Blog

Jak IBE chce zmienić polską szkołę? Część 2.

(liczba komentarzy 5)

   Dyskusja grona profesorów, nazwana w programie Dnia Otwartego IBE „Radą Pedagogiczną”, była jedną z atrakcji, które zachęciły mnie do udziału w tej imprezie. Ciekawiło mnie, co mają do powiedzenia przedstawiciele „wielkiego nieobecnego” reformy „Kompas Jutra”, czyli akademickiego środowiska polskich pedagogów, które znalazło się kompletnie na uboczu tej z założenia bardzo przecież poważnej zmiany w polskiej edukacji.  

   W debacie panelowej, którą poprowadziła prof. Inetta Nowosad, wzięli udział: prof. prof. Beata Mydłowska, Mirosława Nowak-Dziemianowicz, Stefan Kwiatkowski i Krzysztof Rubacha. Wszyscy cieszący się dużym poważaniem, w większości członkowie Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN. Hasłem przewodnim dyskusji było „Czego potrzebuje polska szkoła?”.

   W pierwszej rundzie wypowiedzi pojawiło się kilka różnych wątków. Ciekawą kwestię poruszyła  prof. Nowak-Dziemianowicz, prezentując zdjęcie pracy Władysława Hasiora pt. „Wyszywanie charakteru”, przedstawiającej lalkę w uścisku dźwigni maszyny do szycia. Zdaniem Pani Profesor nie potrafimy oderwać się od przekonania, że szkoła jest miejscem kształtowania ucznia. Jeśli poszukujemy odpowiedzi na pytanie, w co szkoła ma wyposażyć ucznia, to będzie właśnie „wyszywaniem go” według naszego wyobrażenia o przyszłości. Tymczasem rolą szkoły powinno być stwarzanie warunków do rozwoju.

   W dyskusji wielokrotnie pojawiały się wątki polemiczne. Widać było, że poglądy dyskutantów nie są jednolite, ale nie przejawiało się to sporem, a jedynie pokazywaniem innego spojrzenia, jak choćby w wypowiedzi prof. Mydłowskiej, która zwróciła się do swojej przedmówczyni, stając w obronie znaczenia wartości uporządkowanej wiedzy i kompetencji.  

   Profesor Kwiatkowski został poproszony o wskazanie, co w polskiej szkole jest źródłem pozoru, co nie działa. Pesymistycznie stwierdził, że każda z tradycyjnych ról szkoły: dydaktyczna, wychowawcza i opiekuńcza jest obecnie oparta na pozorach. Najwięcej mówił o roli dydaktycznej, wskazując, że uczniowie nie uczą się samodzielnego zdobywania wiedzy. Negatywnie ocenił nauczanie przedmiotowe, stwierdzając, że w jego miejsce powinno wejść nauczanie problemowe, z czym mogłaby się wiązać rezygnacja z systemu klasowo-lekcyjnego. W sumie zabrzmiało to dosyć rewolucyjnie.

   Profesor Rubacha wskazał m.in. na niski poziom gotowości polskich uczniów do radzenia sobie z problemami. Przyznał, że niestety, nie wiadomo, jak miałaby sobie z tym poradzić szkoła, tym bardziej, że wielu rodziców nie formułuje pod tym względem żadnych oczekiwań wobec swoich dzieci.

   W toku półtoragodzinnej dyskusji pojawiło się jeszcze wiele innych wątków, których nie podejmuję się tutaj zreferować, ale z czystym sumieniem mogę całość polecić do wysłuchania. Wspomnę jeszcze tylko o jednej wypowiedzi, prof. Stefana Kwiatkowskiego, który został zapytany o rolę, jaką jego zdaniem powinno odgrywać środowisko naukowe w zmienianiu polskiej edukacji. Odpowiedział, że ma ono do zaoferowania krytyczne spojrzenie na rzeczywistość przez pryzmat wyników badań, w tym stawianie diagnoz. Może też tłumaczyć przyczyny istniejącego stanu rzeczy. Z rozbrajającą szczerością dodał na końcu, że pedagodzy mogliby też formułować sugestie, co należy zrobić, ale się do tego nie kwapią, bo to najkrótsza droga do narażenia się na krytykę.

