Blog
"Kompas Jutra", czyli "Weźmy się i zróbcie!"
(liczba komentarzy 3)
Debata w studiu „Strefy Edukacji”, w której wziąłem udział 9. marca wraz z dr Kingą Białek, ekspertką Instytutu Badań Edukacyjnych, i dyrektorem tej placówki, dr. hab. Maciejem Jakubowskim, oraz Sławomirem Wittkowiczem, przewodniczącym Wolnego Związku Zawodowego „Forum-Oświata”, stanowiła kolejną odsłonę mojego udziału w publicznej dyskusji na temat reformy edukacji. W założeniu red. Magdaleny Konczal miało to być – i było – zderzenie dwóch perspektyw: z jednej strony współautorów „Kompasu Jutra” z IBE, przekonanych, że jest to przedsięwzięcie potrzebne i gotowe do wdrożenia, z drugiej – sceptyków, do których się zaliczam, wskazujących na rozmaite okoliczności, które odbierają sens projektowanym zmianom.
W naszych wypowiedziach pojawił się żal z powodu nieobecności przedstawicieli Ministerstwa Edukacji Narodowej. Ta okoliczność sprzyjała chyba jednak otwartości debaty, choć oczywiście widać było wyraźną polaryzację stanowisk. Jeśli ktoś ma godzinę z okładem wolnego czasu, może wyrobić sobie własną opinię, oglądając materiał opublikowany przez „Strefę Edukacji”.
Nie mnie oceniać jak wypadłem, ale byłem starannie przygotowany. Swoje obiekcje wobec reformy spisałem zawczasu w sześciu punktach, z kilkunastoma podpunktami. Co było do przewidzenia, ze względu na formułę spotkania, zdołałem zgłosić tylko niektóre. Dlatego, korzystając ze zbójeckiego prawa publicysty, zaprezentuję tutaj całość, w sposób uporządkowany, a dodatkowo, w drugiej części artykułu, pozwolę sobie skomentować wypowiedzi innych dyskutantów w sprawach, które uważam za szczególnie istotne.
* * *
Na początek przyjmijmy za bezdyskusyjne, że polska szkoła powinna zmieniać się szybciej niż ma to miejsce obecnie, choć – jak podkreśliłem w debacie – ona i tak bardzo się w ostatnich dziesięcioleciach zmieniła. Stwierdzam to jako naoczny świadek tej ewolucji. Wyraźnie jednak nie nadąża za przemianami społecznymi, szczególnie że przestała być motorem tych przemian, co w przeszłości stanowiło fundament jej racji bytu.
Reforma „Kompas Jutra” alias „Reforma 26”, zdaniem jej autorów, ma być odpowiedzią na tę potrzebę przyspieszenia. Tymczasem ja uważam, że nie jest i nie będzie. W swojej istocie stanowi bowiem zmianę wycinkową, dotyczącą głównie programu nauczania, kompletnie ignorując fundamentalną kwestię dostępnych zasobów ludzkich i materialnych, a także cały kontekst społeczny.
To tak najkrócej, a teraz szczegóły.
Wątpliwe źródła koncepcji
Reformowanie edukacji dotyczy bezpośrednio milionów uczniów i setek tysięcy nauczycieli, a w tle dodatkowo ogromnej rzeszy rodziców, żywo zainteresowanych dobrem swoich dzieci. System oświaty jest bodaj najbardziej złożonym mechanizmem w społeczeństwie, o ogromnej bezwładności. Jakakolwiek jego zmiana musi opierać się na rzetelnej diagnozie stanu zastanego, analizie potrzeb i rachunku dostępnych zasobów. Dopiero na tej podstawie możliwe jest wyznaczenie celów i stworzenie adekwatnej do nich strategii działania. Tyle teoria, dostępna m.in. w szeregu opracowań wybitnych polskich pedagogów. Niestety, w przypadku „Kompasu Jutra” zderzyła się ona, nie po raz pierwszy w historii ostatniego ćwierćwiecza, ze sposobem pojmowania polityki edukacyjnej jako misji, którą ma do spełnienia rządzące aktualnie ugrupowanie. Możliwie szybko, w nadziei, że ewentualna kolejna zmiana polityczna nie cofnie zainicjowanego procesu. W świetle dotychczasowych doświadczeń – nadziei całkowicie nieuzasadnionej.
