Blog

Jak IBE chce zmienić polską szkołę ? Część 1.

(liczba komentarzy 2)

   Piekło zamarzło! Oto ja, pryncypialny krytyk reformatorskich działań Instytutu Badań Edukacyjnych, poszedłem na Dzień Otwarty tej instytucji, zorganizowany 19 marca pod hasłem „Jak zmienia się szkoła?”. Skusiła mnie  możliwość posłuchania debaty uczonych pedagogów o tym, czego potrzebuje polska szkoła, a także wzięcia udziału w pokazowej lekcji przyrody. W pakiecie dostałem jeszcze kilka innych atrakcji.

   Zapis przebiegu imprezy znajduje się na stronie Instytutu; każdy może sobie obejrzeć. Jest to jednak długie nagranie, więc na użytek osób niedysponujących czasem i/lub niezbędną determinacją, zaprezentuję tutaj relację naocznego świadka, wraz z subiektywnym komentarzem do niektórych punktów programu.

* * *

   Trzeba przyznać, że dyrektorzy IBE oraz ich zleceniodawcy z Ministerstwa Edukacji Narodowej konsekwentnie snują pozytywną narrację wokół swojej reformy. W tym celu wykorzystują różne formy działania i środki przekazu, od regionalnych konferencji po rolki w internecie z ministrami w roli głównej. Dzień Otwarty wpisał się w ciąg tych przedsięwzięć, co prawda bez udziału szefostwa resortu, za to z transmisją dostępną Urbi et Orbi w internecie. No i kilkudziesięcioma uczestnikami na miejscu.

   Jako pierwszy wystąpił wicedyrektor IBE, pan Tomasz Gajderowicz (początek w nagraniu: 14’ 00’’). Podkreślił, że jego instytucja przygotowuje jedynie propozycje rozwiązań, natomiast za ich finalny kształt i wdrożenie odpowiada ministerstwo. Nawiasem mówiąc, wypowiedział przy tym słowa, które zazwyczaj głoszą tacy jak ja – malkontenci: „Łatwo jest projektować rozwiązania, a trudno czasem je wdrożyć”… Jest mi to bardzo bliskie, bowiem po raz piąty w swojej karierze będę wdrażać wiekopomną koncepcję, jak zawsze opartą o najnowsze… wizje aktualnie rządzących. Czwartą, do której zupełnie nie mam przekonania.

   Zasadnicza część wystąpienia pana Gajderowicza bazowała na prezentacji pt. „Edukacja bez fikcji – rola badań naukowych”. Prelegent był pełen ekspresji, znamionującej ogromny entuzjazm dla własnego przekazu. Ogłosił, że szykowana przez IBE reforma jest wyrazem udanego dążenia do odpolitycznienia edukacji, chęci zerwania z pokutującymi w niej mitami i oparcia nowych rozwiązań o wyniki badań naukowych. Posłużył się przy tym porównaniem z medycyną, w której skuteczność leków i procedur jest bardzo starannie weryfikowana przed dopuszczeniem ich do stosowania w praktyce. Dzięki temu już od lat lekarze dysponują zasobami sprawdzonej wiedzy i na niej opierają leczenie, podczas gdy edukacja, jak stwierdził, wciąż bazuje na tradycji. Zadeklarował, że misją obecnego kierownictwa IBE jest oparcie działań polskich nauczycieli o wyniki badań, dostarczających wiedzy o skuteczności rozmaitych metod działania. Zastąpienie mitów twardymi świadectwami naukowymi. Nie ukrywał przy tym, że podstawowym źródłem inspiracji dla obecnej reformy są doświadczenia reformatorskie innych krajów OECD, jakkolwiek w przyszłości mają być one uzupełniane danymi gromadzonymi w kraju, oczywiście za sprawą IBE.