   Na zakończenie tej części wicedyrektor IBE, Tomasz Gajderowicz, wyraził podziękowanie gronu profesorskiemu za przybycie i podzielenie się swoimi przemyśleniami. A kiedy jeszcze wyraził nadzieję, że będzie to w przyszłości zdarzać się częściej, zapisałem w notesie: „Teraz? Teraz, gdy reforma jest już wymyślona, i nie ma w niej miejsca na żadne wizje, choćby najmądrzejszych akademików?!”. Niestety, potwierdziło się moje przekonanie, koncepcja reformy „Kompas Jutra”, jeśli nawet rzeczywiście została zaprojektowana na podstawie wyników badań, powstała bez udziału polskich pedagogów. Diagnozę wzięto z badań PISA (najkrócej: uczniowie są dobrze nauczeni, ale nie lubią szkoły i nie widzą sensu nauki). Jej wyjaśnienie, że wszystkiemu winny jest dotychczasowy model edukacji, wzięto, moim zdaniem, z sufitu (bo naprawdę nie wolno zignorować złożonego kontekstu społecznego, w jakim funkcjonuje obecnie młode pokolenie). Co do koncepcji zmiany, mogę tylko wyrazić żal, że nie poddano jej żadnej niezależnej recenzji naukowej. Może wtedy powodów do krytyki byłoby mniej?!

* * *

   Ostatnim punktem programu, w którym wziąłem udział, była pokazowa lekcja przyrody, przeprowadzona przez dr. Karola Dudka-Różyckiego, przewodniczącego Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych, podobnie jak ja gorącego orędownika przywrócenia tego przedmiotu w polskiej szkole. Zajęcia odbyły się oczywiście w terenie – na skwerku przed siedzibą IBE, we wczesnowiosennej aurze. Zgromadziły 14 uczestników, a poświęcone były głównie obserwacjom i działaniom dotyczącym gleby, czemu towarzyszyło posadzenie w kilku miejscach sadzonek łubinu.

   O samej lekcji napiszę nie wdając się w szczegóły – była udana. Prowadzący zna się na rzeczy, wprowadził nas w temat, dobrze wykorzystał mało jeszcze o tej porze roku efektowne otoczenie przyrodnicze, dał możliwość  samodzielnego działania i wyciągnięcia wniosków. Trwałym efektem tych zajęć pozostaną kępy łubinu, rozsiane po całym skwerku przed IBE, w losowo wybranych przez nas miejscach, gdzie w parach kopaliśmy i prowadziliśmy glebowe obserwacje. Podzielę się natomiast refleksjami natury ogólnej, do których zainspirowały mnie te zajęcia.

   Oto na początku prowadzący wymienił kilka punktów podstawy programowej przyrody, które mieliśmy realizować podczas tej lekcji. Tym samym zilustrował na żywo, że owa „realizacja” stała się już definitywnie głównym celem, jaki stawia się przed polskimi nauczycielami. To z kolei wyjaśnia, dlaczego każda kolejna reforma przynosi podstawy bardziej opasłe od poprzednich – po prostu przejęły one funkcję programów nauczania. Podstawa nie jest obecnie rdzeniem, wokół którego powstają różne koncepcje programowe, dostosowane do lokalnych warunków. Nie jest zachętą do samodzielnej twórczości. Co gorsza, wykraczanie poza zapisy w podstawie stało się czymś niepożądanym, uległo wręcz stygmatyzacji.

