Blog

Pamiętnik covidowy. Część 1

(liczba komentarzy 1)

   W końcu marca tygodnik „Przegląd” opublikował artykuł Beaty Igielskiej „Pamiętniki covidowe. Każdy ma swoją historię. Napiszcie, jak to pamiętacie”. Czytając tytuł na okładce pomyślałem, że to zapowiedź konkursu. Okazało się jednak, że tylko materiał wspominkowy, ciekawy zresztą, bo odtwarzający panoramę wydarzeń i atmosferę pierwszego roku pandemii Covid-19. Niestety, a może „stety”, pomiędzy rzutem oka na okładkę a lekturą zdążyłem nabrać ochoty na taką własną wyprawę myślami w przeszłość. Pomimo braku konkursowej motywacji postanowiłem więc spisać swój covidowy pamiętnik. Przyszło mi to o tyle łatwo, że przez dwa lata zarazy komentowałem wydarzenia w kolejnych wpisach na blogu „Wokół szkoły”. Teraz przydały się dla odświeżenia pamięci.

   Czas pandemii pozostawił we mnie wiele śladów. Było mrocznie, ale zdarzały się też jasne chwile. Myślę, że ta historia warta jest opowiedzenia. Będzie to zarazem opowieść o samotności, jest bowiem tylko jeden człowiek w systemie edukacji bardziej osamotniony od dyrektora placówki oświatowej – ten sam dyrektor podczas pandemii, czy innego egzystencjalnego kryzysu…

* * *

   Od powrotu z ferii zimowych, które w pamiętnym roku 2020 wypadły w Warszawie w drugim i trzecim tygodniu lutego, panowała w szkole atmosfera niepokoju, szczególnie wśród rodziców. Wielu pytało, jak przygotowujemy się na przyjście zarazy. No, w ogóle się nie przygotowywaliśmy, poza czytaniem doniesień medialnych, bo dyrektor szkoły naprawdę niewiele może podyktować rodzicom i dzieciom, a perswazja skutkuje tylko wobec nielicznych. Czyli pomysły w rodzaju samoizolacji osób powracających z zagranicznych podróży odpadały w przedbiegach. Zresztą, podejmując działania profilaktyczne bez nadzoru specjalistów, a takowych przecież być nie mogło, zawsze trzeba wziąć pod uwagę możliwość mimowolnego wzmożenia poziomu lęku. A to, szczególnie wśród dzieci, mogłoby przynieść fatalne skutki. Nawiasem mówiąc, od tamtego czasu nic się nie zmieniło, więc przygotowania w szkole na wypadek wojny, o które często jestem ostatnio pytany, również nie mają racji bytu, o ile nie pokierują nimi przedstawiciele kompetentnych instytucji.

   Dar od losu, czyli faza SLOW LIFE

   11 marca ogłoszono, że od następnego dnia szkoły zostaną zamknięte. Na szczęście komunikat pojawił się na tyle wcześnie, że mogłem jeszcze spotkać się z uczniami, by złożyć klasom 1-6 wymyśloną ad hoc nadzwyczajną propozycję. Niech oto w ciągu najbliższych dni zapomną o podręcznikach, ćwiczeniach i programach nauczania! Nie będzie prac do obowiązkowego wykonania i ocen. Każdy będzie uczyć się według własnego programu, tylko tego, na co sam się zdecyduje. Będąc w piątej klasie, nie musi przez godzinę w tygodniu kuć biologii, drugą godzinę geografii, a przez pięć godzin męczyć się z materiałem z języka polskiego. Ba, w ogóle nie musi oglądać się na przedmioty szkolne. Ma po prostu każdego dnia, od poniedziałku do piątku, poświęcić 5 do 7 godzin na naukę tego na co ma ochotę. Raz dziennie wyśle (w klasach 1-3 z pomocą rodzica) e-maila do wychowawcy, w którym poinformuje go o swojej aktywności. Może pochwali się efektem, zapyta o radę; na pewno dostanie też zwrotny sygnał wsparcia. W klasach 4-6 będzie mógł korespondować z nauczycielami przedmiotów, ale oni też nie będą wysyłać żadnych poleceń ani „świetnych” pomysłów. Tylko doradzą i zachwycą się, gdy uczeń czymś się pochwali. W klasach 1-3 może zdarzyć się, że wychowawca zaproponuje jakiś wspólny temat, ale nawet wtedy formę pracy każdy uczeń wybierze samodzielnie.

