Blog
Autonomia w teorii i w praktyce oświatowej
(liczba komentarzy 6)
Autonomia to samodzielne stanowienie o sobie, swoich zasadach i decyzjach. Może dotyczyć jednostek i całych społeczności. Ma znaczenie w różnych dziedzinach życia, na przykład, w polityce, filozofii, psychologii, pracy. W społeczeństwie demokratycznym uważana jest za zjawisko niezwykle cenne, bowiem wzmacnia u ludzi chęć samodzielnego działania, skłania do przyjmowania na siebie odpowiedzialności, sprzyja pełnemu wykorzystaniu osobistych zasobów oraz zwiększa motywację do mierzenia się z napotkanymi problemami.
Autonomia wymaga swoistej zdolności, na którą składa się wiara we własne siły, pewien zasób kompetencji oraz chęć działania; przydaje się również otwartość na innych ludzi i gotowość do współpracy. Owa zdolność rozwija się u każdego człowieka, choć w różnym stopniu, w zależności od indywidualnych predyspozycji oraz przestrzeni, jaką otoczenie społeczne oferuje dla samodzielnej, twórczej aktywności. Warto więc otwierać tę przestrzeń już od najmłodszych lat, by skutecznie rozwijać poczucie autonomii, dla tych wszystkich korzyści, jakie z niej wypływają.
Przedmiotem tej analizy będzie autonomia nauczyciela. Bardzo dużo mówi się o niej przy okazji reformy „Kompas Jutra”. Słuchając przedstawicieli instytucji zarządzających przygotowaniami do planowanej zmiany (MEN oraz IBE), zapowiadających zwiększenie autonomii nauczycieli, i zestawiając to z proponowanymi rozwiązaniami, mam wrażenie wielkiego nieporozumienia, tudzież pomieszania pojęć. A że autonomię uważam za warunek sine qua non skutecznej pracy pedagogicznej, czuję potrzebę zaprezentowania tutaj swoich wątpliwości i przemyśleń.
Dlaczego autonomia nauczyciela jest ważna?
Autonomia w każdym zawodzie polega mniej więcej na tym samym – samodzielnym podejmowaniu decyzji. Nie oznacza totalnej samowoli, bowiem w praktyce każdy człowiek uwikłany jest w jakieś ograniczenia. Może największą autonomię ma artysta, który sam decyduje o swoim dziele, ale nawet on musi brać pod uwagę oczekiwania klientów, jeśli chce sprzedać to, co stworzy.
Autonomia w każdym zawodzie polega mniej więcej na tym samym, ale poszczególne zawody różnią się stopniem złożoności podejmowanych działań i decyzji. Nauczanie wiąże się z nawiązywaniem relacji z innymi ludźmi i oddziaływaniem na nich. Każdy jest unikalną mieszanką zdolności, pracowitości, motywacji, umiejętności komunikacyjnych. Każdy może mieć dobry lub zły humor, dobre lub złe samopoczucie. Przed nauczycielem stają rozmaite cele, zarówno dydaktyczne, jak i – bardzo często w pracy z dziećmi i młodzieżą – wychowawcze. Większość nauczycieli pracuje w placówkach oświatowych, więc muszą też brać pod uwagę ograniczenia związane z przepisami, uwzględniać organizację pracy oraz ustalenia – choćby tylko te zapisane w statucie, które obowiązują cały zespół pedagogiczny. To tylko niektóre okoliczności sprawiające, że praca nauczyciela należy do najbardziej złożonych. Podejmowanie na co dzień bardzo wielu decyzji jest jej częścią. Nie sposób całości ubrać w instrukcje i procedury. Autonomia nauczyciela jest więc bardzo ważna. Jest po prostu koniecznością podyktowaną przez życie.
Dwa poziomy autonomii
W debacie publicznej często pojawia się twierdzenie, że w momencie, gdy nauczyciel staje przed klasą, „może wszystko” – w domyśle sam decyduje o tym, jaką drogą podąży, jak rozwinie się sytuacja. To spore uproszczenie, bo na pewno wielu rzeczy nie może, jednak istotnie, w bezpośredniej relacji z uczniami, rzeczywiście ma dużą swobodę postępowania.
