Blog
Aby myśleć, trzeba mieć o czym!
(liczba komentarzy 2)
Problem braku szacunku dla wiedzy, o którym dzisiaj napiszę, pojawił się w polu mojego widzenia piętnaście lat temu, za sprawą artykułu Adama Leszczyńskiego „Tresowanie inteligenta” (Gazeta Wyborcza, 11-12 czerwca 2011 r.). Oto krótki fragment, dotyczący siedemnastoletniego ucznia bardzo dobrego warszawskiego liceum:
„(..) miły, zdobywający same szóstki młody człowiek nie potrafi znaleźć na mapie Paryża. Wie dużo różnych rzeczy, oczywiście. Ale ma równocześnie zadziwiające luki w sprawach, które kiedyś uchodziły za elementarz.
Taka niewiedza – słyszę od znajomych nauczycieli akademickich – już nie kompromituje. Nie jest obciachem. Jeśli zgred (niech będzie, że 30-letni) zdumiewa się, że student nie wie, gdzie jest Paryż, młody człowiek najczęściej nie rozumie, o co chodzi”.
Być może miałem już wcześniej w podświadomości podobne spostrzeżenia, w każdym razie cały artykuł wywarł na mnie duże wrażenie i pobudził do działania. W efekcie podjęliśmy w gimnazjum próbę postawienia piedestału dla erudycji, w postaci projektu „Niezbędnik inteligenta”. Chodziło o stworzenie bazy (jeszcze nie internetowej, tylko na fiszkach) kilkuset pojęć z różnych dziedzin, które każdemu wykształconemu człowiekowi nie powinny być obce.
Niestety, wobec konkurencji internetu nasz zapał szybko wygasł i projekt zakończył się fiaskiem po stworzeniu zaledwie czterdziestu fiszek. Na ironię losu, najlepiej zachowały mi się w pamięci pojęcia, które uczniowie umieścili w stworzonym równolegle, dla żartu, „Zbędniku inteligenta”, gromadzącym pojęcia całkowicie, ich zdaniem, niewarte zapamiętania. No i do dzisiaj pamiętam, co to jest bujatryka, paleomeander, pneumatofor, dojrzałość omłotowa i Afik – pogromca przędziorków…
Trzeba było ogólnoświatowego tąpnięcia w ogłoszonych ostatnio wynikach testów PISA, by pojawiły się w naszym kraju symptomy zwątpienia w coraz bardziej popularny od tamtych czasów pogląd, że szkoła uczy rzeczy niepotrzebnych. Że nie powinna wymagać wiedzy pamięciowej, bo ta w epoce internetu jest passé. Że w nowoczesnej edukacji należy przełożyć akcent z posiadania wiadomości na rozliczne kompetencje, oczywiście z uwzględnieniem możliwości, jakie niosą nowe technologie. W komentarzach do wyników PISA zagościł nagle, jako przykład pozytywnej tendencji, brytyjski pomysł przywrócenia w szkole należnego miejsca klasykom literatury. Pojawiła się również zaduma nad wyraźnym spadkiem w rankingu ubóstwionych w Polsce Finów, których w ostatnim dziesięcioleciu traktowaliśmy niczym wzorzec metra w edukacji.
Dobrze się stało, że trochę zimnej wody spłynęło na rozpalone głowy pedagogicznych progresywistów, bowiem edukacja, jak mało która dziedzina życia społecznego, powinna być lekko konserwatywna – nowe idee, nawet obiecujące, przed uszczęśliwieniem wszystkich i wszędzie winny wykazać swoją wartość w pilotażu. A jeszcze lepiej, by była różnorodna, tak jak różni są jej interesariusze: jednostki, czy całe lokalne społeczności.
Czy w świetle tego warto podjąć próbę przywrócenia wiary w sens zdobywania różnorodnej wiedzy? A jeśli tak, czy jest to w ogóle możliwe?!
