Blog

Czy ustawa coś zmieni w kwestii smartfonów?

(liczba komentarzy 2)

   Cenię panią Magdalenę Bigaj, prezeskę Fundacji „Instytut Cyfrowego Obywatelstwa”, za jej działania na rzecz krzewienia higieny cyfrowej w środowisku edukacyjnym, więc z tym większym zainteresowaniem przeczytałem wywiad, jakiego udzieliła Magdalenie Ignaciuk w „Strefie Edukacji”. Mile zaskoczyło mnie w nim echo naszego spotkania w pewnej debacie. Wspomniałem wówczas o zasadzie obowiązującej nauczycieli w mojej szkole, że korzystać ze smartfonów do celów prywatnych mogą tylko w czasie, kiedy nie sprawują opieki nad uczniami i znajdują się w miejscu, w którym uczniów nie ma. Regulacji oczywistej z punktu widzenia roli, jaką pełnią w szkole, a przy tym zdroworozsądkowej, bowiem nie ma powodu, by ograniczać osoby dorosłe w czasie, kiedy nie sprawują opieki nad swoimi podopiecznymi. Miło, że moja rozmówczyni zachowała to w pamięci.

   Co do wywiadu, przyznam, że tytuł – „Zakaz telefonów pomija nauczycieli i budzi wątpliwości. Bez przykładu z góry zmiana nie zadziała” – postawił moje uszy w słup. Konkretnie słowa: „pomija nauczycieli” oraz „bez przykładu z góry”. I rzeczywiście, w środku znalazłem kilka stwierdzeń, które mnie zaniepokoiły. Ponieważ temat jest ważki i dotyczy praktycznie każdej szkoły, a debata publiczna trwa (i dobrze!), postanowiłem podzielić się tutaj swoimi spostrzeżeniami.

* * *

   W ciągu ostatnich dziesięciu lat przeszedłem długą drogę od liberalnego traktowania korzystania przez dzieci i młodzież w szkole z osobistych urządzeń elektronicznych, ze szczególnym uwzględnieniem smartfonów, do postawy restrykcyjnej. W tym czasie nabrałem przekonania, że przynoszą one wielorakie szkody, przewyższające – skądinąd niezaprzeczalne – pożytki. Mając za sobą fiasko kilku prób tworzenia w tej kwestii umów społecznych, które nie wytrzymywały próby lojalności ze strony uczniów, uważam dzisiaj za konieczne formalne ograniczenie możliwości korzystania z tych urządzeń podczas pobytu w szkole. Na etapie szkoły podstawowej dopuszczam jedynie niewielkie wyjątki, pozostawiając więcej swobody – ale w granicach ściśle określonych reguł – młodzieży starszej.

   Problem jest bardzo złożony, ponieważ smartfony stały się codziennym narzędziem wielu osób, trafiając również – za sprawą rodziców – w ręce dzieci, nawet bardzo małych. Są wygodne: pozwalają zająć czymś małoletnią pociechę, pozostać z nią w stałym kontakcie; dają poczucie bezpieczeństwa i kontroli. Raczej złudne. Czasem służą jako źródło wiedzy i rozrywki, co oczywiście byłoby zjawiskiem pozytywnym, gdyby nie łatwy dostęp do treści absolutnie dla młodych niewskazanych. Stanowią użyteczne narzędzie ułatwiające organizację życia, ale równocześnie forum kontaktów za pośrednictwem mediów społecznościowych. W tej ostatniej sferze zachodzi najwięcej niebezpiecznych zjawisk, nad którymi dorośli – rodzice i nauczyciele, jak dotąd, nie potrafią zapanować.