   Spędziłem tego dnia kilka godzin na wyjaśnianiu uczniom, jak to będzie działać. Obserwowałem otwierające się coraz szerzej oczy. Odpowiadałem na dziesiątki pytań, tłumacząc, że jeśli ktoś z pomocą rodziny nauczy się prasować koszule, to będzie to super samodzielna nauka. Podobnie jeśli zrobi dla wszystkich kolorowe kanapki. Że perspektywa wybudowania wioski indiańskiej z plasteliny mnie również wydaje się ekscytująca. Że pomysłów w internecie i w mądrych książkach jest tyle, że każdy coś dla siebie znajdzie. Że nie będzie za to ocen, ale wszystko, co fajne, będzie można zaprezentować po powrocie do szkoły. Że dostają dar od losu, a jeśli z niego dobrze skorzystają, będą mieli dużo satysfakcji. I nauczyciele również. Niedowierzanie stopniowo ustępowało radości.

   W owym czasie nie wiadomo było, jak długo potrwa szkolny lockdown. Zapowiedziane przez władze dwa tygodnie od początku wydawały mi się przejawem zbytniego optymizmu, ale nawet perspektywa miesiąca nie przerażała. Uświadomiłem sobie wtedy, że przez konieczność odwołania różnych działań zyskaliśmy dar od losu – unikalną okazję do zwolnienia, przeżycia tego czasu w trybie SLOW LIFE. Cóż, nikt nie przewidywał, że ów dar szybko przerodzi się w przekleństwo, bo pandemiczna huśtawka potrwa prawie dwa lata…

   Przetrwaliśmy w trybie SLOW z górą dwa tygodnie. Perspektywa powrotu do szkoły oddalała się, rodzice w domach byli coraz bardziej zmęczeni swobodną aktywnością swoich dzieci i spragnieni, żeby nauczyciele poprowadzili wreszcie normalne zajęcia. Oczywiście była to nowa „normalność”, czyli lekcje online, ale ćwiczyliśmy je od pierwszego dnia z najstarszymi uczniami, korzystając z platformy Office 365, którą szczęśliwie wprowadziliśmy w szkole kilka miesięcy wcześniej.

   O tym, że doświadczenie SLOW LIFE na krótką metę okazało się udane, zaświadczyły wyniki ankiety, jaką przeprowadziliśmy wśród rodziców. A już łzy wzruszenia wycisnęła mi z oczu taka oto wiadomość, otrzymana po tygodniu:

Panie Dyrektorze, prosto z serca!

(…) Chciałabym z całego serca podziękować za ten tydzień. Lekko nie było: praca zdalna, 2 dzieci, zamknięcie w domu, mąż ciągle na dyżurze…

Ale dzięki Państwu i dzięki genialnemu pomysłowi uczenia się dowolnych rzeczy, dało się przeżyć we względnym spokoju początek tej całej pandemii. Slow life obfitował w wiele dobrych chwil i uświadomił nam wszystkim jak cenny jest czas, i jaką frajdą jest spokojne wykonywanie rzeczy, na które zwykle… nie mamy czasu. Po tygodniu nasza starsza latorośl króluje w kuchni, smażąc naleśniki, pankejki, gofry, robiąc koktajle, pomagając gotować, piec, robi nam śniadania i kolacje, wysprzątała szafki w kuchni w środku (po przedstawionym raporcie Pani od przyrody zaprasza ją do siebie), organizuje czas młodszemu rodzeństwu (lekcje, wygibajtus, gry) w czasie, kiedy ja muszę odbyć rozmowę służbową; uczy je jeździć na rowerze na naszym balkonie-spacerniaku; czyta wieczorem i usypia malucha, robi eksperymenty, przesadza kwiaty, (…), urządza lekcję angielskiego dla młodszego dzieciaka, sama powtarzając słówka, robi prezentację o modzie, fryzurach i pazurach, uczy się z zapałem pisać e-maile, rozmawiając w ten sposób z nauczycielami, którzy odpowiadają motywująco i z cudnym poczuciem humoru. Dzisiaj spytała, czy może spróbować uprasować kilka rzeczy ze sterty, która na mnie czeka…

Gdybym mogła, ozłociłabym Państwa!!! I jak nam inni zazdroszczą, wypełniając od rana do nocy karty pracy!!! Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję!

