Blog
Nie ma darmowych obiadów!
(liczba komentarzy 4)
Długo oczekiwana decyzja w sprawie edukacji zdrowotnej zapadła. Przedmiot będzie obowiązkowy. W internecie zaroiło się od entuzjastycznych wpisów organizacji, a nawet pojedynczych osób, które przypisują sobie jakąś część udziału w tej wyczekiwanej przez nich decyzji. Oczywiście miło jest pochwalić się sprawczością, ale moim zdaniem w większości przypadków jest to jak z żabą, która podstawiła nogę do podkucia, gdy kuli konie. Być może realny wpływ miało stanowisko Naczelnej Izby Lekarskiej. Może. Najprawdopodobniej jednak po prostu wyszło z sondaży, że mimo hałasu ze strony opozycji większość społeczeństwa jest za. Raczej nie była to autonomiczna decyzja Barbary Nowackiej.
Przestałem już emocjonować się tym tematem, choć od początku uważałem wprowadzenie edukacji zdrowotnej równym frontem w siedmiu rocznikach za błąd, i zdania tego nie zmieniam. Po pierwsze, z racji braku odpowiednich kadr – nie takich, którym formalnie nadano prawo prowadzenia zajęć z tego przedmiotu, tylko odpowiednio przygotowanych do zmierzenia się z jego niezwykle złożoną materią. Po drugie, z oddzielenia, często na siłę, pewnych treści od ich naturalnej bazy programowej, jak choćby profilaktyki różnych chorób od podstawowego kursu biologii w liceum. Po trzecie, z powodu ogólnej niechęci uczniów do nakładanych na nich dodatkowych obciążeń, co powoduje, że skuteczność tej nauki będzie żadna. Autorytet szkoły i nauczycieli szoruje dzisiaj po dnie i wiara, że akurat w kwestiach zdrowotnych zyskają oni posłuch i będą w stanie wpłynąć na postawy młodych ludzi, jest czystej wody chciejstwem.
Doskonale spuentował to na swoim profilu fejsbukowym Tomasz Tokarz, formułując bardzo celny aforyzm, który pozwalam sobie tutaj zacytować wraz z fragmentem rozwinięcia (po całość odsyłam do profilu Pana Tomasza):
Czary mary, fika mika, nowy przedmiot, problem znika.
Myślenie magiczne to przekonanie, że sam rytuał wywołuje realną zmianę. W edukacji takim „rytuałem” staje się dopisanie nowego, obowiązkowego przedmiotu. Tak jakby sama jego obecność w planie lekcji miała automatycznie zmienić zachowania uczniów. Obowiązkowość edukacji zdrowotnej to nowy rytuał (podobny do EO czy BiZ). Taki edukacyjny kult cargo.
Mam podobną opinię, choć z drugiej strony jestem w stanie przyjąć również argument, że zetknięcie z treściami tego przedmiotu może przynieść jakiejś grupie uczniów nieco pożytecznej wiedzy. Szczególnie tym, którzy trafią na nauczyciela-entuzjastę (płci dowolnej), zdolnego roztoczyć przed nimi wizję zdrowego trybu życia. Trudne to zadanie, bo w młodości człowiek nie myśli o chorobach i śmierci, a raczej zachowuje się tak, jakby miał żyć wiecznie. Większość młodych ludzi po prostu odsiedzi swoje, nawet bez specjalnych emocji, bo przedmiot pozostanie nieoceniany.
Tyle o meritum, natomiast zatrzymam się jeszcze nad stwierdzeniem ministry, że wprowadzenie obowiązku uczęszczania na zajęcia edukacji zdrowotnej jest zmianą bezkosztową. Daruję sobie dyplomację i napiszę, że jest to po prostu kłamstwo!