Osobista autonomia nauczyciela w niektórych sprawach ustępuje autonomii zespołu pedagogicznego. Są pewne uzgodnienia, zapisywane w statucie, na przykład w zakresie oceniania, które po uchwaleniu obowiązują wszystkich. Wpływ na zapisy statutowe mogą mieć również rodzice, za pośrednictwem Rady Rodziców i uczniowie poprzez przedstawicielstwo Samorządu Uczniowskiego.
Oba poziomy nauczycielskiej autonomii mają umocowanie w przepisach prawa. Artykuł 12 ust. 2 Karty Nauczyciela głosi wprost, że „w realizacji programu nauczania ma prawo do swobody stosowania takich metod nauczania i wychowania, jakie uważa za najwłaściwsze spośród uznanych przez współczesne nauki pedagogiczne”. W prawie oświatowym jest też szereg delegacji dla społeczności szkolnych do uregulowania różnych kwestii w statutach placówek. Niestety, jedno i drugie bywa często źródłem nieporozumień.
Przykłady nieporozumień z życia wzięte
Czytam przestrogę opublikowaną na fejsbuku przez jedną z ważnych postaci świata polskiej edukacji, panią Gabrielę Olszowską:
„Nauczyciel nie może się tłumaczyć, że robi coś tak, bo zawsze tak było. ... bo tak. Bo on tak uważa - ma mieć argumenty naukowe - neurodydaktyka, psychologia edukacyjna itp. (uwaga na mity zw. z neurodydaktyką)”
Czytam i mam wątpliwości. Co do tej naukowości – sama autorka delikatnie wskazuje na „mity” związane z aktualnie modną neurodydaktyką. Gdy ministerstwo szykowało zmiany w pracach domowych, pojawiło się opracowanie Instytutu Badań Edukacyjnych „Prace domowe. Wyniki badań dotyczących prac domowych i ich efektywności edukacyjnej”. We wstępnej rekapitulacji tego raportu autorzy napisali m.in., że natężenie prac domowych nie przekłada się liniowo na wzrost wyników nauczania. Jeśli jednak ktoś przeczyta całość, znajdzie tam zdania mówiące coś innego. Na przykład: „(…) stwierdzono, że średni efekt zadawania prac domowych jest pozytywny, choć niezbyt silny – przyspieszają one tempo uczenia się o 15%”, albo „(…)średni efekt okazał się pozytywny zarówno w szkole podstawowej, jak i średniej, lecz silniejszy w tej drugiej”. Taka to dzisiaj nauka z potężną dawką publicystyki i… politycznego obstalunku. We wspomnianej rekapitulacji raportu, który został upubliczniony PRZED ogłoszeniem projektu rozporządzenia w sprawie prac domowych, napisano: „Wskazane jest opracowanie wskazówek dla nauczycieli dotyczących zadawania prac domowych po wejściu w życie ograniczeń w tym obszarze”. Wygląda więc na to, że na polityczne zamówienie badacze zbudowali fundament przesądzonej już decyzji, tworząc pozór unieważnienia tradycyjnej metody pracy dydaktycznej, jaką jest praca domowa. Skuteczny wobec wszystkich laików, którzy lekturę ograniczyli do wstępnej rekapitulacji.
Wracając co wpisu pani Olszowskiej, to wiele o sposobie traktowania nauczycieli mówi stwierdzenie „nauczyciel nie może się tłumaczyć”. Skąd w ogóle pomysł, żeby nauczyciel „się tłumaczył” ze swojego postępowania?! Nauczyciel może jedynie, w razie potrzeby, „wyjaśnić powody” dlaczego postąpił tak, a nie inaczej. To różnica nie tylko semantyczna, ale po prostu fundamentalna, jeśli chodzi o budowanie szacunku.
Co do drugiego poziomu autonomii, powszechnie wiadomo, że statuty szkół budzą liczne zastrzeżenia. Wiele zapisów jest kwestionowanych jako bezprawne. Czy zawsze słusznie? Oto pan Igor Bykowski, kurator wielkopolski, wyjaśnił publicznie, że nie wolno „ważyć” ocen, czyli uznawać, na przykład, oceny ze sprawdzianu za ważniejszą niż za pracę domową, a i ustalanie oceny klasyfikacyjnej metodą wyliczania średniej jest pozbawione podstawy prawnej. To niezrozumienie zasady legalizmu - niesłuszne założenie, że to, co nie jest wprost wskazane, jest niedozwolone. W istocie szkoły mogą autonomicznie ustalać zasady oceniania bieżącego, o ile nie przekroczą ram wyznaczonych w ustawie.