   Egzamin z solidarności społecznej – zaliczony!

   Przedłużające się zamknięcie szkoły było źródłem powszechnej frustracji. Sytuacja w największym stopniu uderzyła w rodziców, którzy musieli opiekować się swoimi dziećmi, byli świadkami zmagań nauczycieli i uczniów z onlajnami, co nierzadko bardzo odbiegało od ich wyobrażenia o idealnym nauczaniu. W szkole niepublicznej, płatnej, jaką jest STO na Bemowie, doszły do tego problemy materialne. Część rodziców utraciła w całości lub w części źródła dochodów. Pojawił się temat, który znalazł się na tapecie w większości podobnych placówek – czy w sytuacji, gdy nie korzystamy z wynajmowanego budynku, gdy nie funkcjonuje świetlica, zajęcia dodatkowe, słowem, gdy część usługi nie jest wykonywana, nie powinno się obniżyć lub wręcz zawiesić czesnego?! No bo z jakiej racji – na przykład – płacić za lokal, skoro z niego nie korzystamy?! To były długie godziny narad z Zarządem, w wyniku których ustaliliśmy, że szkoła bezwarunkowo będzie regulować swoje zobowiązania finansowe. To, co rzeczywiście możliwe było do zaoszczędzenia, wyliczyliśmy na 150 złotych miesięcznie na ucznia. Równocześnie powstał jednak problem, co z opłatami tych, którzy stracili źródła dochodów. Powstał wtedy pomysł, by ogłosić obniżkę czesnego o te 150 złotych, jednocześnie zwracając się do osób, które szczęśliwie nie poniosły strat materialnych w pandemii, by kwotę bonifikaty pozostawiały w szkole z przeznaczeniem na solidarnościowy fundusz stypendialny. I to się udało!!! Darczyńców było tak wielu – ponad połowa wszystkich płatników, że zebrane pieniądze starczyły na pomoc dla wszystkich, którzy się o nią zwrócili! My ze swej strony, jako kontrahent, też nikogo nie zawiedliśmy!

   Kiedy wiosną pandemia rozgościła się na dobre, wśród rodziców pojawiła się jeszcze jedna inicjatywa, której celem była samopomoc. Powstał pomysł stworzenia internetowej platformy wymiany informacji, umożliwiającej zgłaszanie rozmaitych ofert, typu „dam pracę”, „szukam pracy”, „mam do zaoferowania”, „potrzebuję” i temu podobnych. Były to dziesiątki godzin narad, animowanych przez panią wicedyrektor, z udziałem jednego z ojców, który ostatecznie tę aplikację stworzył, czyniąc to całkowicie pro bono. Została ona nazwana STOlik, jako wirtualne miejsce, w którym można coś położyć, coś z niego zabrać, a wszystko to pod egidą STO czyli naszego koła Społecznego Towarzystwa Oświatowego. Spuchliśmy z dumy, kiedy STOlik ruszył, traktując go jako żywe wcielenie idei szkoły społecznej.

   Szara  codzienność zdalnego nauczania

   Opisane wyżej działania stanowią po latach piękne wspomnienie, które przykrywa pamięć bezmiaru codziennych kłopotów. Oto bowiem, kiedy minęły pierwsze dwa tygodnie szkolnego lockdownu i ogłoszono, że zdalne nauczania potrwa do świąt, czyli kolejne dwa z okładem, rozległ się powszechny jęk rozpaczy.

   Okres przymusowej izolacji był prawdziwym wyzwaniem dla rodzin. Ludzie stłoczeni na małej przestrzeni i skazani na swoje długotrwałe towarzystwo, często zobowiązani do wykonywania zdalnie obowiązków służbowych, a dodatkowo obciążeni opieką i nadzorem nad nauką dzieci, już po krótkim czasie odczuwali mordercze myśli pod adresem otoczenia. Zdalne nauczanie stało się w wielu domach źródłem udręki i pretensji do tych, którzy je prowadzili.