   Mówca nawiązał do badań PISA, z których wynika, że polscy uczniowie nadal są w górnej części rankingu osiągnięć w nauce, choć pomiędzy rokiem 2018 a 2022 zaliczyli duży zjazd, jeśli chodzi o wartość liczbową uzyskanych rezultatów. Fatalnie wypada natomiast ich poczucie sensu nauki w szkole, w czym zajmują ostatnie miejsce pośród państw europejskich. I to ma zmienić reforma „Kompas Jutra”. Podkreślił, że w polskich szkołach już teraz dzieje się bardzo wiele dobrego, a zadaniem reformy jest przede wszystkim upowszechnienie tych dobrych praktyk. Równocześnie jednak zarekomendował produkt zagraniczny – zaimportowany przez IBE brytyjski Przewodnik po strategiach edukacyjnych – który ma stać się podstawą świadomego podejmowania przez polskich nauczycieli rozmaitych metod działania, opartych na ich potwierdzonej naukowej wartości. Jak zrozumiałem, ma to być coś w rodzaju odpowiednika medycznej farmakopei na potrzeby edukacji.

   Tyle pan wicedyrektor Instytutu, teraz mój komentarz.

   Nie dziwię się, że wdrażana obecnie koncepcja reformy znalazła entuzjastki we władzach Ministerstwa Edukacji Narodowej. Oparcie o badania – cóż może być większą atrakcją w oczach polityka, szczególnie takiego, który szkołę zna wyłącznie z własnych czasów uczniowskich, ewentualnie doświadczeń w roli rodzica?! A do tego szczery i zaraźliwy entuzjazm czołowego rzecznika zmiany, oraz zapewnienie, że wszystko, czego potrzeba w tym zakresie, leży w obszarze OECD niemal na wyciągnięcie ręki. Dodam – za relatywnie bardzo niewielkie pieniądze. Tym niemniej, osobiście odbieram wypowiedzi pana Gajderowicza – które śledzę odkąd tylko pojawił się na scenie w kontekście reformowania edukacji – nader sceptycznie. Jego tezy często kłócą się z moim doświadczeniem oraz z obserwacjami tego, co dzieje się obecnie w placówkach oświatowych. Obejrzane na żywo wystąpienie pomogło mi zrozumieć, dlaczego tak bardzo się różnimy.

   Porównanie edukacji do medycyny uważam za efektowne, ale nietrafione. To prawda, że lekarze stosują wyłącznie leki i procedury dopuszczone przez naukę. Jest to o tyle wskazane, że przedmiotem ich działań jest organizm ludzki, którego funkcjonowanie opisano już niezwykle dokładnie, uwzględniając także zmienność indywidualnych reakcji na różne interwencje – zabiegi, podawanie leków etc. Po pokonaniu pierwszej trudności, jaką jest ustalenie diagnozy, dalszy sposób postępowania odbywa się na bazie danych dostarczonych przez badania naukowe. Autonomia lekarza ogranicza się do sytuacji, w których dopuszczone są różne strategie leczenia.

   Sytuacja nauczyciela jest jednak odmienna. Na dobór metod ma wpływ kilka okoliczności, z którymi nie mierzą się lekarze. Zdolności poznawcze ucznia oraz psychika są daleko bardziej zmienne nawet w różnych momentach życia tej samej osoby, a co dopiero w zróżnicowanej grupie, jaką jest klasa szkolna. Trudniejszy do zdefiniowania jest cel, bo dobro dziecka, jego rozwój, mogą być różnie rozumiane, niemal na tyle sposobów, ilu jest uczniów. Co więcej, zmieniają się w czasie. Edukacja ma też bardzo istotny kontekst społeczny – samo otoczenie w rozmaity sposób wpływa na funkcjonowanie danej osoby i kształtuje jej relacje z innymi. Wobec powyższego, nie umniejszając znaczenia badań naukowych uważam, że złożoność procesu edukacji wymusza wręcz potrzebę dużej elastyczności i inicjatywy w działaniach nauczyciela, czyli jego daleko idącą autonomię. Niestety, w koncepcji reformy „Kompas Jutra” znajduje się ona jedynie w sferze werbalnych deklaracji.

