Blog

Zadowolenie rodziców jako miara jakości szkoły

(liczba komentarzy 9)

   Potężne zamieszanie, jakie w związku ze strajkiem nauczycielskim powstało wokół kwietniowych egzaminów, niejako przy okazji wyzwoliło dyskusję na temat samego sensu ich przeprowadzania. Ja też zabrałem w niej głos, w artykule na temat testomanii, opowiadając się za zniesieniem powszechnego egzaminowania. Uzupełniając tamten wywód dodam jeszcze w tym miejscu, że mimo tak krytycznego spojrzenia uznaję sens utrzymania obecnej formy egzaminu maturalnego, bowiem jest on adresowany tylko do części młodych ludzi, w szczególności aspirujących do wyższych studiów. Co do wcześniejszych etapów nauki uważam natomiast, że nie od rzeczy byłoby stworzenie systemu dobrowolnych testów z niektórych przedmiotów nauczania, wzorowanego na certyfikatach językowych (typu KET, PET albo FCE z języka angielskiego). To jednak temat do przemyślenia w mniej ciekawych czasach.

   Póki co, lobby zwolenników testów utrzymuje, że stanowią one najlepsze, a właściwie jedyne narzędzie pozwalające ocenić i porównać poziom nauczania w różnych szkołach, jak również efekty pracy poszczególnych nauczycieli. Nie zgadzam się z tą opinią, ale nie będę jeszcze raz powtarzał argumentów zapisanych w przywołanym wyżej artykule. Zaprezentuję natomiast alternatywę, narzędzie, które sam wymyśliłem i przetestowałem. Uważam, że mogłoby ono z powodzeniem służyć jako powszechny wskaźnik jakości, wspierając równocześnie uspołecznianie systemu edukacji.

   Bez wątpienia, jakość różnych szkół budzi powszechne zainteresowanie. Pytają o nią rodzice i starsi uczniowie. Nieustannie analizują ją rady pedagogiczne. Interesuje ona organy prowadzące, czyli samorządy terytorialne oraz osoby prawne i fizyczne pełniące taką rolę. Stanowi wreszcie przedmiot szczególnej troski państwa, utrzymującego aparat kontrolny wyspecjalizowany w jej nadzorowaniu.

   Nie będę tu przypominał systemu ewaluacji wewnętrznej, jaki kilka lat temu dostarczył mnóstwo ciężkiej, nikomu niepotrzebnej roboty, angażując całe społeczności szkolne i zastępy przeszkolonych ewaluatorów, co zaowocowało wysypem sztampowych raportów, z których niewiele wynikało. Skończyły się fundusze, skończyła się owa radosna działalnosć, przynajmniej w tej formie i pewnie tylko na czas jakiś (chęć kontrolowania jest stara jak świat i z pewnością nie zaniknie w kolejnych pokoleniach urzędników). Na dzisiaj wskaźnikiem najłatwiej dostępnym dla opinii publicznej, a także rodziców, uczniów i organów prowadzących, są niewątpliwie rezultaty egzaminów zewnętrznych.

   W sensie użytkowym miara ta ma same zalety: wyraża się co najwyżej kilkoma liczbami, posiada punkt odniesienia, którym jest średnia (do wyboru: ogólnopolska, wojewódzka, powiatowa, gminna), pozwala łatwo umieścić daną placówkę w szeregu jej podobnych. Niestety, w sensie pedagogicznym posiada równie wiele wad. Egzaminy zewnętrzne, ze względu na swój testowy charakter, sprawdzają jedynie część kompetencji intelektualnych ucznia, całkowicie pomijając jego kreatywność i kompetencje społeczne – ich wyniki budują więc wysoce niepełny obraz efektów pracy szkoły. Rozrastający się system egzaminów jest źródłem niezwykle szkodliwego dla edukacji zjawiska testomanii. Przejawia się ono, między innymi, nadmierną koncentracją nauczycieli na przygotowywaniu uczniów do testów, wzrastającą konkurencją pomiędzy szkołami o uczniów najbardziej uzdolnionych, rokujących najlepszy wynik na egzaminie (przy ograniczeniu oferty dla uczniów słabszych) wreszcie sprowadzaniem oceny pracy nauczyciela do wyniku egzaminacyjnego jego uczniów. Ten wskaźnik jest po prostu szkodliwy. Ponieważ jednak opinia publiczna potrzebuje jakiegoś wyznacznika jakości szkoły, powstaje pytanie o alternatywę.