W tegorocznym tygodniowym planie zajęć w mojej szkole było 10 lekcji edukacji zdrowotnej. W przyszłorocznym muszę zaplanować ich 19. Pół etatu różnicy, co w zależności od stopnia awansu prowadzącego nauczyciela może kosztować od 50 do 70 tysięcy złotych rocznie. Mało? Może mało, ale na ten cel w potrzebach oświatowych otrzymam okrągłe ZERO złotych więcej niż zapisano w ustawie budżetowej, gdy jeszcze EZ miała być nieobowiązkowa. Dodajmy do tego koszt opieki nad uczniami, gdy odbywać się będzie ta „jedna lub dwie lekcje w roku” pozostawiona do decyzji rodziców. Znowu kwota niewielka, ale na pewno nie zerowa. Tym bardziej jeśli wierzyć ministrze, że treści mogące budzić opór rodziców to 10% podstawy programowej - to oznacza raczej 3-4 lekcje rocznie. Ale kto by się w ogóle przejmował takimi drobiazgami, skoro nic nie wiadomo, bo zespół ekspertów do wydzielenia trefnych treści dopiero ma powstać.
Kto by się też przejmował dodatkową pracą, którą będzie wykonywał dyrektor szkoły, hojnie przecież wynagradzany misją i prestiżem. Poprawieniem arkusza organizacyjnego, bo zgodnie z przepisami w dniu ogłoszenia dobrej nowiny w TVN (!) ten dokument powinien już być w konsultacji ze związkami. Ale to drobiazg, bo to, że ministerstwo zawsze coś wrzuci do planowania na ostatnią chwilę, jest równie pewne jak śmierć i podatki. Kto by myślał o zmienianiu planu lekcji po półroczu w klasie ósmej, gdy kurs przedmiotu się zakończy?! Ale i to drobiazg, po prostu w ósmych EZ trafi na pierwszą lub ostatnią lekcję; religia się posunie. Kto by myślał o zbieraniu oświadczeń rodziców, które dziecko chodzi "na seks", a które nie?! Zbiorą wychowawcy, w końcu muszą zapracować na te swoje 300 złotych (a tu i ówdzie nawet więcej) dodatku za tę funkcję. Autonomiczny dyrektor najlepiej też rozstrzygnie, co zrobić w sytuacji, gdy część klasy będzie za sobą miała już rok tego przedmiotu, a część nie. Ale… właściwie zrzuci to zmartwienie na nauczyciela, bo cokolwiek ten zrobi, będzie dobrze, byle wpisał temat do librusa.
Wszystkie te dodatkowe obciążenia byłyby śmiechu warte, gdyby nie fakt, że równocześnie będziemy w szkołach rozwijać edukację włączającą, wraz z nowym, jak mówią, wspaniałym narzędziem, jakim ma być kwestionariusz szkolnej oceny funkcjonalnej, okiełznywać żywioł smartfonowy, oraz wprowadzać reformę „Kompas Jutra”. Szczególnie w podstawówkach rok zapowiada się ciekawie, tym bardziej, że wszystkie te nowości, oczywiście, również będą bezkosztowe. Dodatkowa praca dyrekcji i kadry pedagogicznej nigdy nie jest traktowana w oświacie jako koszt.
Chciałbym zwrócić jednak uwagę PT Czytelników na ludową mądrość, że nie ma darmowych obiadów. Szafki i pojemniki na smartfony nie kupią się same, podobnie jak materiały do doświadczeń z przyrody i wynagrodzenia nauczycieli wychodzących na tak ważne w koncepcji reformy wycieczki. Same również nie sfinansują się zajęcia związane ze wsparciem potrzebujących uczniów, które teraz będzie miała uruchomić szkoła dużo wcześniej, niż otrzyma (jeśli w ogóle) fundusze z tytułu ewentualnego orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego. Ale to ostatnie, to temat na osobny artykuł, który będzie - zapewniam - szczególnie emocjonujący.
Jako puentę pozwolę sobie przytoczyć anegdotę, którą opowiedział mi bywały od lat w obszarze polityki oświatowej pan Sławomir Wittkowicz, przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego „Forum-Oświata”. Otóż był on kiedyś uczestnikiem spotkania połączonych zespołów kujawsko-pomorskiej wojewódzkiej rady dialogu społecznego w Bydgoszczy. Temat: opieka psychiatryczna i psychologiczna dla dzieci i młodzieży. Dwa zespoły razem: ds. edukacji oraz ds. zdrowia. Radzono oczywiście nad usprawnieniem organizacji i kierunkami rozwoju. Specjaliści medycy konkretnie wskazali, ile potrzeba pieniędzy i jakie zmiany organizacyjne są potrzebne. Specjaliści od edukacji wszystkie swoje propozycje zaczynali od słów „szkoły zorganizują”. Słysząc tę opowieść, roześmiałem się przez łzy, bowiem taki sposób myślenia o funkcjonowaniu oświaty ma się wciąż doskonale, a obecna ekipa zarządzająca MEN twórczo dopisuje kolejne rozdziały do tej księgi absurdu.