„Reformę 26” reklamuje się jako opartą na badaniach naukowych. Próżno jednak szukać jakiejś aktualnej naukowej diagnozy stanu polskiej oświaty. Obowiązuje narracja oparta na wynikach badań międzynarodowych, głównie PISA. Świadczą one, mówiąc w uproszczeniu, że polscy uczniowie osiągają wysokie wyniki w zakresie zdobywania wiedzy i umiejętności (nawet jeśli po reformie Zalewskiej doszło do pewnego tąpnięcia), natomiast po prostu nie lubią szkoły i źle się w niej czują, za czym idzie brak wiary w sens takiej edukacji. Uznano, że to wystarczy, by zaprojektować działania naprawcze. Postanowiono więc zmienić podstawy programowe, zarówno w zakresie treści, jak i formy, by określić na nowo cele edukacji, a przy okazji wymusić na nauczycielach zmianę metod pracy. Założono, że w wyniku tych działań młodzi ludzie polubią szkołę i zdobywanie wiedzy, nauczyciele ulegną pozytywnej przemianie, ale zarazem, uwaga(!), uczniowie będą nadal osiągać wysokie wyniki w zakresie zdobywania wiedzy i umiejętności. Skąd zaczerpnięto taką pewność – naprawdę trudno powiedzieć.
W obrazie rysowanym przez reformatorów uderza przekonanie, że źródłem niekorzystnych zjawisk jest sama szkoła, a w szczególności nauczyciele. Nie dostrzega się kontekstu społecznego jej funkcjonowania, choćby skutków pandemii czy lęku wywołanego toczącą się niedaleko wojną, nie analizuje się też sytuacji w rodzinach i jej wpływu na funkcjonowanie dzieci, także w szkole. Nisko oceniając obecną pracę nauczycieli, równocześnie pokłada się ogromną nadzieję w tym, że po odpowiednim natchnięciu nową ideą i przeszkoleniu w zakresie najskuteczniejszych metod, będą oni w stanie osiągać ambitne cele, nakreślone w nowej formie, tzw. „profilu absolwenta”, bez względu na swoją fatalną kondycję psychiczną i frustrację materialną oraz ogromne wyzwania związane z upowszechnianiem się edukacji włączającej. To może dobrze wyglądać na slajdach, ale jest bardzo odległe od obecnych realiów polskich szkół i przedszkoli.
Koncepcja reformy „Kompas Jutra” nie posiada recenzji niezależnych specjalistów z zakresu szeroko rozumianych nauk pedagogicznych. Nie wspierają jej opinie fachowych autorytetów – cały wysiłek popularyzatorski spoczywa na ministrze i wiceministrach oraz na dyrektorach IBE – przy całym szacunku, osobach o wycinkowej lub wręcz żadnej wiedzy na temat problemów, z jakimi mierzą się obecnie placówki oświatowe. Jako podstawę naukową wskazuje się badania sondażowe, tzw. „głos nauczycieli-praktyków”, który nie ma waloru badań naukowych. Dodatkowo pojawiła się narracja, że reforma w swojej istocie ma tylko upowszechnić dobre praktyki, które już dzieją się w wielu szkołach. Trudno o bardziej dobitne świadectwo populizmu i lekceważenia metodologii dokonywania zmian w systemie edukacji.
Krytyczny czynnik czasu
Każda duża zmiana, a już szczególnie o skali reformy edukacji, wymaga czasu: na opracowanie koncepcji nowych rozwiązań, ich recenzję, pilotaż, zaprojektowanie działań wdrożeniowych, dotarcie z informacją do wszystkich zainteresowanych. Patrząc na doświadczenia międzynarodowe, np. z Walii, potrzeba na to co najmniej pięciu lat. Tymczasem całość działań związanych z „Kompasem Jutra” postanowiono zmieścić w niespełna dwóch. W efekcie zabrakło czasu praktycznie na wszystko.