Autonomia kontra przepisy
Obok przepisów otwierających przestrzeń dla autonomii istnieje wiele aktów prawnych, które ją ograniczają. nikogo nie dziwi, że państwo reguluje funkcjonowanie sytemu oświaty, szczegółowo w przypadku placówek publicznych, z większym zakresem swobody dla placówek niepublicznych. Problem w tym, że zakres regulacji wciąż rośnie. Cały czas mamy na tapecie kwestię prac domowych, mimo nacisków społecznych, by wycofać się z ograniczeń, teraz z kolei opinia publiczna zajmuje się planami ustawowego uregulowania kwestii stroju szkolnego. Tego typu działania może nie bulwersowałyby tak bardzo środowiska nauczycielskiego, gdyby nie równoczesny brak inicjatyw wzmacniających pozycję szkoły. Nawet z nieśmiałej próby zmniejszenia dopuszczalnej liczby nieobecności nieusprawiedliwionych, co choć symbolicznie wsparłoby autorytet tej instytucji, ministerstwo właśnie się wycofało.
Tendencja do coraz bardziej drobiazgowego regulowania rzeczywistości szkolnej nie jest aktem samowoli władz, ale skutkiem obecnej atmosfery społecznej. W tym miejscu zacytuję fragment wypowiedzi, jaką w komentarzu w dyskusji o projekcie przepisów dotyczących zasad ubioru obowiązujących w szkole, zamieściła Anna Maria Wołyniak:
„W świecie, w którym każde „nie” wymaga uzasadnienia, ekspertyzy i konsultacji społecznych, najbezpieczniejszym rozwiązaniem okazuje się… taśma miernicza . Bo skoro nie umiemy już rozmawiać o normach, pozostaje geometria, fizyka i regulamin z aneksem. Paradoks polega na tym, że im bardziej celebrujemy autonomię jednostki, tym bardziej musimy wszystko usztywnić przepisem. Emancypacja „ja” kończy się więc triumfem paragrafu.”
Niestety, wyraźnie widać zderzenie szacunku dla praw jednostki – ucznia, z potrzebą autonomii nauczyciela i instytucji. Każda kolejna kodyfikacja kwestii tak szczegółowych ogranicza pole działania szkoły. Może i jest sprawiedliwiej, ale za to zupełnie przeciwskutecznie, jeśli chodzi o spełnianie przez placówkę oświatową jej funkcji opiekuńczych, dydaktycznych i wychowawczych.
Zanikająca przestrzeń zaufania
Fundamentem poszanowania autonomii jest zaufanie. Zaufania do nauczycieli nie ma obecnie za grosz. To złożony skutek antynauczycielskiej retoryki władz z czasu strajku w roku 2019, krytycznej oceny skuteczności działania szkół podczas pandemii, oraz obecnej zmiany oczekiwań społecznych, w tym potrzeby indywidualizacji pracy z uczniem, którym szkoła nie jest w stanie wyjść naprzeciw. Do tego dochodzi medialne nagłaśnianie wielu incydentalnych wydarzeń, w których niezależnie od faktycznego przebiegu, stroną krytykowaną jest szkoła. Młyny internetowe działają szybko i bezlitośnie, o czym przekonała się choćby nauczycielka angielskiego z Kielna, a słowo przepraszam w obiegu medialnym w ogóle nie istnieje.
Doświadczenie uczy, że w przypadku konfliktu w szkole autonomia jest bez szans w konfrontacji z urzędem. Każde działanie nauczyciela musi być uzasadnione i udokumentowane.
Brak zaufania w zasadzie wyklucza autonomię. W największym stopniu ma ona szansę przetrwania jeszcze w sferze indywidualnej pracy nauczyciela z klasą, ale – powiedzmy sobie szczerze – wyłącznie do pierwszego kryzysu. Są osoby na tyle sprawne w swoim fachu, na tyle empatyczne i świetnie komunikujące się, że skutecznie tworzą przestrzeń dla własnej autonomii. Niestety, powtórzę raz jeszcze, do pierwszego kryzysu, z którego, jeśli nawet wyjdą obronną ręką, to mentalnie poobijane. Nie jest to kwestia jakiejś szczególnie złej woli drugiej strony – uczniów, rodziców, dyrekcji, nadzoru, ale po prostu egzekucja imperatywu równoczesnej skuteczności działań nauczyciela i spełniania indywidualnych potrzeb jego otoczenia.