   Oczywiście nie ma niczego złego w tym, że dr Dudek-Różycki wskazał, które zapisy będzie realizował podczas lekcji; to nie jest zarzut pod jego adresem. Niewątpliwie jednak widać efekt działań całego urzędniczo-pedagogicznego establishmentu, niezależnie od wektora politycznego, który począwszy od roku 2009, w imię lepszej kontroli egzaminacyjnej, konsekwentnie stara się uczynić z nauczycieli wykonawców jedynej słusznej koncepcji programowej. Buntuję się przeciwko temu, bo ani nie uważam egzaminów za koronę edukacyjnego stworzenia, ani nauczycieli za niezdolnych do wybierania czy wręcz samodzielnego tworzenia autorskich programów dydaktycznych. Tak było po reformie Handkego, zanim jeszcze egzaminoza zawładnęła systemem edukacji. Tak powinno być teraz, kiedy niemal każdy uczeń wymaga indywidualnego traktowania. Tymczasem zostaliśmy ze świętą podstawą programową, która, wbrew optymistycznym deklaracjom twórców – żeby ją rzetelnie „zrealizować” – wymaga całego czasu przydzielonego w planie nauczania, a nawet jeszcze więcej.

   Lekcja pokazowa w IBE, choć udana, unaoczniła jeszcze jeden poważny problem, który dotyczy wsparcia nauczycieli, nie tylko przy okazji wprowadzania „Kompasu Jutra”, ale, na przykład, edukacji włączającej. Była przeprowadzona w grupie wielkości, mniej więcej, połowy klasy szkolnej, w gronie osób dorosłych, kompetentnych w temacie. Trudno powiedzieć, jak zachowywałoby się dwudziestka czwartoklasistów, tym bardziej, gdyby była to klasa o dużym wewnętrznym zróżnicowaniu. Pół biedy, jeśli chodzi o przyrodę, ale powszechnie słychać, że w podobny sposób organizuje się zajęcia mające pokazać uczestniczącym w nich nauczycielom, jak pracować… z klasą trudną. To już jest, niestety, absurd. Realne wsparcie szkoleniowe w zakresie edukacji włączającej, i w nieco tylko mniejszym stopniu w zakresie każdego przedmiotu nauczania, powinno odbywać się w zróżnicowanych zespołach uczniów, takich, jakie są obecnie. Rozumiem, że jest to trudne organizacyjnie, ale wcielanie się nauczycieli w rolę uczniów nie nauczy, jak sobie radzić z rozmaitymi trudnościami. Pewnym rozwiązaniem byłoby nagrywanie do celów szkoleniowych lekcji w prawdziwych klasach, ale nie słychać, by powstawała taka oferta. Być może są bariery formalne, jak choćby RODO, ale nie podejmuję się tego tutaj rozstrzygnąć.

   I jeszcze dwie ogólne refleksje po obejrzanej lekcji. Dr Dudek-Różycki mógł przeprowadzić zajęcia sam. W realiach przeciętnej szkoły wyjście poza jej ogrodzenie z przyczyn bezpieczeństwa uczniów wymaga obecności drugiego opiekuna. Nie w każdej klasie znajdzie się nauczyciel współorganizujący, a o asystę innej osoby będzie trudno. Jest też kwestia ekonomiczna. Koszt jednorazowych materiałów do lekcji obejrzanej w IBE szacuję na 200-300 złotych (niektóre można by zgromadzić domowym sposobem, ale nie wszystkie), do tego szpadle o podobnej lub nawet większej wartości. To właśnie o barierę materialną może rozbić się koncepcja doświadczalnego nauczania przyrody. Żaden dyrektor szkoły, wliczając w to szkoły niepubliczne, nie będzie w stanie przeznaczyć przeciętnie nawet tylko 50 złotych, a co dopiero 200 na zużywalne materiały do każdej lekcji. Nie w skali całego roku szkolnego. Jeśli chodzi o sprzęt wielokrotnego użytku, to oczywiście zbudowanie takich zasobów jest bardziej realne, ale w obliczu generalnej mizerii finansowej w oświacie, wymagałoby jakiegoś centralnego wsparcia. Niestety, na razie o tym także nie słychać.