   Swoją opinię o „Przewodniku po strategiach edukacyjnych” zawarłem w osobnym artykule („Ciekawa zabawka na lepsze czasy”), natomiast tutaj zwrócę uwagę na jedną kwestię szczegółową. Oto polscy nauczyciele powszechnie dzisiaj apelują o zmniejszenie liczebności klas. „Przewodnik” uznaje tę interwencję za mało skuteczną, co dla mnie kłóci się po prostu z intuicją. Być może jednak istnieje proste wyjaśnienie tej sprzeczności. Otóż rekomendacje oparto na badaniach naukowych zebranych w długim czasie. Trudno wykluczyć, że 10 czy 15 lat temu rzeczywiście liczebność klasy/grupy miała mniejsze znaczenie. Jednak z codziennych obserwacji wynika dzisiaj wyraźnie, że od czasu pandemii w młodym pokoleniu zadziała się zmiana po prostu rewolucyjna! Pod wieloma względami: liczby osób wymagających indywidualnej uwagi i wsparcia, nasilenia problemów psychicznych, zwiększenia wrażliwości, pogorszenia relacji w wymiarze społecznym. Choćby więc bazę badań uzupełniano na bieżąco, to nowe zjawisko znajdzie w niej odzwierciedlenie dopiero po pewnym czasie, kiedy nauka podda je analizie. A my, póki co, będziemy pracować z dużymi grupami (dodatkowo pod sztandarem edukacji włączającej), bo przecież „badania naukowe nie potwierdzają, że…”.

   Jeszcze kilka zdań o tezie, która padła w wystąpieniu pana Gajderowicza, a rozpowszechniana jest również przez ministrę Nowacką, że reforma ma przede wszystkim upowszechnić dobre praktyki, dziejące się w szkołach. W mojej ocenie  przypomina to sytuację arcydzieła literatury. Dla chętnych czytelników – porywającego. Po wpisaniu na listę lektur obowiązkowych – dla większości jedynie kolejnej papierowej cegły do "przerobienia". W polskich szkołach istotnie dzieje się wiele dobrego, ale upowszechnienie tych praktyk wymaga innej strategii niż ujęcie ich w rozporządzeniach. Najlepsza edukacja opiera się na ludziach mających pomysły i inicjatywę, ale tych nie da się sklonować żadnym aktem prawnym. Można i trzeba ich wspierać, doceniać, także materialnie, upowszechniać dobre praktyki. Trzeba tworzyć systemowe zachęty do autonomicznego działania, ale przymuszanie do naśladownictwa tych działań, skrojonych przecież na własną miarę ich inicjatorów, grozi podobnym skutkiem, jak umieszczenie arcydzieła na liście lektur obowiązkowych.

   Rozpisałem się w tym komentarzu o tezach pana Gajderowicza, ponieważ uważam, że jego wizja zmian w edukacji nazbyt sięga świata idealnego, tymczasem ja pracuję w określonej rzeczywistości, której nie da się zakląć za pomocą najszlachetniejszych nawet intencji. Napiszę wręcz, że stworzenie założeń koncepcji zmiany w systemie szkolnym przez ludzi, którzy nie wiedzą, jak on obecnie funkcjonuje, jest politycznym i pedagogicznym woluntaryzmem, którego konsekwencje dotkną bardzo wielu ludzi. I podtrzymam swoje zdanie, że cały czas w tej reformie usiłujemy dobudować dom do dymu z komina, na domiar złego, bez uwzględnienia fundamentu.

* * *

   Jako kolejna zabrała głos pani Elżbieta Strzemieczna (od 36’ 05’’ nagrania). Jak zaanonsowano, podjęła się opowiedzenia o tym, jak z punktu widzenia IBE cała zmiana w edukacji „dzieje się konkretnie”, oraz „co robimy, co zrobiliśmy i co jeszcze przed nami”. Jako punkt wyjścia do prac koncepcyjnych nad reformą prelegentka wskazała wyniki badań i analiz podjętych przez IBE, które wykazały, że jakkolwiek polska szkoła skutecznie buduje wiedzę i umiejętności przedmiotowe uczniów, to równocześnie spadają wyniki w zakresie kompetencji fundamentalnych uczniów, w kryzysie jest ich poczucie przynależności i dobrostanu, podobnie jak dobrostan nauczycieli i społeczne zaufanie do systemu oświaty.