Mamy więc kryzys autonomii nauczycielskiej, który stał się zarazem kryzysem misji tego zawodu. Zdaje sobie z niego sprawę Ministerstwo Edukacji Narodowej, więc Barbara Nowacka wkroczyła na scenę i oznajmiła, że reforma „Kompas Jutra” przywróci nauczycielom autonomię.
Przywracanie przez ograniczanie
Muszę przyznać, że obietnica przywrócenia autonomii dowodzi, że ministra Nowacka jest świadoma problemu. Czy jednak za słowami idą adekwatne działania? Niestety, trzymając się zapowiedzi i ogłoszonych projektów, reforma „Kompas Jutra” przewiduje daleko idącą ingerencję w sferę metodyki nauczania, czyli autonomię zmniejsza. Nie tylko formułuje wymagania, ale również wskazuje metody ich realizacji. Rekordowa objętość świeżo opracowanych podstaw programowych jeszcze bardziej – w stosunku do krytykowanych przecież za drobiazgowość podstaw z reformy Zalewskiej – ogranicza przestrzeń dla autorskich rozwiązań programowych. Jedynym spektakularnym otwarciem przestrzeni dla autonomii w tych projektach jest ograniczenie listy lektur obowiązkowych na rzecz dużego wyboru pozycji rekomendowanych.
Symbolem sprzeczności deklaracji i działań mogą być słowa ministry na temat nowego pomysłu – tygodnia projektowego.
(…) taki właśnie jest cel wprowadzenia do szkół tygodnia projektowego, podczas którego uczniowie będą realizować interdyscyplinarne przedsięwzięcia. - To będzie stymulować sprawczość młodzieży i umiejętność pracy zespołowej, która jest fundamentem przyszłego życia w świecie zawodowym, społecznym - mówiła Nowacka. Dodała, że takie rozwiązanie umożliwi wykorzystanie pełnej wiedzy nauczycielek i nauczycieli oraz odda im autonomię.
Naprawdę trudno dociec, jak narzucone odgórnie w formule tygodniowej zajęcia projektowe mogą „oddać autonomię nauczycielom”?!
No i mamy pat!
Bez poczucia autonomii, w atmosferze lęku przed odpowiedzialnością za decyzje podejmowane w codziennej pracy, szkoły stają się toksycznym środowiskiem pracy dla nauczycieli, a przez to też gorszym miejscem dla uczniów. Z drugiej strony brak zaufania społecznego nie jest jedynie wynikiem działań MEN, ale po prostu jednym z przejawów kryzysu życia społecznego, z jakim borykamy się na wielu polach. Najbardziej prawdopodobny scenariusz, to dalszy uwiąd instytucji szkoły. Sytuacji nie poprawi kreowanie przez władze nowych oczekiwań i nadziei, jak choćby na sukces edukacji włączającej. Tego sukcesu nie będzie, bo wymagałoby to nie tylko pomysłu – przyjmijmy nawet, że jest, ale także potężnych środków finansowych na wdrożenie – a tego nie ma na pewno. Działamy cały czas „po taniości”, co tylko potwierdza starą mądrość, że słowa są najtańsze.
Nie wiem, jak można wybrnąć z obecnej sytuacji, i czy w ogóle można, ale jestem pewny, że reforma „Kompas Jutra” nie wychodzi naprzeciw żadnej istotnej przyczynie panującego kryzysu.
Dodaj komentarz
Skomentował Włodzimierz Zielicz
100/100
Z jedną uwagą - hiperszczegółową konstrukcję min.Zalewska przejęła z konstrukcji firmowanej i wprowadzonej przez prof.prof. Konarzewskiego&Marciniaka za czasów min. Hall. Konarzewski uzasadniał tę szczegółowość w ISP 20 lat temu tym, że szczegółowe wdrożenie takiego dostojnego dokumentu jak rozporządzenie ministra(którym są podstawy!) musi być kontrolowane :-( Wcześniejsze podstawy z reformy Handkego były 10 razy mniej szczegółowe ...
Skomentował Ppp
Trudno się odnieść, bo komentarz mógłbym napisać do każdego akapitu i wyszedłby długaśny elaborat.