   Raczej nie ma wątpliwości, że obserwowany obecnie wśród młodych ludzi kryzys psychiczny za jedną z przyczyn ma nadmierne i nieadekwatne do wieku korzystanie z internetu, nierzadko przyjmujące formę uzależnienia. To problem ogólnoświatowy i coraz więcej rządów podejmuje kroki zaradcze. Także polskie władze próbują zmierzyć się z nim, dopuszczając w procedowanej obecnie ustawie możliwość regulowania w statutach szkół zasad korzystania z urządzeń elektronicznych przez uczniów, włącznie z opcją wprowadzenia stosownego zakazu. Warto podkreślić, że nie jest to formalny zakaz ustawowy, ale otworzenie możliwości umieszczenia takowego w statucie każdej placówki.

   We wspomnianym na początku wywiadzie Magdalena Bigaj dała wyraz swojego niedosytu:

Ministerstwo poszło raczej w stronę ogólnych sformułowań nazwanych zakazem, zamiast – jak rekomenduje środowisko zajmujące się higieną cyfrową – konkretnych zasad, czyli zestawu rozwiązań dostosowanych do wieku uczniów i obejmujących wszystkich. 

   Osobiście, czytając projekt ustawy, mam uczucia ambiwalentne. Z jednej strony, obciążenie szkoły – po raz nie wiem już który – koniecznością samodzielnego tworzenia zapisów statutowych, nie budzi mojego zachwytu. Z drugiej strony jednak, nie bardzo wyobrażam sobie jak szczegółowe, a zarazem zróżnicowane musiałby być zapisy ustawowe, by dało się dopasować je do różnych sytuacji w poszczególnych placówkach. Nie podzielam więc tutaj niedosytu pani Magdaleny. Co nie znaczy, że nie wietrzę kłopotów, ale ich źródło upatruję w czymś innym. Przede wszystkim w upadku autorytetu szkoły, która jawi się ogółowi społeczeństwa jako instytucja opresyjna, a rodzicom – nie partnerem w edukacji ich dzieci, ale zagrożeniem, przed którym należy je za wszelką cenę uchronić.

   Jest symptomatyczne, że regulacja dotycząca smartfonów pojawia się w projekcie ustawy określanej potocznie mianem „o prawach i obowiązkach uczniów”. Ma ona wprowadzić m.in. instytucję Rzecznika Praw Uczniowskich oraz zamknięty katalog kar, jakie można będzie stosować w szkołach. To kolejne działania władz wpisujące się w konsekwentną narrację o opresyjnym charakterze instytucji, której – w istocie nauczycielom – należy nakładać kolejne ograniczenia, aby zapobiec krzywdzeniu uczniów. Ta sama szkoła ma jednak zmierzyć się z problemem smartfonów, chociaż w celu wykonania tego zadania nie otrzymuje żadnych narzędzi.

   W tym miejscu konkretny przykład. Tyle mówi się dzisiaj o przemocy w sieci, która dzieje się pomiędzy młodymi ludźmi. Czasem prowadzi ona do dramatycznych nawet konsekwencji. Powszechne jest oczekiwanie, że szkoła będzie reagować, o ile tylko dowie się o takich zdarzeniach. Problem w tym, że dowiaduje się zazwyczaj przypadkiem, nie ma żadnego prawa sprawdzenia, jaką aktywność przejawia uczeń w sieci, nawet jeśli coś dzieje się niemal na oczach nauczyciela. Informacje najczęściej docierają od innych uczniów, ale są trudne do zweryfikowania, szczególnie gdy rodzice nie współpracują. Nadanie dalszego biegu sprawie niesie też ryzyko ujawnienia źródła informacji, a takowemu rówieśnicy gotowi są szybko przykleić epitet: „sześćdziesiona”, który jest współczesną – dużo bardziej bolesną dla delikwenta niż kiedyś – formą określenia „skarżypyta”. Tymczasem nauczyciel, wychowawca, psycholog szkolny, nawet jeśli wie o nagannej aktywności, nie może choćby dotknąć telefonu ucznia bez ryzyka narażenia się na zarzut naruszenia prywatności, złamania prawa etc. Na wsparcie rodziców nie zawsze można liczyć, pozostaje zgłoszenie policji jako jedyna legalna metoda działania w miejscu, w którym – to taki popularny ostatnio slogan – „najważniejsze są relacje”.