Podstawy programowe zostały przyjęte na mniej niż pół roku przed rozpoczęciem reformy. Pilotaże, jakie przeprowadzono w szkołach kierowanych przez tzw. ambasadorów reformy, nie ujmując niczego dobrym chęciom osób zaangażowanych, nie miały nic wspólnego z metodyką takiego działania – były wyrywkowe, nieoparte o spójny plan badań; trwały zbyt krótko, by poddać wyniki ewaluacji i pozwolić na wysnucie wiarygodnych wniosków, z ewentualnym wprowadzeniem niezbędnych zmian w koncepcji reformy. Były w istocie teatrem, który miał potwierdzić słuszność przyjętej linii. I oczywiście potwierdził, czemu sprzyjało podjęcie (właśnie wtedy) narracji, że reforma to w istocie upowszechnienie istniejących już dobrych praktyk.
Wydawnictwa, jak zawsze, stanęły na wysokości zadania – pierwsze podręczniki przedstawiono do recenzji bodaj dwa tygodnie po podpisaniu rozporządzenia o podstawach programowych. To przykład działania „na zakładkę” – podejmuje się nowy etap prac nie ukończywszy poprzedzającego, antycypując jedynie jego wyniki. Podobnie rzecz wygląda w zakresie legislacji – powiązane z reformą rozporządzenia MEN pojawiają się z dużym opóźnieniem w stosunku do komunikatów o takich czy innych rozwiązaniach. Opóźnienie decyzji o obowiązkowym charakterze edukacji zdrowotnej, w stosunku do określonego w prawie terminu szykowania w szkołach arkuszy organizacyjnych, stanowi tego przypadek szczególnie jaskrawy, ale tylko jeden z wielu. Nawiasem mówiąc, wciąż nie wiadomo, co formalnie kryje się za ogłoszeniem, że edukacja seksualna stanie się przedmiotem odrębnym, bo nieobowiązkowym.
Minęła połowa kwietnia, a dopiero rusza pierwsza faza szkoleń kaskadowych, które mają przygotować nauczycieli do pracy zgodnej z założeniami reformy. Tymczasem w Ośrodku Rozwoju Edukacji, odpowiedzialnym za to działanie, trwają zmiany personalne na najwyższych stanowiskach. Niby rzecz normalna, zdarza się, ale po raz kolejny pokazuje, że czasu na wdrożenie reformy jest zdecydowania zbyt mało.
I jeszcze jeden, mało eksponowany, fatalny efekt pośpiechu. Oto trwają intensywne prace nad podstawą programową dla szkół ponadpodstawowych, bo ma ona wejść w życie już w 2027 roku. Oznacza to, że nowa podstawa będzie funkcjonować przez pierwsze cztery lata na podbudowie starej podstawy ze szkoły podstawowej, a w piątym roku – już nowej. Czy to znaczy, że powielone zostanie rozwiązanie, za które słusznie potępiono Annę Zalewską – prowizoryczna podstawa dla klas 7-8 na pierwsze lata po likwidacji gimnazjów?! A jeśli nie, to jak zostanie to rozwiązane?! Tak czy inaczej i ten kłopot wyniknie z pośpiechu.
Pomysły na słowo honoru
Reforma przynosi kilka nowych rozwiązań. Mocno akcentuje się wymóg pracy projektowej, co samo w sobie jest pomysłem słusznym i faktycznie już teraz realizowanym w wielu szkołach. Trudno jednak zrozumieć, dlaczego wprowadzono sztywne rozwiązanie w postaci tygodnia projektowego. Narzucenie takiej formuły wyeliminuje cały szereg możliwych projektów, wymagających podejmowania regularnych działań w dłuższym okresie czasu, skutecznie utrudni też organizację całości, szczególnie w dużych szkołach. Pilotaż sprowadził się do zaledwie kilkudziesięciu placówek, z których tylko nieliczne przeprowadziły to działanie w pełnym wymiarze i w odniesieniu do wszystkich uczniów klas starszych. Trudno uznać to za świadectwo rzetelnego przetestowania nowego, bądź co bądź, rozwiązania.