   Nie zaproponują jej władze oświatowe. System egzaminów zapewnia stały dopływ danych, pozwalających tworzyć podsumowania, diagnozy oraz wytyczać kierunki działania. Z punktu widzenia urzędników wszelkie przejawy testomanii są, w najgorszym razie, drobną niedogodnością niezwykle wygodnego systemu. Aby znaleźć alternatywny wskaźnik jakości pracy szkoły trzeba zatem odejść od zakorzenionego w społecznej świadomości przekonania o wyłącznej odpowiedzialności państwa za powszechną edukację.

   A gdyby tak powierzyć ocenianie pracy szkoły ludziom najbardziej zainteresowanym jej najwyższą jakością, czyli rodzicom uczniów?

* * *

   Miejsce i rolę rodziców w systemie edukacji określają zapisy ustawowe. Mają oni wpływ na życie szkoły za pośrednictwem organów przedstawicielskich: rady szkoły i rady rodziców. Uprawnienia obu ciał są jasno określone i wydają się wystarczające, aby mogły one wywierać realny wpływ na funkcjonowanie placówki, a równocześnie na tyle ograniczone, by nie grozić paraliżem pracy dyrekcji. Oczywiście praktyka może być różna, ale to już zależy od ludzi, a nie tylko od przepisów. Obecny stan prawny uważam pod tym względem za całkiem zadowalający, ale również nie widzę żadnego powodu, by rodzice nie mogli uzyskać realnego wpływu na formalną ocenę pracy szkoły. Sądzę, że warto umożliwić im wyrażenie prostej opinii, jak oceniają pracę „swojej” placówki. Określiłbym ją mianem wskaźnika poziomu satysfakcji.

   Większość rodziców ma jakieś oczekiwania wobec szkoły swojego dziecka. Wielu aktywnie poszukuje najlepszej dla niego placówki. Wszędzie, gdzie istnieje wybór choćby pomiędzy dwiema szkołami na tym samym poziomie kształcenia, istnieje też nieformalna giełda opinii, która z nich jest lepsza i pod jakim względem. Moja propozycja polega na stworzeniu możliwości zebrania tego typu opinii i podania ich w sposób uporządkowany do publicznej wiadomości.

   Proponuję coroczne badanie poziomu zadowolenia rodziców uczniów kończących szkołę. Oni mają najpełniejszy ogląd sytuacji i oni jedyni w swojej opinii mogą wziąć pod uwagę także wynik egzaminacyjny dziecka. Jako narzędzie badawcze proponuję prostą w formie, anonimową ankietę, wypełnianą w ciągu kilku dni poprzedzających zakończenie roku szkolnego. Zadaniem respondenta byłoby określenie, w skali ocen szkolnych od 1 do 5 (z ewentualnymi „plusami”), poziomu swojego zadowolenia w sześciu obszarach, których nazwy mówią same za siebie: nauczanie, praca wychowawcza, organizacja życia szkoły, relacje międzyludzkie, oferta szkoły, bezpieczeństwo. Ten zestaw parametrów z pewnością nie wyczerpuje wszystkich możliwości, ale w badaniu nie chodzi o sporządzenie monografii placówki, ale poznanie opinii o niej, opartej na możliwie najprostszym schemacie. Jako siódmy i ostatni punkt ankiety proponuję określenie w tej samej pięciostopniowej skali ogólnego poziomu zadowolenia rodzica z pracy szkoły i jej efektów w ciągu lat nauki dziecka.

   Ankietę, której wzór zamieszczam na końcu artykułu, może przeprowadzić dyrekcja szkoły, choć zapewne z korzyścią dla wszystkich byłoby, gdyby ciężar jej organizacji wzięła na siebie rada rodziców albo rada szkoły, w której zasiadają wszyscy żywotnie zainteresowani jej wynikami. Organizacyjnie wymaga powielenia i rozkolportowania, w najgorszym razie, kilkuset dwustronnicowych druków, stworzenia możliwości wrzucenia ich do zamkniętej urny, policzenia odpowiedzi i ogłoszenia wyników. Rzecz możliwa do zrobienia w każdej placówce, szczególnie, że z pewnością błyskawicznie pojawiłby się również stosowny moduł w dziennikach elektronicznych.

   Można z góry założyć, że z różnych względów nie wszyscy rodzice wypełnią ankietę, podobnie jak nie wszyscy obywatele chodzą na wybory. Jeśli jednak zabierze głos chociaż połowa, co wydaje się dość realne (szczególnie jeśli zaangażuje się w to jedna ze szkolnych rad), to wynik będzie można uznać za miarodajny.