   Nie wiem, czy jest w ogóle możliwość wyposażenia nauczycieli w jakieś prawa w tym zakresie, bez łamania konstytucji. Pewnie nie i dlatego właśnie można zrozumieć tak ogólnikowy zapis w projekcie ustawy. Tym bardziej, że autonomia szkoły i dyrektora świetnie sprawdza się jako listek figowy w sytuacjach szczególnie trudnych. W świetle tego jedno tylko wydaje mi się pewne – zapis ustawowy niewiele zmieni. Szkoły będą musiały radzić sobie tak jak dotąd – perswazją, karami porządkowymi za naruszenie zasad, bezbronne w sytuacji, gdy rodzice odmówią wsparcia wychowawczego, albo gdy podejmą działania prawne skierowane przeciwko nauczycielom. Taki mamy klimat i ustawa tego nie zmieni. A może zmieni o tyle, że przybędzie jeszcze jedna instancja do składania skarg – Rzecznik Praw Uczniowskich…

* * *

   Ślad narracji niechętnej nauczycielom pojawia się również w wypowiedzi Magdaleny Bigaj. Mówi ona:

W projekcie ministerialnym czytamy, że zakaz nie obejmuje nauczycieli. Tymczasem mamy wiele informacji zwrotnych od uczniów, którzy opowiadają, że nauczyciel rzuca piłkę na WF-ie i gra w gry, ktoś inny robi zakupy na Zalando, a w jednej ze szkół wychowawczyni klas 1–3 pokazywała dzieciom, co kupiła na Temu. Problem sygnalizuje nam też wielu dyrektorów. To znowu pokazuje sytuację, w której całą odpowiedzialność przerzucamy na dzieci – to one poniosą główne konsekwencje tych zmian i zobaczą, że dorosłych prawa nie obowiązują, a jednocześnie zapominamy o tym, o czym często mówimy w teorii, że to dorośli modelują zachowania dzieci.  

   Nie bardzo wyobrażam sobie, jak w ustawie można by rozciągnąć zakaz na nauczycieli. Odwoływanie się do „wielu informacji zwrotnych od uczniów” nie jest przekonujące. Być może dyrektorzy widzą ten problem, choć nie wiem, czy wyposażeni w ustawowy zakaz (czego dokładnie?), dotyczący nauczycieli, byliby w stanie lepiej sprawować nadzór pedagogiczny. Ja w każdym razie nie uważam zrównywania w prawach na siłę dzieci i dorosłych za działanie roztropne. A już stwierdzenia o przerzuceniu odpowiedzialności na dzieci kompletnie nie rozumiem. Tak, są prawa, które nie dotyczą wszystkich. Dziecko nie ma prawa kierować samochodem, dorosły ma. Nie ma prawa pić alkoholu, dorosły ma. I – uprzedzając polemikę – tak, dorosły nie ma prawa pić alkoholu w pracy, ale jeśli ktoś potraktuje tę czynność jako równoważną z korzystaniem ze smartfona do celów służbowych, to ja już naprawdę nie pomogę mu lepiej ogarnąć tematu. Dość na tym, że obowiązujące u mnie w szkole rozwiązanie, o którym wspomniała sama pani Bigaj, wydaje mi się wystarczające, jeśli chodzi o nauczycieli.

* * *

   Teraz kwestia grup klasowych. Czytam w wywiadzie:

Internet rozszerzył przestrzeń, w której funkcjonujemy, o wymiar cyfrowy, a wraz z tym rozszerzył także przestrzeń funkcjonowania szkoły. Dla dziecka szkoła nie kończy się dziś wraz z wyjściem z budynku. Towarzyszy mu przez cały czas – w powiadomieniach z e-dziennika, w zadaniach realizowanych online, ale też w komunikacji na grupach klasowych. I pod tym względem jest to przestrzeń szkoły. Nawet jeśli nie do końca nam się to podoba, to dzieci i młodzież, które doświadczają w tej przestrzeni krzywdy związanej z funkcjonowaniem szkolnym, będą ją właśnie ze szkołą kojarzyć.