Inną nowością reformy mają być moduły tematyczne. W ten sposób określono kilka obszarów wiedzy, np. klimat, albo media, których treści zostały umieszczone w podstawach programowych różnych przedmiotów nauczania, na przestrzeni wielu lat nauki. Niektórzy dopatrują się w tym analogii do ścieżek międzyprzedmiotowych z reformy Handkego, a warto pamiętać, że ten pomysł napotkał wtedy problemy z koordynacją działań nauczycieli. Teraz problemów nie będzie, bo każdy specjalista przedmiotu niezależnie zrealizuje przypisane sobie fragmenty, bo żadnego mechanizmu „spinającego” je w czasie i przestrzeni nie przewidziano. Szkody wielkiej z tego nie będzie, ale trudno tę nowinkę uznać za przełomowy wynalazek metodyczny.
O nowych podstawach programowych należy mówić dobrze albo wcale, bo napisały je zespoły naprawdę dobrych fachowców od poszczególnych przedmiotów. Nadmienię zatem tylko, że ciężko połapać się w kalejdoskopie rozmaitych kompetencji, jakie mają kształtować się w trakcie realizacji tych podstaw, choć każda z osobna wydaje się być godna i sprawiedliwa. Przywodzi mi to na myśl konstrukcję motocykla z siedmioma kierownicami, którymi kierowca powinien operować synchronicznie, a że to trudne, a wręcz niemożliwe, po prostu włączy autopilota. Właśnie takim autopilotem mają być niezwykle obszerne podstawy programowe, które stały się w praktyce programami nauczania. W ten sposób doszliśmy do miejsca, w którym nie ma już miejsca na nauczycielskie pomysły programowe, tym bardziej, że wykraczanie poza zakres podstawy już teraz, przed reformą, uważane jest za coś niewłaściwego, co uczniowie i ich rodzice mają prawo oprotestować. W istocie więc „Kompas Jutra” przynosi ze sobą jeden program nauczania dla wszystkich, co stanowi ucieleśnienie marzeń urzędników oświatowych o możliwości ujęcia wszystkiego w porządkujące ramy egzaminów zewnętrznych.
Nie ma darmowych obiadów
Jest tajemnicą poliszynela, że reforma ma być bezkosztowa. Nie ma mowy nie tylko o poprawie wynagrodzeń nauczycieli, przed którymi stawia się nowe zadania, ale nawet o materialnym zabezpieczeniu wprowadzanych rozwiązań: zakupie sprzętu i materiałów potrzebnych do prowadzenia doświadczeń, które mają być istotą przywróconego do klas 4-6 przedmiotu przyroda, i tego samego do zajęć praktyczno-technicznych (ZPT). Jedno i drugie posunięcie uważam za bardzo dobre, ale w uszach aż dźwięczy cisza wokół finansowania tej zmiany. Jeśli ktoś liczy, że dzieci przyniosą potrzebne materiały, to znaczy, że jego szkolny zegar zatrzymał się z górą dziesięć lat temu. Jeżeli ktoś liczy, że nauczyciele coś zgromadzą i coś zaimprowizują, ma nieco większą szansę, ale też może się przeliczyć.
Ministerstwo wydaje się stać na stanowisku, że niezbędne nakłady poniosą organy prowadzące. Obawiam się, że to chybiona kalkulacja, bo placówki oświatowe są dla samorządów głównie niewyczerpanym źródłem problemów, a finansowanie z budżetu – mimo że wiceministra Lubnauer często określa je jako „jeszcze większe” – cały czas uważają one za niewystarczające. Jeżeli jednak istnieje – a tak twierdzą wiewiórki – pomysł jednorazowego dofinansowania zakupów wyposażenia, to już dawno powinno to być ogłoszone. W tym miejscu po raz kolejny wraca problem zbyt krótkiego czasu na przygotowania.