* * *
Bardzo irytuje mnie twierdzenie, że cała wiedza jest dzisiaj na wyciągnięcie ręki, dostępna w internecie. Z jednej strony jest ono prawdziwe, bo znakomitą część dorobku intelektualnego ludzkości udało się już wtłoczyć w krzemowe kości pamięci. Równocześnie jednak jest bałamutne i edukacyjnie nieodpowiedzialne, bo „wyciągnięcie ręki” sugeruje młodzieży czynność lekką, łatwą i przyjemną, a przy tym niewymagającą żadnych kwalifikacji. Tymczasem to nieprawda!
Przywołam w tym miejscu uwagę mojej mentorki z zakresu dydaktyki, śp. prof. Alicji Siemak-Tylikowskiej, która kiedyś stwierdziła, że „aby myśleć, trzeba mieć o czym”. No właśnie! Na nic będą najbardziej nawet wyszukane kompetencje, jeśli zabraknie im paliwa, jakim jest wystarczający zasób wiadomości. Tych operacyjnych, zapisanych w mózgu, potencjalnie dostępnych, gdy pojawi się taka potrzeba. Tymczasem dzisiaj, w epoce sztucznej inteligencji, jeszcze bardziej niż przed laty jesteśmy podatni na lekceważenie wartości tego osobistego zasobu. Choć i mnie zadziwia potencjał nowej technologii, to widzę jej ograniczenia. A właściwie ograniczenia, na jakie napotka użytkownik nieposiadający wystarczającej wiedzy.
Jestem mało wprawnym użytkownikiem AI. Podziwiam tych, którzy z powodzeniem angażują ją do tworzenia grafiki, filmów, programów komputerowych i znajdują wiele innych jej pożytecznych zastosowań, choć nie czuję w sobie ognia, by iść w ich ślady. Pozostaję na poziomie prostych zapytań, które zadaję, zbierając materiały do kolejnych artykułów, albo poszukując informacji – głównie prawnych – przydatnych w mojej codziennej pracy dyrektora szkoły. Poziom zaawansowania jako użytkownika AI plasuje mnie zatem, co najwyżej, gdzieś w środku stawki… nastolatków. Mimo zbliżonej perspektywy widzę jednak to, czego młodzi ludzie mają prawo jeszcze nie dostrzegać – jak ogromne znaczenie dla oceny wiarygodności otrzymywanych informacji ma ogólna znajomość materii, o którą pytam.
Banalny przykład z ostatnich dni – otrzymałem od pracownika zaświadczenie z ZUS, że przed podjęciem etatowej pracy w szkole, prowadził działalność gospodarczą i opłacał składki na ubezpieczenie społeczne. Z sugestią, że zmieniły się przepisy i ten okres należy doliczyć do tzw. wysługi lat, a to ma konkretne przełożenie na wysokość wynagrodzenia. Postanowiłem upewnić się w tej kwestii, pytając Copilota. Model językowy mało wyrafinowany, bezpłatny, no ale nie wszyscy mają wykupiony dostęp do najlepszych okazów sztucznej inteligencji. Zapytałem, czy staż w działalności gospodarczej liczy się do wysługi lat. Otrzymałem długi wywód, uzupełniony odnośnikami do przepisów, że nie. Bardzo przekonujący. Zakładając jednak, że pracownik raczej nie wprowadziłby mnie w błąd, poprosiłem jeszcze o poszukanie najnowszych regulacji w tym zakresie. No i… bingo!
„Tak, i dziękuję za dopytanie. Moja poprzednia odpowiedź była poprawna dla stanu prawnego obowiązującego do końca 2025 r., ale od 2026 r. nastąpiła istotna zmiana.”
Z dalszego wywodu jednoznacznie wynikło, że pracownik miał słuszność – od stycznia bieżącego roku przepisy się zmieniły i staż w działalności gospodarczej dolicza się obecnie do wysługi lat.