Najprościej będzie chyba podzielić się doświadczeniem: chodziłem do szkół, kiedy nauczyciele w nich rządzili i decydowali. To NIE było dobre - zbyt wiele zależało od osobowości danego człowieka. Jak nauczycielka była np. złośliwa albo rozstrzeliwała połowę klasy jedynkami - była nie do ruszenia.
A przecież nauczyciel jest ODPOWIEDZIALNY za los uczniów, jego decyzje mają często silny wpływ na ich dalsze życie. Dlatego oczywiste jest dla mnie, że w przypadku jakichkolwiek wątpliwości powinien się tłumaczyć ze swoich decyzji i działań - w niektórych przypadkach nawet bez wezwania (np. chęć zostawienia ucznia na drugi rok).
Pozdrawiam.
Skomentował Włodzimierz Zielicz
@Ppp
1.Nauczyciel/szkoła dokonując niezwykle(!) rzadkiej operacji pozostawienia na drugi rok musi ją baaaardzo szczegółowo uzasadnić. Więc - trochę WIEDZY proszę ...
2. Jest sporo zawodów np. lekarz czy sędzia, gdzie zła decyzja złego człowieka (a nie wszyscy są dobrzy - bywają tam przestępcy, narkomani, odchyleni psychicznie itd.) może nawet, w przeciwieństwie do niesprawiedliwej subiektywnie jedynki czy uwagi zniszczyć życie. Tym niemniej pomysły zabrania im możliwości decydowania przyniosłyby zdecydowanie GORSZE skutki ... ;-)
Skomentował Włodzimierz Zielicz
Prof. Śliwerski o PRAWDZIWYCH źródłach "reformy" Nowackiej&Jakubowskiego :-( https://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2026/02/reforma26-kompas-jutra-to-ukryta.html
Skomentował Włodzimierz Zielicz
Prof. Śliwerski o PRAWDZIWYCH źródłach "reformy" Nowackiej&Jakubowskiego :-( https://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2026/02/reforma26-kompas-jutra-to-ukryta.html
Skomentował Joanna Stróżyk
Inspirujące przemyślenia! I rzeczywiście pat. Badacze, reformatorzy, specjaliści i politycy (ALE tacy utopijnie mądrzy i wszechwiedzący)- mogą chcieć naprawś system odgórnymi wytycznymi. Mają swój plan. Na nieszczęście- każdy inny. Ale im bliżej jesteśmy dziecka, jego możliwości i potrzeb, sytuacji rodzinnej, grupy społecznej, specyfiki szkoły tym bardziej wiemy, że nie ma jednej recepty na DOBRĄ edukację. Dlatego mimo wszystko większą nadzieję widzę w oddolnych inicjatywach, gdzie to nauczyciele, rodzice, dyrektorzy, społeczności szkolne wprowadzają dobre zmiany. I to o tych na dole drabiny władzy trzeba edukować, żeby te zmainy były jak najlepsze. Ale, żeby to się udało autonomia jest niezbędna.
Z drugiej strony odgórne zmiany są ratunkiem dla tonących w pruskim systemie jednostek i wypalonych nauczycieli. System kontroli kuratoryjnej też teraz zmienił się w system wsparcia szkół (przynajmniej z deklaracji organów nadzorujących). Może to jakaś opcja?
Prowadzę małą szkołę nastawioną na rozwój logicznego myślenia i kompetencji społecznych u dzieci. I nawet w małym zespole zaangażowanych nauczycieli mam niekiedy wątpliwości dotyczące dla mnie oczywistej autonomii nauczycieli. Jesteśmy społecznością, musimy mieć wspólny plan działania. Zgodny z założeniami szkoły. Jednocześnie każdy pedagog jest inny i ma inną klasę i różne dzieci. Sztywne narzucanie metod pracy nie jest rozwiązaniem, moim zdaniem.
A jednocześnie spójrzmy na obecne tendencje do sieci szkół prywatnych, programów zajęć pozalekcyjnych opartych na franczyach itp. Czy jeden scenariusz, nawet najlepszy, na pewno da się skutecznie wdrożyć w każdej grupie i w każdych warunkach?
A rodzice i dzieci rzeczywiście teraz nie dość, że mają własne zdanie (znowu- każdy inne), to potrzebują wyjaśnienia każdej decyzji czy zachowania. Nie ma co się na to złościć już, po prostu nauczyć się klarownej komunikacji i z uśmiechem wchodzić w zmieniający się świat.