Blog

Nauczyciel – zawód wyjątkowego ryzyka

(liczba komentarzy 4)

   Od pewnego czasu noszę się z zamiarem napisania artykułu na temat wyjątkowości zawodu nauczyciela. Nie po to, by nadymać się jego ważnością czy unikalnością, ale by wyjaśnić pewne zjawiska, które u osób postronnych mogą budzić zdziwienie. Na przykład: zdumiewającą pokorę, z jaką nauczyciele od lat godzą się na fatalne warunki płacowe oraz na dokładanie im obowiązków bez rekompensaty finansowej i bez względu na to, czy są one w ogóle możliwe do realizacji. Laika może też zastanawiać, dlaczego tak wielu nadal trzyma się zawodu, mimo ciągłych reform, wymyślanych przez polityków w oderwaniu od potrzeb i możliwości, albo negatywnej retoryki obecnych władz, ukazującej szkołę jako miejsce opresji, a nauczycieli jako siewców przemocy, przed którymi należy bronić uczniów za pomocą kolejnych aktów prawnych i instytucji.

   Nie rozwinę dzisiaj tego tematu. Poprzestanę jedynie na wyrażeniu opinii, że wyjątkowość mojego zawodu polega na niezwykłej więzi z młodymi ludźmi, z którymi pracuję od z górą 40 lat, na poczuciu jego głębokiego sensu, umacnianego każdorazowo, gdy dochodzą do mnie wieści o udanym życiu moich wychowanków, a także na jego twórczym charakterze, wynikającym z tego, że jego osnową jest samo życie, a nie rutyna i procedury. To ostatnie – jeszcze póki co.

   Dzisiaj będzie o wyjątkowości zawodu nauczyciela od mrocznej strony. Nauczyciel pracuje z uczniami. Codziennie podejmuje bardzo wiele decyzji, czasem trafnych, czasem mniej trafnych. Te decyzje rzutują zarówno na tok i skuteczność nauki, jaki i relacje z uczniami i ich rodzicami. W obecnych warunkach każda z nich może okazać się fatalnym krokiem na polu minowym. Wszystkie są nieustannie recenzowane. Każda może urazić, przynieść prawdziwą lub domniemaną szkodę dziecku i wywołać w tym kontekście gniewną reakcję rodziców. Może też – to nowość – urazić ich samych. Aby doszło do tego ostatniego, nie trzeba już nawet wniosku o założenie niebieskiej karty, który niemal zawsze jest „niesprawiedliwy i oburzający”, choć złożenie go jest obowiązkiem nauczycieli, gdy widzą w rodzinie znamiona przemocy. Teraz wystarczy niezgodny z oczekiwaniami komunikat na temat dziecka. Nawet motywowany szczerą troską. Uczniowie też czasem biorą udział w tej grze. Potyczka z nauczycielem z pozycji skrzywdzonego staje się elementem rówieśniczego współzawodnictwa o prestiż. Na solidarność osób dorosłych, lub choćby tylko zrozumienie, że kierowanie się dobrem dziecka nie oznacza obowiązku nauczyciela usuwania mu z drogi wszelkich trudności i afirmacji każdego zachowania, nie można już liczyć.

   Nauczyciele popełniają błędy, ale nie sądzę, że więcej niż kiedyś. Po prostu zmieniły się oczekiwania i wymagania. Uczniowie oczekują obecnie, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie, bez wysiłku, niczym na tiktoku, a rodzice…, rodzice chcą tego samego, a dodatkowo wymagają pożądanych efektów kształcenia. Gdy coś idzie nie po ich myśli, nie biorą jeńców. Skargi do dyrektora, organu prowadzącego, pozwy sądowe, to w tej chwili codzienność w większości placówek. A za tym idzie ciągła konieczność gromadzenia  w szkole dokumentacji, na wszelki wypadek, tłumaczenia się, odpierania zarzutów, że coś było zrobione nieprawnie. Zamiast poświęcać czas uczniom, poświęcamy go asekuracji przed możliwymi zarzutami.