Przykład na pewno nie jest spektakularny, ale pokazuje, że orientacja w materii, której dotyczy pytanie, zwiększa szansę na trafną ocenę wartości analizy dokonanej przez AI. Oceniam, że tylko w połowie pytań zadawanych Copilotowi w kwestiach fachowych otrzymuję od razu w właściwe odpowiedzi. W pozostałych muszę dopytać, prosić o uściślenie, słowem wejść w dodatkową interakcję, opierając się na posiadanej wiedzy, ewentualnie powiązanej z nią intuicji.
W wypowiedzi Andreasa Schleichera, szefa programu PISA, zacytowanej przez red. Aleksandrę Pezdę w „Newsweeku” („Polska na dopingu sześciolatków” – 14-20.09.2026), padło:
„Uczniowie coraz rzadziej myślą głęboko i oddzielają sygnał od szumu. Słabną umiejętności szczególnie potrzebne w epoce sztucznej inteligencji: ocena wiarygodności informacji, łączenie źródeł i krytyczne czytanie”.
No to ja pozwolę sobie dopowiedzieć – wszystkie te umiejętności wymagają posiadania operacyjnej wiedzy. Im bardziej jest ona różnorodna, tym większą kompetencję krytycznego myślenia/oceny wiarygodności informacji ma człowiek. Dlatego bardzo proszę, przestańmy epatować młodych twierdzeniem, że szkoła uczy rzeczy niepotrzebnych, na co oni często powołują się, gdy muszą podjąć wysiłek, by zdobyć informacje i je zapamiętać. Nie bójmy się ocenić negatywnie bierności poznawczej, czyli, po prostu, niewykonania wymaganej pracy. Z drugiej strony, dawajmy dowody uznania młodym erudytom.
W najdoskonalszej emanacji społeczeństwa, jaką stanowią elity polityczne, widać wyraźnie, że ignorancja ma się dzisiaj świetnie, co przynosi konkretne szkody. Uważam to za porażkę edukacji, ale mimo wszystko, tylko ona daje nadzieję na poprawę obecnego stanu rzeczy. Odpowiadam zatem na swoje pytanie – tak, warto podjąć próbę przywrócenia wiary w sens zdobywania różnorodnej wiedzy! A czy jest to możliwe…? No cóż…, warto sprawdzić! Może, na początek, odsunąć polityków od władzy w Ministerstwie Edukacji Narodowej na rzecz osób kompetentnych w tej materii?!
* * *
Na zakończenie dygresja na marginesie ogłoszenia wyników testów PISA. Wśród wskazywanych w debacie publicznej możliwych przyczyn ogólnoświatowego tąpnięcia ich poziomu brakuje tej, która wydaje mi się oczywista – skutków nauki podczas pandemii COVID. One nie ujawniły się w roku 2022 – bowiem testowani w 2021 roku piętnastolatkowie nie zdążyli do tego czasu zbyt wiele stracić na skutek zdalnego nauczania - fundamenty ich wykształcenia powstały wcześniej. Uczniowie badani cztery lata później spędzili na „zdalnym” czas edukacji w wieku lat 9-11, który jest bardzo ważny w perspektywie dalszego rozwoju, zarówno w kontekście intelektualnym, jak i społecznym. Myślę, że w populacji, która była w owym czasie w Polsce w klasach początkowych, tąpnięcie byłoby jeszcze bardziej zauważalne, bo jest to etap kluczowy rozwojowo. Niestety, badanie w 2029 roku tego już nie zweryfikuje. My, w każdym razie, w szkole, zwróciliśmy uwagę, jak trudno było obecnym ósmoklasistom rozwinąć skrzydła po powrocie do normalnej nauki, a skutki tego dają się zauważyć do dzisiaj.
Dodaj komentarz
Skomentował Włodzimierz Zielicz
W Internecie dostępna jest nie WIEDZA, ale INFORMACJE, które jeszcze trzeba UMIEĆ WYKORZYSTAĆ ... ;-)
Skomentował Aleksander
"Granice mojego języka są granicami mojego świata." Takie "widzę świata koło..." A język składa się ze słów, pojęć które są dla mnie wypełnione treścią i kontekstem.