   W wystąpieniu pani Strzemiecznej pojawiła się „szkoła przyjazna i wymagająca”, którą będziemy tworzyć wraz z reformą, a IBE nam to umożliwi. Ma ona być oparta na ośmiu filarach: podstawach programowych, wsparciu nauczycieli, ocenianiu (oczywiście sensownym), wzmocnieniu wychowawców, mądrych  egzaminach, dobrych podręcznikach, wspomaganiu pracy szkół oraz, uwaga „autonomii, wsparciu i nadzorze”. Konkretniej była mowa o pierwszych trzech, co do pozostałych, to odebrałem je raczej jako deklaracje „chcemy, aby” niż zapowiedź konkretnych działań. Może z wyjątkiem kwestii wymarzonej zmiany roli kuratoriów, które mają wspierać i inspirować, a nie tylko nadzorować. Tu pozwolę sobie zauważyć, że w obecnych warunkach nie ma takiej siły, która mogłaby osłabić ich rolę nadzorczą, ponieważ taką wymusza zapotrzebowanie społeczne, ucieleśnione w ogromnej rzeszy rodziców niezadowolonych z działania placówek oświatowych. Nie zmienią tego szlachetne intencje najlepszych nawet kuratorów. Zmiana, o ile w ogóle możliwa, musiałaby zaistnieć na poziomie aktów prawnych, a o tym w ogóle nie ma mowy.

   W końcowej części swojego wystąpienia pani Strzemieczna podzieliła się radami, jak można przygotować się do nadchodzącej zmiany. W tym miejscu mimowolnie potwierdziła jeden z moich najważniejszych zarzutów wobec reformy, a mianowicie, że jest ona szykowana w absurdalnym pośpiechu, bez czasu przemyślenie i przedyskutowanie możliwych rozwiązań, oraz wykonanie rzetelnego pilotażu tych spośród nich, które są nowością. Oto bowiem zbliża się koniec marca, a my w szkołach podstawowych, poza świeżo zatwierdzonymi podstawami programowymi i ramowym planem nauczania, posiadamy jedynie „Przewodnik po strategiach edukacyjnych” i… w zasadzie nic więcej! Komentarze dydaktyczne do przedmiotów? Może będą w maju. Poradniki: o sprawczości w szkole, funkcji wychowawczej szkoły, „tygodniach pełnych przygód” i o modułach tematycznych – będą „niebawem”, może uda się do wakacji. Nowe, świetne podręczniki będą miały dodatkową recenzję – metodyczną, o ile MEN przyjmie tę propozycję IBE, ale na pewno nie w najbliższym roku szkolnym. A wręcz rozczuliła mnie sugestia pod adresem nauczycieli, którą zaprezentowała na koniec pani Strzemieczna: „Zastanów się, jaką jedną rzecz możesz zmienić już dzisiaj w swojej pracy, aby robić to lepiej, z większą satysfakcją i większą korzyścią dla uczniów”. Naprawdę, w swojej obecnej kondycji psychicznej nauczyciele najmniej potrzebują wezwań do samodoskonalenia...

* * *

   Kolejnym punktem programu było wystąpienie online pani Janet Looney, ekspertki OECD i Komisji Europejskiej, poświęcone koncepcji Mastery learning. Prelegentka opowiedziała, co pokazują badania dotyczące tej metody dydaktycznej, jakie ma ona mocne i słabe strony, jak można ją praktycznie implementować. Można tego wysłuchać (początek: 56’ 30’’), choć ja raczej rekomendowałbym zapoznanie się z publikacją na ten temat („MASTERY LEARNING czyli stopniowe osiąganie biegłości”), którą IBE udostępniło na swojej stronie internetowej.

   Zastanowiło mnie, dlaczego w Instytucie postanowiono wylansować akurat tę metodę, której potencjalny wpływ określono w „Poradniku po strategiach edukacyjnych” jako „umiarkowany”, a wiarygodność dowodów naukowych jako „niską". Muszę jednak przyznać, że wydaje się ona ciekawa, możliwa do zaadaptowania w pewnych warunkach, np. w niedużych grupach uczniów, przez bardzo ambitnych, nieprzeciążonych obowiązkami nauczycieli.