   Jak Polska długa i szeroka rodzice oczekiwali, że nauczyciele utrzymają dzieci przy monitorach przez kilka godzin, a najlepiej wciągną je do jakiejś aktywności, dzięki której dorośli domownicy będą mogli spokojnie pracować na swoich onlajnach. Oczywiście, o ile rodzina dysponowała sprzętem dla każdego i odpowiednim do tego obciążenia łączem internetowym, z czym było różnie. Różnie było też wśród nauczycieli; większość pracowała na prywatnych zasobach sprzętu i dostępie do internetu. A dodatkowo komplikowało sprawę, że wielu spośród nich musiało pogodzić prowadzenie lekcji z opieką nad własnymi dziećmi.

   To, że po okresie SLOW LIFE zajęcia zdalne zaczęły odbywać się w STO na Bemowie zgodnie z planem, uwzględniając jednak krótsze lekcje oraz specjalne materiały, które szykowali nauczyciele, by ułatwić uczniom naukę, było efektem ogromnej pracy organizacyjnej całego grona pedagogicznego. Narady online, wskazówki uzgadniane i rozsyłane do nauczycieli, rodziców i uczniów kosztowały każdego dnia wiele godzin pracy. Spowolnienie tempa życia nie było więc w tym czasie udziałem ani moim, ani dwojga moich zastępców. Ani nauczyciele też nie zwolnili, chociaż niektórym rodzicom mogło się tak wydawać.

   Robocop ze sztuczną inteligencją? Nie, tylko dyrektor placówki oświatowej…

   Czyż muszę pisać, że polski system oświaty nie był przygotowany na pojawienie się pandemii? Ani pod względem wyposażenia szkół i nauczycieli, ani metodyki pracy. Na szczęście władze czuwały i bardzo szybko pojawiło się… rozporządzenie regulujące nauczanie na odległość. Dyrektor szkoły, osoba płci dowolnej o nadludzkich możliwościach, został postawiony na pierwszej linii borykania się z problemami, bez względu na granice tych możliwości. Oto fragment pisma, jakie otrzymałem od Mazowieckiego Kuratora Oświaty po tygodniu zawieszenia pracy szkoły:

Szanowni Państwo,

w związku z interwencjami rodziców uczniów, dotyczącymi sposobu realizacji przez szkoły zdalnego nauczania bardzo proszę, aby dyrektor szkoły/placówki osobiście koordynował zakres informacji (zadań, poleceń, itp.) przekazywanych uczniom przez nauczycieli.

   W moim konkretnym przypadku oznaczało to zobowiązanie do przejrzenia, zrecenzowania i ewentualnej korekty korespondencji około 60 nauczycieli i ponad 400 uczniów, nie wspominając już o rodzicach. Po prostu niemożliwość. Tymczasem zaledwie dzień wcześniej pan minister zobowiązał mnie rozporządzeniem do „przygotowania możliwości zdalnej realizacji programów nauczania”, „analizy możliwości zdalnej realizacji tygodniowego/semestralnego planu zajęć”, „uwzględnienia w pracy zdalnej różnych potrzeb edukacyjnych uczniów, w tym wynikających z niepełnosprawności”, „przygotowania możliwości zdalnego monitorowania i oceniania, modyfikacji wewnątrzszkolnego systemu oceniania”, „opracowania informacji dla nauczycieli, uczniów i ich rodziców o kształceniu na odległość w szkole z uwzględnieniem higieny pracy uczniów i nauczycieli oraz zasad bezpieczeństwa w sieci”. Przepraszam za ten przydługi cytat (niepełny zresztą), ale warto zestawić to z czasem, jaki w tym ministerialnym dokumencie dano mi do dyspozycji. Otóż całe dwa dni!!! No i ta „osobista koordynacja” w piśmie z kuratorium, na dokładkę. Tak właśnie wyglądało zarządzanie polską oświatą z najwyższych szczebli władzy na początku pandemii…