   Oto więc nasza nauczycielska jurysdykcja (ta pozbawiona realnych narzędzi, przypomnę) zostaje niniejszym rozciągnięta na świat wirtualny, w którym życie toczy się – jak wiadomo – 24/7. Nawet jeśli nie mamy dostępu do tych „grup klasowych”. Nawet jeśli konta w mediach społecznościowych dzieci zakładają w zbyt młodym wieku, za wiedzą swoich rodziców. Nawet jeśli w „grupie klasowej” jest tylko kilkoro uczniów z klasy szkolnej, za to cała czereda obcych. Nie ma tego jeszcze w żadnych przepisach, ani nie poinformowano nauczycieli o kolejnej domenie w ich działalności zawodowej. Może jednak ograniczymy odpowiedzialność nauczycieli do grup stricte klasowych, tworzonych i administrowanych przez szkołę?! A co do reszty, to jednak pozostawimy odpowiedzialność rodzicom, w nadziei, że w razie kłopotów nie przyjdą z zarzutem zaniechania, ale poproszą o pomoc i współpracę?

   O ile od pewnego czasu czuję się w roli dyrektora szkoły jak ta żaba, zanurzona w podgrzewanej coraz mocniej kąpieli, to wątek o grupach klasowych spowodował, że poczułem się jak we wrzącej wodzie, z pragnieniem, by z niej natychmiast wyskoczyć!

* * *

   Tyle obaw, teraz kilka zdań o wątkach wywiadu, na które chciałbym tutaj po prostu zwrócić uwagę.

Musimy wziąć pod uwagę jedną rzecz. Zakaz – czy szerzej: uregulowanie korzystania z telefonów w szkole – nie rozwiązuje problemu dostępu dzieci i młodzieży do treści w internecie, do których nie powinny mieć dostępu. 

   Pełna zgoda! Dlatego należy usilnie lobbować za nałożeniem przez władze państwowe ograniczeń na dostawców internetowego „kontentu”. Nie wierzę, że przy obecnym poziomie profilowania użytkowników nie jest możliwe odcinanie dzieci i młodzieży od treści, z którymi nie powinny mieć do czynienia!

   Mówi się, na przykład, o zakazie korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej piętnastego roku życia. Tyle tylko, że tego problemu nie da się zrzucić na „autonomię” dyrektorów. Trzeba zmierzyć się z Big Techami, co wykracza poza kompetencje MEN. Bez tego jednak wszystko, co zrobimy w szkołach, będzie tylko pudrowaniem trupa.

   I jeszcze:

 Chodzi o to, by nie pejoratywizować telefonu, bo kiedy operujemy słowem „zakaz”, traktujemy go jako coś jednoznacznie szkodliwego. Tymczasem za chwilę będziemy proponować uczniom mObywatela Juniora czy mLegitymację, więc pojawia się tu pewna niespójność. Uczniowie mają zakaz dotyczący czegoś, co jednocześnie jest narzędziem codziennego użytku.

   Cóż, wybór należy do nas (prawodawców). Jeśli państwo naprawdę nie może obejść się bez założenia młodemu obywatelowi elektronicznej smyczy, w postaci wspomnianych tu usług publicznych, to rzeczywiście, nie pozostanie nam nic innego, jak manewrować pomiędzy Scyllą i Charybdą, choć mało kto ma zadatki na Odyseusza. A może by jednak owe usługi państwowe, a także bankowe, również oferować dopiero po osiągnięciu jakiegoś minimalnego wieku, rzędu piętnastu lat?! Choć pewnie będzie trudno, bo i władze, i banki mają w sobie wiele z Big Techów…

* * *

   Nie jestem krytykiem starań pani Magdaleny Bigaj. Cieszę się, że zajmuje ona istotne miejsce w debacie publicznej na temat higieny cyfrowej. To dobrze, że - jak powiedziała w wywiadzie na temat projektu ustawy:

Na razie obserwuję więc sytuację i zakładam, że to projekt, który będzie jeszcze podlegał konsultacjom. Mam nadzieję, że wspólnie uda się wypracować rozwiązanie bardziej spójne i uczciwe. 