   Ten punkt programu uznaję za pouczającą ciekawostkę, choć nie wróżę wielkiej kariery samej metodzie. Zresztą, sądząc po przytaczanych publikacjach, nie znajduje się ona w głównym nurcie międzynarodowych prac nad unowocześnianiem edukacji. Z drugiej strony, zdaje się natomiast wychodzić naprzeciw współczesnym oczekiwaniom indywidualizacji pracy z uczniem, ale sposób, jaki proponuje, mnie osobiście nie przekonuje. Zachęcam do wyrobienia sobie własnej opinii poprzez obejrzenie wystąpienia pani Looney albo lekturę wspomnianej wyżej publikacji IBE.

* * *

   O ile Mastery learning uznałem za ciekawostkę, o tyle wystąpienie dr Agnieszki Kopacz, Nauczycielki Roku 2025, prowadzącej zajęcia z języka polskiego i informatyki w I LO w Sopocie, było dla mnie prawdziwą atrakcją, bowiem odnosiło się w sposób twórczy i pozytywny do tego, co może dziać się w każdej szkole. Pani Agnieszka opowiedziała (od 103' 00'' w zapisie wideo) m.in. o tym, jak radzi sobie z wyzwaniem, jakim jest posiadanie w klasie wychowawczej ponad połowy uczniów wymagających dostosowań w procesie dydaktycznym. Niestety, takie sytuacje będą coraz częstsze i wszelkie pozytywne doświadczenia w tym zakresie są na wagę złota. A jeśli przekaz zostaje wzmocniony przez osobowość prelegentki, tym bardziej staje się pożyteczny i pouczający. W wystąpieniu pani Kopacz mowa była jeszcze m.in. o zgniotkach, które wykorzystuje podczas zajęć, ale powrócę do tego w drugiej części artykułu, w którym zrelacjonuję także i skomentuję Radę Pedagogiczną, jaką na moich oczach odbyło pięcioro profesorów pedagogiki, oraz lekcję przyrody, w której miałem możliwość uczestniczyć.

   Po wystąpieniu Agnieszki Kopacz ogłoszono przerwę, więc i ja w tym miejscu zakończę pierwszą część relacji, już teraz zapowiadając część drugą, zdecydowanie bardziej odległą od bieżących problemów związanych z reformą „Kompas Jutra”.

cdn.

Wróć

Dodaj komentarz

Skomentował Włodzimierz Zielicz

Przecież dyrektorzy IBE od "reformy" i Jakubowski i Gajderowicz nie są fachowcami od EDUKACJI tylko ekonomii i MARKETINGU ew. STATYSTYCZNEJ analizy danych badawczych - robią to co umieją najlepiej, ze SZKODĄ dla edukacji polskiej :-(

Skomentował Iza

A czy było coś o tym, że na całą tę „reformę” nie ma podpisu Prezydenta? Co z tą Konstytycją, którą na sztandarach niosła lewica będąca obecnie u władzy? Chyba, że ta „ reforma” jedna wielka wioska potiomkinowska i nikt nie wierzy, że oprócz miłych pogadanek typu ta konferencja cokolwiek się zmieni. W takiej sytuacji rzeczywiście osoby reformatorskie niech robią co chcą, I tak jest to bez realnego znaczenia - podobnie jak inne dokonanie osób reformatorskich, czyli zmiana podstawy programowej z WF. W sumie nikt jej nie zauważył. Jeżeli jednak planowane są jakiekolwiek zmiany realne, o których się po prostu nie mówi społeczeństwu otwarcie (typu dalsze zmienianie szkoły z miejsca rozwoju intelektualnego młodych ludzi na miejsce terapii zajęciowej dla niepełnosprawnych) , to nie wróżę długowieczności temu zrywowi osób reformatorskich i opłacanych przez nich z naszych podatków pseudo-ekspertów.

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...