarzeniami minionego roku szkolnego, wezmę dzisiaj na tapet sposób stanowienia prawa oświatowego. Prawa, które w ciągu trzydziestu sześciu lat mojej kariery dyrektora szkoły zwielokrotniło swoją objętość, a przy tym uległo takiej komplikacji, że w praktyce nie sposób przestrzegać go w całej rozciągłości.

   Dwa smaczki dla zilustrowania tego twierdzenia.

   W lutym tego roku małopolska kurator oświaty, pani Gabriela Olszowska, oznajmiła w wywiadzie dla „Głosu Nauczycielskiego”, że zebrała ponad 100 nieprawidłowości występujących w wewnątrzszkolnych systemach oceniania. A że jest osobą, która na ocenianiu zna się jak mało kto, na pewno jest źle. Tylko, o czym to świadczy?!

   Zanim odpowiem, przywołam w tym miejscu naukę, jaką otrzymałem w młodości od mojej mentorki z zakresu dydaktyki. Otóż jeśli w trzydziestoosobowej klasie kilku uczniów otrzymuje jedynkę ze sprawdzianu, to znaczy, że się nie nauczyli i/lub nie postarali. Jeżeli jednak tych jedynek jest większość, to źle świadczy już tylko o pracy nauczyciela. Myślę więc, że jeśli w tak wycinkowym aspekcie prawa oświatowego można popełnić ponad sto różnych błędów w jego stosowaniu, to świadczy wyłącznie o fatalnej jakości tego prawa. Jest ono albo źle sformułowane, albo oderwane od życia, albo cierpi na obie te przypadłości naraz.

   Smaczek drugi, na użytek dyrektorów, którzy na co dzień uprawiają orkę na ugorze oświatowych przepisów. Każde kolejne rozporządzenie dotyczące kwalifikacji nauczycieli, a było ich w ostatnich latach kilka, wprowadza nowe zasady w tym zakresie. Studiujemy więc w szkołach papiery, w szczególności suplementy do dyplomów, w których jest wyłożone czego i w jakim wymiarze uczył się podczas studiów kandydat na nauczyciela. Kwalifikacje zdobyte przed rokiem, dajmy na to 2018, mogą być w tej samej dziedzinie niewystarczające po roku 2023. A już prawdziwy kalejdoskop panuje w kwestii uprawnień - tak dzisiaj poszukiwanych - nauczycieli współorganizujących proces kształcenia. Namnożono szczegółowych specjalności w obrębie pedagogiki specjalnej w sposób zakrawający na absurd. Śmiem twierdzić, że beneficjentami tego systemu nie są nauczyciele, którzy mogliby być lepiej przygotowani do pracy, ani ich uczniowie, a jedynie wyższe uczelnie, oferujące ogromną liczbę płatnych, mało wymagających studiów podyplomowych, głównie zresztą w formule online.

   To tylko wierzchołek ogromnej góry lodowej, jaką jest fatalne prawo oświatowe. Dlatego też od kilku lat konsekwentnie postuluję jego rzetelny, całościowy audyt. Bez tego nie ma co marzyć o prawdziwej reformie systemu edukacji.

* * *

   Miniony rok nie przyniósł żadnej poprawy w dziedzinie stanowienia prawa oświatowego. Wręcz przeciwnie – pojawiło się nowe zjawisko, związane z wetowaniem przez prezydenta ustaw uchwalonych w parlamencie. Najpierw spotkało to ustawę wprowadzającą rozwiązania reformy „Kompas jutra”, a ostatnio ustawę o prawach i obowiązkach ucznia. I w jednym, i w drugim przypadku ministra Barbara Nowacka zapowiedziała, że planowane zmiany i tak wprowadzi, nawet jeśli w ograniczonym zakresie. W ten sposób ofiarą zaciekłej walki na polskiej scenie politycznej stało się poszanowanie dla prawa, które powinno być fundamentem edukacji.