   Też chciałbym, żeby wypracowane rozwiązanie było spójne i uczciwe. Pewnie trochę z panią Magdaleną różnimy się w rozumieniu tych dwóch słów, ale na pewno łączy nas troska dotycząca obecnej sytuacji. Oboje zgadzamy się, że szkoły potrzebują wsparcia w radzeniu sobie z opisanymi tutaj wyzwaniami. Ja – pełniąc służbę na pierwszej linii – marzyłbym tylko, by nawet ze wsparciem nie zostały obarczone zadaniem samodzielnego rozwiązania problemu, który generuje całe społeczeństwo. 

   I Big Techy, nie zapominajmy o roli Big Techów!

Wróć

Dodaj komentarz

Skomentował Włodzimierz Zielicz

1.Nie da się ukryć, że Internet to przestrzeń POZA szkołą, a uczeń - wbrew temu co w PRL domyślnie traktowano - nie jest do szkoły PRZYPISANY (skądinąd wtedy szkoła miała znacznie więcej NARZĘDZI wpływu na ucznia!). Za to co robi w Internecie odpowiadają RODZICE - oni mają pełne prawa do ucznia i oni tę aktywność w Internecie FINANSUJĄ i mogą kontrolować.
2.W przypadku zakazu komórek uczniom w szkole MEN wykonał kolejny, związany z politycznym PR, UNIK. To nauczyciele, szkoła mają być tymi ZŁYMI, którzy zabraniają i próbują zakaz egzekwować, a nie min. Nowacka i jej ministerstwo. Ustawa nie daje żadnych NARZĘDZI (np. również w stosunku do rodziców)dyscyplinarnych/prawnych do egzekwowania zakazu. Szkoła/nauczyciel mogą jedynie wygłaszać KAZANIA umoralniające! Kary kończą się, de facto, na naganie z ostrzeżeniem w ocenie z zachowania [którą zresztą, porównując do białoruskich standardów min. Nowacka, jak ogłaszała w mediach, chce ... zlikwidować... ;-) ], bo już zapisane w ustawie przeniesienie ucznia do innej szkoły (w SP) czy skreślenie z listy uczniów, jest domeną sądów rodzinnych!!!
3.W wieku do lat 15 to długi czas kontaktu z Internetem szkodzi, a nie przejaw UZALEŻNIENIA, jakim jest kompulsywne używanie smartfonów na lekcjach ... Więc ograniczenie, na wzór np. Chin, powinny określać np. CZAS na dobę korzystania z ze smartfona w określonym wieku (np. DO godziny), za co oczywiście odpowiadają tam Big Techy, a nie szkoła ... ;-)

Skomentował kkkkkkk

IMO tworząc ten zakaz MEN realizuje cele z zakresu PR - zakaz jest popularny w społeczeństwie,
Nie daje narzędzi bo albo nie chce zmieniać status quo w szkołach, albo po prostu nie chce szkół wzmacniać - osłabianie szkół i autorytetu nauczycieli jest podstawowym elementem polityki kolejnych rządów po 1990 r. - jeśli spojrzymy na skutki ich działań.

Jeśli o p. psycholog chodzi i grupy uczniowskie w necie: Lex Kamilek - i promowane przez rząd regulaminy zeń wynikające - nakładają na szkoły i nauczycieli zakaz uczestnictwa w grupach uczniowiskich - wogóle wchodzenia z uczniami w jakiekolwiek realcje, ze szczególnym uwzględnieniem kontaktu wirtualnego.

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...