* * *

   Dzień spędzony w Instytucie Badań Edukacyjnych był dla mnie pouczający i inspirujący. Doceniam zaangażowanie organizatorów i jest mi bardzo przykro, że nadal lokuję się po stronie oponentów instytucji, którą reprezentują. Niestety, została ona utożsamiona z reformą „Kompas Jutra”, do której – mimo wysiłków entuzjastów spotkanych podczas Dnia Otwartego – nie jestem w stanie się przekonać. To nic osobistego – po prostu kwestia doświadczenia zawodowego, którego nie da się ze mnie wydłubać propagandą, ani nawet urokiem osobistym poszczególnych współtwórców reformy.

Wróć

Dodaj komentarz

Skomentował Włodzimierz Zielicz

Wysłuchałem - jedyną osobą, której nazwisko nie było mi obce, był prof. Kwiatkowski. (Nie liczę p. Dziemianowicz, którą kojarzę wyłącznie jako matkę urzędującej ministry polityki socjalnej!). Niestety ci państwo to ewidentne ofiary wsobnego chowu uczelnianego - od matury do emerytury na tej samej uczelni, po drodze doktoracik i habilitacyjka oraz wciskanie studentom na ćwiczeniach i wykładach regulaminowych informacji. Wygląda jakby o obiekcie swoich badań NIC nie wiedzieli albo wiedzieli coś o jakimś wąskim wycinku zaledwie. Wyjątek czynię dla prof. Kwiatkowskiego, ale on się zajmował dosyć specyficznymi zagadnieniami - pedagogiką pracy itd. W efekcie wnioski z badań edukacyjnych wyglądają w Polsce jak te z badań nad słuchem pająka ze słynnego kawału o uczonych radzieckich, którzy ostatecznie wyciągnęli wniosek "po wyrwaniu wszystkich nóg pająk ogłuchł!" :-(

Skomentował Danuta

Nie widzę sensu pokazywania lekcji w sytuacjach sztucznych. Po pierwsze z udziałem dorosłych, a nie uczniów, po drugie w pomniejszonym znacznie składzie, po trzecie wymagających finansowego wkładu, a po czwarte prowadzonych przez obcego specjalistę, a nie nauczyciela. Pomijam już czas trwania lekcji, większy niż 45 minut. nie tedy droga doskonalenia nauczania. Wole słuchać i obserwować lekcje nauczycieli uczących autentycznych uczniów i zmagających się z opanowaniem PP przez cały rok szkolny. Uczestniczyłam nie raz w takich lekcjach pokazowych dla dorosłych. Za każdym razem uczestnicy byli zachwyceni i twierdzili, że gdyby tak byli nauczani, to ich kariera przebiegała by znacznie lepiej.
Ale to przecież przedstawienie teatralne,

Skomentował Włodzimierz Zielicz

Zwracam uwagę, że szpadle w rękach ponad 20 uczniów, SP i nie tylko, nawet bez orzeczeń, to niebezpieczne narzędzia i dziś proszenie się o kłopoty. BTW za moich szkolnych czasów uprawianie szkolnego ogródka ponad pół wieku temu w PRL było czymś dość popularnym ... ;-)

Skomentował Danuta

widzę, ze Pan Panie Włodzimierzu ma duże zaufanie do tytułów i dorobku. Ja mam raczej zaufanie do praktyków, a jeśli już do naukowców, to mających doświadczenie szkolne.

Skomentował Włodzimierz Zielicz

@Danuta
Ja się po prostu zainteresowałem naukowym dorobkiem tych państwa, no i mi wyszło, że akurat ONI mogą się o edukacji całościowo i w szczegółach równie kompetentnie co np. moja rodzinna lekarka, znajomy aptekarz albo biznesmen (duży) branży budowlanej czy inny rekin na rynku nieruchomości .... Ale oczywiście jeszcze ćwierć wieku temu profesorowie pedagogiki MIEWALI doświadczenia szkolne czy harcerskie, coś wiedzieli o zarządzaniu itd. Generalnie wierzę jednak najbardziej praktykom - wybitnym nauczycielom i dyrektorom szkół ...

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...