Mistrzostwo socjotechniki
Trzeba przyznać, że gdyby o powodzeniu reformy miała decydować jakość propagandy, można byłoby spokojnie oczekiwać jej sukcesu. Udział wielu tysięcy nauczycieli-praktyków w konsultacjach. Wypełnione sale podczas „kompasowych” spotkań z ministrami, efektowne graficznie publikacje IBE, entuzjastyczne rolki nagrywane przez ministry z MEN – wszystko to stanowi modelowy przykład propagandy sukcesu i wywołuje pozytywne reakcje w politycznej bazie pani Nowackiej oraz w niezwiązanych z oświatą kręgach społeczeństwa. Tam reforma sprzedaje się bardzo dobrze. Jedynie osoby związane na co dzień z przedszkolem lub szkołą dostrzegają jej wady – te, o których była już tutaj mowa, oraz jeszcze jedną, bodaj największą – pominięcie nauczycieli jako najważniejszego ogniwa systemu edukacji.
Luka wdrożeniowa
Niech nikogo nie zwiodą szeroko zakrojone konsultacje rozmaitych kwestii szczegółowych. Rozwiązania zaproponowane w reformie nie powstały na wniosek „nauczycieli-praktyków”, bo nie mogły. Gdyby serio wziąć ich zdanie pod uwagę, wektory reformy wskazywałyby setki różnych kierunków naraz. Tak bardzo zróżnicowane są opinie na różne szczegółowe tematy. Znacznie większa zgodność panuje, jeśli chodzi o kondycję zawodową. Słowa „frustracja”, „wypalenie”, „przeciążenie” są obecne dzisiaj w każdej dyskusji nauczycieli i o nauczycielach. Reforma miałaby szansę tchnięcia nowego ducha w zniechęcone szeregi, gdyby nie to, że nie ma im nic do zaoferowania, poza perspektywą kolejnej zmiany, od razu obciążoną oczekiwaniem na jeszcze kolejną. Nie robi wrażenia obietnica „nowych, nowoczesnych narzędzi” opartych na wynikach badań, bo te narzędzia kojarzą się zazwyczaj z kolejnymi godzinami spędzonymi przy komputerze na wpisywaniu danych, drukowaniu raportów i sprawozdawaniu przebiegu procesu.
Nauczyciele słusznie postrzegani są przez reformatorów jako potencjalni hamulcowi proponowanej zmiany, co ujęto w postaci eleganckiego określenia: „luka wdrożeniowa”. Zespół ekspertów IBE opracował nawet plan strategii wsparcia nauczycieli, ale większość zaproponowanych w nim rozwiązań trafiła do szuflady z powodu braku perspektywy finansowania. Reforma mogłaby być impulsem dla kadry pedagogicznej, ale nie będzie, bo przeciętny nauczyciel 48+ doskonale wie, że słowa zapisane w rozporządzeniach nie przekładają się w magiczny sposób na przemianę siermiężnej rzeczywistości, a na realne zmiany – znaczącą podwyżkę wynagrodzeń, zmniejszenie liczebności grup przedszkolnych i klas szkolnych, zapewnienie finansowania bieżącej działalności – nie ma co liczyć. Niestety, „Kompas Jutra” jawi się w nauczycielskich szeregach raczej jako kolejne ucieleśnienie tradycyjnej strategii władz oświatowych: „Weźmy się i zróbcie!”.
Tyle moich obiekcji wobec reformy, które starałem się ująć w sposób możliwie syntetyczny. Zapowiedziane na wstępie komentarze do wybranych fragmentów debaty w „Strefie Edukacji” opublikuję w drugiej części tego artykułu.
C.D.N.
Dodaj komentarz
Skomentował Mona eR
Panie Dyrktorze,
kolejny raz chylę czoła przed Pana mądrością i doświadczeniem.
Skomentował Włodzimierz Zielicz
A to Jakubowski nie reprezentował w tym wypadku MEN??? ;-)
Skomentował Włodzimierz Zielicz
No jest jeszcze jedno powiedzenie, które by tu doskonale pasowało - tekst Zagłoby z "Potopu" o dawaniu Niderlandów "Daję, bo NIE MOJE!" - MEN "daje" różnym grupom na papierze masę formalnych(!) uprawnień, ale kosztem CZASU& PIENIĘDZY nauczycieli :-(