   Z własnego doświadczenia wiem, że dyrektor siedzi okrakiem na barykadzie. Musi podejmować różne decyzje. Jeśli po myśli nauczyciela, naraża się na skargę do kuratorium. Jeśli po myśli rodzica, okazuje się, że nie wspiera wystarczająco nauczyciela. Oczywiście tak było i dawniej, ale natężenie zjawiska jest coraz większe, a gotowość stron do kompromisu i wzajemnego zrozumienia zmierza do zera. Zamiast zdrowego rozsądku królują paragrafy i przekonanie, że moje musi być najmojsze. Problem w tym, że rodzice mają zdecydowanie więcej narzędzi, żeby dopiec nauczycielowi (i dyrektorowi, jeśli nie stanie po ich stronie), i coraz chętniej z nich korzystają. A nauczyciele…

   Nie mogę wyjść z podziwu, że jeszcze trwają na rubieży. Myślę, że trzyma ich – a mnie na pewno  – ta jasna strona wyjątkowości zawodu, o której wspomniałem na początku, a kiedyś być może jeszcze znajdę w sobie zapał, by napisać więcej. Ale chciałbym, żeby wybrzmiało tu i teraz, z mojej strony – nauczyciela i dyrektora szkoły, który ma wiele sukcesów zawodowych, pracuje w relatywnie luksusowych warunkach, a oprócz kłopotów ma też ogromnie dużo wsparcia w swoim otoczeniu – atmosfera w społecznościach szkolnych jest fatalna. Nauczyciele są zagubieni. Rodzice też. Nie ma zgody, czego potrzebują uczniowie, i jaka jest rola domu, a jaka szkoły, żeby im to zapewnić. Nie ma zgody, czego można i warto od nich wymagać. Coraz trudniej o jakiekolwiek porozumienie.

   Być może Czytelnik domyśla się, że do napisania tego artykułu skłonił mnie incydent z Kielna, gdzie wedle pierwszych doniesień medialnych nauczycielka miała wyrzucić krzyż do śmietnika. Zostało to nagłośnione przez polityczne ugrupowania opozycyjne, pod pretekstem obrony uczuć religijnych. Pozornie wszystko się zgadza: krzyż na ścianie, nauczycielka obsadzona w roli czarnego charakteru, dzielni uczniowie broniący wiary, zyskujący wsparcie niektórych rodziców, a potem całej czeredy prawicowych polityków rozmaitego sortu. W efekcie prokuratura, zawieszenie nauczycielki w obowiązkach, skarga do kuratorium. Rzecz będzie się toczyć, choć z wyjaśnień obwinionej wynika, że nie był to krzyż, tylko zabawka, którą uczniowie bawili się podczas lekcji, bez żadnego szacunku, którego można by oczekiwać dla symbolu religijnego.

   Byłem zażenowany, czytając wypowiedzi domorosłych Katonów potępiających nauczycielkę. Mało kto, przynajmniej na początku, dzielił się przekonaniem, że żaden nauczyciel w Polsce nie pozwoliłby sobie na jawną profanację krzyża, a jeśli już nawet, byłby to wypadek incydentalny, który powinien zostać załatwiony przez uprawnione służby.

   Nie wiem, czym zakończy się ta sprawa, w której nauczycielka najwyraźniej padła ofiarą pola minowego, jakim jest dzisiaj szkoła. Oburza mnie ton doniesień medialnych, niebiorących pod uwagę, że w grze pomiędzy uczniami a nauczycielami są zawsze dwie strony. Oburza mnie postawa polityków opozycji, którzy osądzili i skazali nauczycielkę w atmosferze wiecu, nie czekając na rozstrzygnięcie sprawy przez kompetentne organy. Niestety, oburza mnie także postawa ministry Nowackiej, która nie skorzystała z okazji, by zachować się przyzwoicie. Powiedziała w mediach: "Bez względu na to, w co kto wierzy, to każdy ma prawo do poszanowania godności swojej wiary. To wydaje mi się fundamentalne i nauczyciele o tym doskonale wiedzą. Mają oni obowiązek pokazywania dzieciakom wartości i dbałości o wartość i o szacunek”. Zachowanie nauczycielki oceniła jako niedopuszczalne żadną normą społeczną. "- To błąd, który nie powinien mieć miejsca w szkole".