   Aaaa, przepraszam, otrzymaliśmy jeszcze dostęp do platformy edukacyjnej, zwierającej bardzo ograniczony wybór materiałów dydaktycznych, oraz… kilka kanistrów środka dezynfekcyjnego, które po niewielkich perturbacjach dotarły do niemal pustej w tym momencie szkoły. Próbowano też nagrywać dydaktyczne programy telewizyjne, ale ich jakość raczej nie powalała. Trzeba jednak przyznać, że w kwestii zdalnej edukacji minister Piontkowski zdołał przynajmniej nie przeszkadzać. Istota rozporządzenia sprowadziła się do zrzucenia całej odpowiedzialności na dyrektorów placówek oświatowych. Można się zżymać, że było to czystej wody pozorowanie działań, ale z drugiej strony – dawno nie dano dyrektorom tak wiele możliwości autonomicznego podejmowania decyzji. Naprawdę, jeśli zapomnieć o radosnej twórczości poszczególnych kuratorów, którzy w rozmaitych listach dodawali trochę autorskich dobrych rad, czasem pogróżek, to okazałoby się, że większość pomysłów, wdrażanych w szkołach w zakresie zdalnego nauczania, dawała się obronić. Czy ktoś organizował lekcje on-line, czy nie. Czy oceniał, czy nie. Czy skrupulatnie sprawdzał obecności, czy też odnotowywał nieobecnemu „kłopoty na łączach”. I tak dalej. Wszystkie te alternatywne rozwiązania można było bez większego trudu zmieścić w ramach dyrektorskiej autonomii decyzyjnej, a to dzięki magicznemu słowu „dostosowanie”.

   Niby luzowanie, a przecież obciążenie

   Na początku maja koronawirus hulał w najlepsze, ale władze najwyraźniej dostrzegły, że przedłużanie zdalnej edukacji przyniesie więcej szkód niż pożytku. Zauważono już, że choroba nie atakuje młodych ludzi, więc w ramach luzowania pandemicznych obostrzeń zarządzono powrót dzieci do żłobków i przedszkoli, oraz dopuszczono niektóre formy stacjonarnych zajęć w szkołach, zapowiedziano też przeprowadzenie opóźnionego już egzaminu ósmoklasisty.

   O ile wcześniej miałem po prostu huk roboty związanej z organizacją pracy, o tyle z powrotem do zajęć stacjonarnych, nawet ograniczonym, doszło ogromne obciążenie psychiczne, związane z odpowiedzialnością za ludzkie zdrowie. Miałem świadomość, że dzieci są w zasadzie bezpieczne, ale co z dorosłymi, którzy będą w szkole prowadzić z nimi zajęcia?! Oczywiście nie było wyboru, ale poczucie, że narażam nauczycieli na niebezpieczeństwo towarzyszyło mi w tym czasie na co dzień. Nie najmowałem się do pracy jako generał, w którego działaniu narażanie żołnierzy na śmierć w boju jest rzeczą oczywistą, choć na pewno niezwykle trudną.

   Bardzo żałuję, że Bozia poskąpiła mi talentu graficznego i nie umiem narysować satyrycznego autoportretu pt. „Dyrektor szkoły w szponach obłędu”, choć jego wizję na początku maja 2020 roku miałem coraz bardziej klarowną. Wyglądała ona, mniej więcej. tak:

   Oto głowa ozdobiona bujną brodą i szopą przetkanych siwizną włosów, bo na umawianie się online do fryzjera czasu nie ma. Trzeba przygotować szkołę na przyjęcie małych dzieci w reżimie sanitarnym, pomyśleć o konsultacjach dla ósmoklasistów i komisjach na ich nieszczęsny egzamin, konsultacjach dla klas 4-6 i zajęciach rewalidacyjnych w siedzibie szkoły, zakrzywieniu czasoprzestrzeni, żeby to wszystko zmieściło się w ciasnym budynku; trzeba nadzorować zdalne nauczanie (w naszej placówce – na czterech poziomach), wspierać pracę nauczycieli, zaplanować przyszły rok szkolny… Kiedy ja w sobotni wieczór pisałem kolejny artykuł na blog, pani wicedyrektor Ewa Pytlak przy kuchennym stole próbowała ułożyć plan zajęć nauczycieli klas 0-3 tak, by starczyło ludzi zarówno do opieki nad trzydziestką dzieci, które w poniedziałek zjawią się w szkole, jak do prowadzenia równocześnie zdalnego nauczania dla półtorej setki pozostałych najmłodszych uczniów.

   Wróćmy do rysunku. Dyrektorskie oczy – jak filiżanki, symbolizujące ciągłe zdziwienie, bo jak tu nie dziwić się skomplikowanej rzeczywistości, w której wiceminister edukacji napomyka coś w mediach w kwestii nie-powrotu dzieci do szkół, a godzinę później okazuje się, że będzie inaczej. Albo minister zdrowia ogłasza, że panuje nad sytuacją i w ogóle jest świetnie, a biedny dyrektor dziwuje się, że codzienne kilkaset wykrytych nowych zakażeń koronawirusem może być uznane za wystarczające świadectwo bezpieczeństwa, by przyjąć dzieci w placówkach oświatowych i zorganizować egzaminy zewnętrzne.