   Słabo wygląda stanowienie prawa na poziomie rozporządzeń. Ogłaszanie zamierzeń na długo przed przygotowaniem odpowiednich aktów prawnych, a potem podpisywanie „na ostatnią chwilę”, to już niechlubna tradycja w Ministerstwie Edukacji Narodowej. Robert Górniak aka Dealerzy Wiedzy opublikował w połowie lipca zestawienie dokumentów dotyczących zmian, które mają wejść w życie od 1. września. Z dziewięciu – podpisane i ogłoszone są zaledwie trzy. Ustawa zakazująca korzystanie z telefonów komórkowych w szkołach podstawowych czeka na podpis prezydenta. Rozporządzenia, m.in. o kwalifikacjach wymaganych od nauczycieli przyrody, ZPT, edukacji zdrowotnej i edukacji obywatelskiej, oraz o zasadach prowadzenie wydzielonego modułu edukacji seksualnej w ramach edukacji zdrowotnej, są dopiero na etapie opiniowania. Szczególne curiosum stanowi (również jeszcze niegotowe) rozporządzenie wprowadzające kilka zmian bezpośrednio rzutujących na zatrudnienie nauczycieli oraz organizację pracy szkoły, np. wymiar obowiązkowych od nowego roku szkolnego zajęć edukacji zdrowotnej, czy obowiązek blokowania lekcji przyrody oraz dwóch z pięciu lekcji języka polskiego. Najkrócej mówiąc – dyrektorzy zmuszeni są planować zatrudnienie niektórych nauczycieli i organizację pracy szkoły bez pełnej podstawy prawnej do tych czynności. Wyłącznie w oparciu o projekty aktów prawnych, które jednak władze mogą zmienić nawet w ostatniej chwili, nie ponosząc za to żadnej odpowiedzialności. I nie jest usprawiedliwieniem, że za poprzedników było podobnie!

   Kwestie zatrudnienia nauczycieli – w zawieszeniu. Zmiany w statutach szkół, a będą na pewno niezbędne, choćby w kwestii telefonów – zostawione na ostatnią chwilę. Tak wyglądają w praktyce efekty urzędowej "sprawności inaczej" ministerstwa. Zamiast rzetelnie zajmować się mało efektownymi, ale niezbędnymi czynnościami, ministra epatuje opinię publiczną zapowiedziami, że mimo prezydenckiego weta utworzy instytucje rzeczników praw uczniowskich przy ministerstwie i kuratoriach. I nie widać refleksji, że utrudnianie organizacji roku szkolnego przez opóźnienia legislacyjne jest - samo w sobie - łamaniem prawa uczniów do dobrze zorganizowanej edukacji. A przy okazji, rzucaniem kłód pod nogi nauczycielom i kadrze zarządzającej szkołami.

   Pytano mnie ostatnio, jaką mógłbym zaproponować fundamentalną zmianę w celu poprawienia funkcjonowanie polskiego systemu oświaty. Darowałem już sobie w odpowiedzi audyt prawa oświatowego, którego pewnie nigdy nie doczekam. Zaproponowałem działanie prostsze i, przy dobrej woli polityków, absolutnie realne – wprowadzenie zasady sześciu miesięcy. Żeby każda zmiana prawna, mająca obowiązywać w kolejnym roku szkolnym, była wprowadzona do obiegu prawnego, w postaci ustawy, rozporządzenia czy innego podpisanego już i opublikowanego dokumentu, w nieprzekraczalnym terminie do 28 lutego, czyli z co najmniej półrocznym wyprzedzeniem.

   Stabilizacja i przewidywalność – tego potrzebujemy w placówkach oświatowych! Daleko bardziej niż radosnych rolek, reklamujących wątpliwe sukcesy.

   Na zakończenie oddam głos klasykowi, który 250 lat temu antycypował moje obecne marzenie o spokoju i przewidywalności działań władzy, rozpoczynając bajkę „Wół minister” słowami: "Kiedy wół był ministrem i rządził rozsądnie, / Szły, prawda, rzeczy z wolna, ale szły porządnie"...

   Wół minister do MEN pilnie pożądany! Małp i lisów w polityce mamy aż nadto...

Wróć

Dodaj komentarz

Skomentował Ppp

Człowiek powinien postępować DOBRZE. Jeśli tak postępuje, nie powinien być karany za ewentualne złamanie jakiegoś drobnego przepisu - błahość sprawy, "działanie w dobrej wierze" oraz "ratowanie większego dobra kosztem formalizmu" powinny na to pozwalać.
Za to, jeśli ktoś postępuje ŹLE, to powinien być karany nawet, jeśli uda się udowodnić, że to było zgodne z prawem - widocznie było źle napisane, skoro pozwalało, a on to w złej wierze wykorzystał.
Pozdrawiam.

Skomentował Włodzimierz Zielicz

@Ppp
Tylko KTO ma kompetencje by wiążąco(!) ocenić czy TEN człowiek chciał i zrobił DOBRZE. Zwłaszcza, że nie każdy wie jakie wartości stoją za daną regulacją i to WSZSYSTKIE ... ;-)

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...