Czasami zarzuca mi się zbytni pesymizm, złośliwie zwany wręcz „jęczingiem”. Cóż, ja po prostu zbyt dobrze wiem, że realia systemu oświaty daleko odbiegają od pobożnych życzeń tych, którzy próbują dzisiaj nim sterować. Nie wierzę, tak jak zdają się wierzyć urzędnicy oświatowi, w sprawczą moc słowa niewspartego nakładami. Niestety, to ja – w przeciwieństwie do tychże urzędników i większości reformatorów – będę w praktyce implementował wszystko, co ostatnio wymyślono. Piszę, żeby nie było, że nikt nie ostrzegał.
Jeśli stać mnie jednak na odrobinę spokoju, to wynika on z przekonania, że te zmiany, jak wszystko, co dzieje się w oświacie, zostaną sprawnie zaabsorbowane w szkołach. W dokumentacji wszystko się zgodzi. W życiu – niekoniecznie, ale kogo to w ogóle będzie obchodziło?!
Dodaj komentarz
Skomentował Włodzimierz Zielicz
I tak to jest! Min.Nowacka&Lubnauer twórczo rozwijają tradycję zarządzania polską edukacją przez MEN&3,5 tys.urzędników - jest to zarządzanie treścią DOKUMENTACJI placówek, a nie ich rzeczywistością... :-( BTW Min.Nowacka zaprezentowała swoją decyzję w KOMERCYJNEJ telewizji zamiast na choćby konferencji prasowej - może dlatego, że tam musiałaby się zmierzyć PUBLICZNIE z dociekliwymi pytaniami dziennikarzy, a w zaprzyjaźnionej komercyjnej telewizji już nie ;-) . O jakichś AKTACH PRAWNYCH typu rozporządzenie CISZA :-(
Skomentował Piotr Dobrowolski
Chciałbym tylko dopowiedzieć, że ta bezkosztowość edukacji w Polsce ma dłuższą historię. W 1992 uczestniczyłem we Wrocławiu w polsko- niemieckiej konferencji na temat radzenia sobie z przemocą w szkole. W czasie warsztatów tworzyliśmy pomysły na zmiany organizacyjne, działania zapobiegawcze i profilaktyczne. Koledzy z Niemiec przy omawianiu efektów zapytali, czy u nas nie ma problemów finansowych, bo w żadnym z pomysłów finansowanie nie występowało, a u nich w każdym finanse były podkreślane jako jeden z głównych problemów przy wdrażaniu zmian. Zatem u nas to choroba przewlekła. Wczoraj brałem udział w obowiązkowym szkoleniu rady na temat oceny funkcjonalnej. Zadałem pytanie ile mi zapłacą za dokonanie takiej oceny, bo ze szkolenia wynikało, że jako nauczyciel mający 4 godziny lekcji z każdą klasą będę nie jako specjalistą w tej materii, w odpowiedzi usłyszałem coś o dobrym żarcie i o tym, że nauczyciele powinni się przyzwyczaić do wykonywania rozporządzeń bo na tym polega ich praca.
Skomentował Włodzimierz Zielicz
@Piotr Dobrowolski
No ocena funkcjonalna to jakieś 50 MINUT (realnie GODZINA) na ucznia. Przy 400 uczniach to CZTERYSTA GODZIN = 10 PEŁNYCH TYGODNI (czyli DWA I PÓŁ MIESIĄCA) pracy tylko na to ... :-(
Skomentował Włodzimierz Zielicz
Polecam, za Stanisławem Lemem, jeszcze jedno zaklęcie poręczne w radzeniu sobie z różnym negatywnymi zjawiskami i problemami (całkiem realnymi!) w PL:
Erem terem tytki rytki - zgiń potworze boś ty brzydki!"