   Usta dyrektora – jak maliny, wyszczerzone w wymuszonym uśmiechu, bo przecież trzeba trzymać fason i nie pękać, na użytek organu prowadzącego, nauczycieli, uczniów i ich rodziców, że o własnej rodzinie nie wspomnę. A nad głową… Nad głową chmura gradowa z błyskawicą lub jakiś inny błyskotliwy koncept plastyczny, symbolizujący stan totalnego zlasowania mózgu („mózg się lasuje”, to powiedzenie, modne kiedyś wśród młodzieży, oddające niemożność ogarnięcia rozumem jakiegoś zjawiska, wydarzenia, informacji).    Aby umiejscowić opisany wyżej wizerunek w czasach pandemii głowę dyrektora przyozdobimy jeszcze maseczką, noszoną zgodnie z ówczesną modą, czyli jako zaczepiony o uszy i zahaczony o podbródek wieszak na żuchwę.

   Wakacje najlepszym czasem na… modlitwę

   W ostatnich tygodniach roku szkolnego wziąłem udział w kilkunastu naradach dyrektorów szkół. Skrobaliśmy się w głowy, jak wykonać niewykonalne i myśleliśmy… nie, nie o zdrowiu dzieci! O zdrowie dzieci w tej pandemii generalnie można było być spokojnym. Myśleliśmy o tym, jak zabezpieczyć pracowników przed ryzykiem zakażenia oraz – nade wszystko – jak zabezpieczyć siebie, żeby nie narazić się… na zarzut zaniedbania. Bo wytycznych Głównego Inspektora Sanitarnego, podobnie jak wielu przepisów oświatowych, nie dawało się w pełni wprowadzić w życie. Dlaczego? Bo one same były pisane na zlecenie polityków zgodnie z zasadą ChWT. Aby chroniły ich „T”! To dlatego my – dyrektorzy placówek oświatowych – mnożyliśmy czasem nawet bardzo głupie kwity. A mnie mózg się lasował, gdy czytałem głosy rozmaitych aktywistów, nawołujących do zastopowania „dyrektorskiego bezprawia” dokumentacyjnego.

   Jakoś w końcu dobrnęliśmy do końca roku szkolnego. Nawet odbyły się uroczystości rozdania świadectw. U nas w szkole poziomami klasowymi, co godzinę. Uczniowie siedzieli na krzesłach rozstawionych na dziedzińcu w odległości dwóch metrów w każdą stronę od sąsiada. Mam zdjęcie takiej sceny – nawet po latach wygląda ono przeraźliwie smutno.

   W wakacje wirus miał trochę wyluzować, więc była nadzieja na odrobinę wypoczynku. A od września… No, od września, podobno, mieliśmy wrócić do stacjonarnej nauki. Tak w każdym razie głosił pan minister. W związku z tym w jednym z wakacyjnych wpisów na blogu zamieściłem następującą propozycję:

Proponuję, abyśmy wszyscy: nauczyciele, rodzice i uczniowie, poszukali nadziei we wspólnej modlitwie, by pandemia do września wygasła, albo żeby naszych oświatowych władców, nomen-omen, oświeciło lepszymi i bardziej realnymi pomysłami. Wiara w cuda wydaje mi się w tej chwili najlepszym źródłem nadziei.

   Nie spodziewałem się wtedy, że w nowym roku szkolnym będzie jeszcze dużo, dużo trudniej…

CDN

Wróć

Dodaj komentarz

Skomentował Ppp

Jeśli ma Pan poczucie, że sobie nie poradził, to spieszę z pocieszeniem - NIKT sobie nie poradził. Ważniejsze było, by nie zwalać winy na uczniów, lecz uznać, że skoro nikt sobie nie radzi, to nikt nie jest winien i nikogo nie karzemy. Nie wiem oczywiście, jak było z tym w Pańskiej szkole, ale w mediach były informacje o praktycznym karaniu uczniów za nie ich winy.
Pozdrawiam.

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...