   Tak, Pani Minister, nauczyciele wiedzą o tym, że każdy ma prawo do poszanowania godności swojej wiary. Najwyraźniej jednak Pani nie wie, że też powinna szanować godność ludzi. Pani obowiązkiem było oświadczyć, że nie będzie oceniać postępowania nauczycielki, dopóki o ewentualnej winie nie rozstrzygną właściwe organy. I wskazać, że medialny lincz nie służy nikomu i niczemu, a już na pewno szkole. Jest coś takiego, jak domniemanie niewinności, które Pani pogwałciła, po raz kolejny dając dowód, że nie liczy się Pani z dobrem nauczycieli, których praca jest dzisiaj trudniejsza niż kiedykolwiek. Wiele błędów nie powinno mieć miejsca w szkołach, ale każdy, zanim zostanie wskazany i potępiony, zasługuje na rzetelne wyjaśnienie.

   Nauczyciel to zawód wyjątkowy. Dzisiaj – wyjątkowego ryzyka. Z tego względu jest ogromna potrzeba, by na czele Ministerstwa Edukacji stał ktoś, kto prezentuje elementarne zrozumienie obecnej sytuacji, i wie, że kluczem do lepszej szkoły jest szacunek.

   Na dwóch szalach społecznej wagi leżą dzisiaj dwie wyjątkowości zawodu nauczyciela. Niestety, ta mroczna najwyraźniej zaczyna przeważać.

PS. Siedem lat temu opublikowałem artykuł pt. „Nagonka pospolita polska”. Opisałem w nim medialny lincz na nauczycielce, sprowokowany w internecie przez jednego sfrustrowanego rodzica. Teraz medialny lincz stał się rutynową formą działania polityków. I to jest ogromny problem społeczny, który uderza także w szkoły.

Wróć

Dodaj komentarz

Skomentował Piotr

Quo usque tandem abutere, *** , patientia nostra? Za *** można wstawić co tam kto uważa.

Skomentował Agnieszka

Spisał Pan moje myśli.

Skomentował Ppp

Zachowywanie procedur chroni przed wieloma problemami.
Jeśli nauczyciel widzi, że uczeń posiada jakiś przedmiot, z którym robi coś niewłaściwego lub nie powinien go posiadać - ma prawo i powinien go skonfiskować, a następnie przekazać rodzicom. Jeśli jest to mienie większej wartości, powinien się telefonicznie skonsultować z rodzicami przed konfiskatą.
Sytuacja tej pani przypomina mi sytuację przechodnia potrąconego na przejściu dla pieszych - niby miał pierwszeństwo, ale na wszelki wypadek i we własnym interesie powinien się rozejrzeć.
Pozdrawiam.

Skomentował Włodzimierz Zielicz

@Ppp (ex Xaver?)
Na przejściu niebezpieczeństwo i sytuacja jest jasna. Na polu minowym i w klasie już nie - z drugiej strony nauczyciel, który się WSZYSTKIEGO boi i co chwila wyciąga GRUBY zestaw hiperszczegółowych regulacji raczej nie zyska autorytetu u uczniów, więc też wychowawczo będzie bezużyteczny. Co więcej nie ma tak GRUBEJ księgi z instrukcjami, które dla każdego przedmiotu jasno by decydowały co jest śmieciem a co nie, zwłaszcza, że ten gadżet NIE MIAŁ WŁAŚCICIELA ... ;-)

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...