Blog

MEN nie uczy się na błędach!

(liczba komentarzy 1)

   Bez większego rozgłosu pojawił się projekt ustawy wprowadzającej państwowy e-dziennik. Niemalże już, zaraz, od ręki, bo pilotaż ma ruszyć za niespełna dwa miesiące, a od września 2027 roku ma już być dostępna wersja w pełni funkcjonalna. Podobno bezpłatna, co ma ją odróżnić od powszechnie dzisiaj używanych e-dzienników oferowanych przez firmy prywatne. W tym momencie aż prosi się, by przypomnieć mądrość ludową, że nie ma darmowych obiadów – ktoś będzie musiał ponosić koszty utrzymania systemów umożliwiających eksploatację. Nie licząc już nawet bieżącej obsługi, bo tę już dzisiaj zapewniają pro bono nauczyciele i dyrektorzy szkół, w ramach swojego 40-godzinnego tygodnia pracy.

   12 lat temu, za kadencji Joanny Kluzik-Rostkowskiej, mieliśmy już do czynienia w MEN z podobnym pomysłem. Postanowiono wtedy wydać i rozdać za darmo „Nasz elementarz”, jedyny słuszny – jak go wówczas ironicznie nazwałem – podręcznik dla klas 1-3 szkoły podstawowej. Żeby zdusić konkurencję (bo jakością ów produkt specjalnie się nie wyróżniał) zarządzono, że jeśli jakaś szkoła nie skorzysta z państwowej oferty, książki innego wydawcy organ prowadzący będzie musiał zakupić dla uczniów z własnych środków.

   Był to koncept czysto polityczny. Ministerstwo wzięło na siebie rolę wydawcy i dystrybutora, do czego nie miało absolutnie żadnych kwalifikacji i zasobów. Miało natomiast ideologiczne wzmożenie.

   Skończyło się tak, jak skończyć się musiało – oferta "jedynego słusznego" w niedługim czasie straciła swoją uprzywilejowaną pozycję i wszystkie dostępne podręczniki dla klas 1-3 objęto na równych prawach subwencją państwową, której niewygórowane stawki skutecznie ograniczyły apetyty cenowe wydawców. Ten system działa całkiem dobrze do dzisiaj. Co ciekawe, „Nasz elementarz” próbował jeszcze konkurować na otwartym rynku, za sprawą prywatnego wydawcy, ale nie oferował wystarczającej jakości, ani sprawności dystrybucyjnej, by zagrozić dużym firmom. Nauka z tego wynikła prosta, że państwo nie powinno brać się za działania, na których się nie zna, i do których nie jest powołane, natomiast pewne użyteczne społecznie cele może osiągać korzystając z narzędzi ekonomicznych.

   Niestety, obecne władze postanowiły pokazać, że owa historia niczego je nie nauczyła. MEN po raz kolejny wchodzi do akcji jako gracz rynkowy, próbując metodami administracyjnymi wylansować własny produkt, tym razem e-dziennik, ignorując wiele lat doświadczenia firm, które się w tej dziedzinie specjalizują. I podobnie jak było to w przypadku jedynego słusznego podręcznika, państwowy e-dziennik też będzie tylko namiastką tego, co obecnie oferuje rynek. Zamiast konkurować jakością, co raczej nie może się udać, zostanie wprowadzony za pomocą przymusu ekonomicznego. Wszyscy będą kląć głupią władzę, która do bulgocącego kotła z oświatowymi problemami dorzuci jeszcze jeden, do wdrożenia na dole, oczywiście bezkosztowego.

   A przecież wystarczyłoby posłużyć się mechanizmem sprawdzonym przy okazji podręczników. Zaoferować szkołom niewielką subwencję na coroczne odnawianie licencji wybranego systemu. Określić, co w ramach tej licencji system MUSI oferować. Niestety, to rozwiązanie jest chyba zbyt proste dla polityków.

   Nie jestem lobbystą żadnej firmy oferującej e-dzienniki. Używamy w szkole jednego z dostępnych systemów, płacąc niewygórowaną cenę za coroczne odnowienie licencji. Nie udostępniamy rodzicom ocen do bieżącego wglądu, uważając to za zbrodnię pedagogiczną na dziecięcym poczuciu odpowiedzialności. Nie korespondujemy z rodzicami przez e-dziennik, żeby nie zwalniać uczniów z obowiązku samodzielnego przekazywania informacji. W sytuacjach wymagających kontaktu z rodzicem wystarcza nam papierowy indeks ucznia, w sprawach pilnych stary, dobry e-mail, ewentualnie telefon. Ale mniejsza o to. Najważniejsze, że państwowy e-dziennik nie jest nikomu do niczego potrzebny. Stwarzanie przez MEN sztucznej i nieuczciwej konkurencji dla firm, które w ciągu dwóch dziesięcioleci zagospodarowały ten segment rynku, jest trwonieniem ludzkiego czasu, energii i zasobów. Dla mnie – jeszcze jednym dowodem na to, że ekipa pani Barbary Nowackiej nie zna się na tym, co robi, a przez swoją ignorancję, generuje w ledwo zipiącym systemie oświaty kolejne problemy.

   Kończąc, udostępniam oficjalne stanowisko Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji, która zrzesza m.in. producentów dzienników elektronicznych. Oczywiście można uznać, że lobbuje ona we własnym interesie. Tym niemniej przedstawione argumenty do mnie przemawiają. W każdym razie celnie punktują braki ministerialnej koncepcji. Osoby bardziej zainteresowane tematem zachęcam do lektury!

Wróć

Dodaj komentarz

Skomentował Ppp

Pocieszę Pana - ten sam problem dotyczy jeśli nie wszystkich, to przynajmniej większości instytucji.
Pozdrawiam.

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...