   Sugerowane przeze mnie rozwiązanie ma jedną fundamentalną przewagę nad zastosowaniem wyniku egzaminacyjnego jako miary jakości pracy szkoły. Otóż z założenia dopuszcza możliwość uzyskania przez wszystkie placówki wysokiej oceny. Nie odnosi bowiem poziomu satysfakcji rodziców w danej szkole do jakiejkolwiek średniej, tylko odzwierciedla ją w sposób bezwzględny. Ponadto uwzględnia obszary niedostępne badaniu za pomocą testu egzaminacyjnego, a przez to umożliwia uzyskanie wysokiej oceny placówkom, które dobrze troszczą się o słabszych uczniów. Wysoki poziom zadowolenia rodziców może stać się wiarygodną rekomendacją dla osób stojących przed wyborem szkoły, nawet jeśli jej miejsce w rankingu egzaminacyjnym będzie odległe. Jeżeli odpowiednio dużo szkół, publicznych i niepublicznych, zaczęłoby przeprowadzać taki pomiar i publikować jego wyniki, w sposób „oddolny” wszedłby do praktyki szkolnej jako nowy wskaźnik jakości w edukacji.

-----------------------------------------

   Szanowni Rodzice! Wasze dziecko kończy naukę w Szkole Podstawowej nr ….. w ……………………. Z tej okazji zwracam się do Was z prośbą o wypełnienie krótkiej ankiety służącej określeniu poziomu satysfakcji z pracy naszej Szkoły i uzyskanych efektów dydaktyczno-wychowawczych.

   Niniejsza ankieta zawiera sześć wskaźników szczegółowych, dotyczących różnych aspektów pracy Szkoły, oraz jeden wskaźnik uogólniony. Wszystkie można ocenić w skali od 1 (brak satysfakcji) do 5 (pełna satysfakcja), z możliwością wskazania stanów pośrednich (co 0,5 pkt.). Wyboru dokonuje się poprzez wypełnienie (zamalowanie) kółka odpowiadającego właściwej ocenie.

   Ankieta jest anonimowa. Wypełnioną bardzo proszę wrzucić do opieczętowanej skrzynki znajdującej się w holu głównym Szkoły. Skrzynka będzie również dostępna w sekretariacie Szkoły do dnia 30 czerwca. Aby wyniki ankiety były miarodajne niezbędne jest wypełnienie jej przez większość rodziców, zatem gorąco do tego zachęcam i bardzo proszę o współpracę.

Dyrektor SP nr ..... w ......................
-----------------------------------
NAUCZANIE - zdobywanie wiedzy i umiejętności, poznawanie świata, rozwój zainteresowań poznawczych, umiejętność organizowana własnej nauki, wyniki nauczania wyrażone ocenami szkolnymi, wynik egzaminu po ósmej klasie, efekty w nauczaniu języka obcego, inne osiągnięcia w dziedzinie nauki.

Stopień satysfakcji rodziców:

PRACA WYCHOWAWCZA - kształtowanie postawy ucznia w myśl deklarowanych wartości (aktywność, odpowiedzialność, współpraca) oraz rozwijanie jego umiejętności społecznych w toku życia szkoły, różne formy oddziaływań wychowawczych (praca z grupą dzieci, kontakty indywidualne z dzieckiem).

Stopień satysfakcji rodziców:

ORGANIZACJA ŻYCIA SZKOŁY – przepływ informacji, organizacja lekcji, zajęć dodatkowych oraz zajęć pozalekcyjnych, także w dniach wolnych, czytelność obowiązujących reguł i ich przestrzeganie na co dzień, obsługa administracyjna.

Stopień satysfakcji rodziców:

RELACJE MIĘDZYLUDZKIE – atmosfera w relacjach rodzice-pracownicy szkoły, pracownicy szkoły-dzieci, relacje pomiędzy dziećmi i pomiędzy rodzicami, w klasach i w całej szkole.

Stopień satysfakcji rodziców:

OFERTA SZKOŁY – zakres i różnorodność oferty kierowanej do dzieci oraz kierowanej do rodziców, wychodzenie naprzeciw potrzebom dziecka i ich zaspokojenie, wychodzenie naprzeciw indywidualnym potrzebom rodziców.

Stopień satysfakcji rodziców:

BEZPIECZEŃSTWO – zapewnienie dzieciom bezpieczeństwa podczas zajęć organizowanych przez szkołę, poczucie bezpieczeństwa u dzieci, poczucie bezpieczeństwa u rodziców. 

Stopień satysfakcji rodziców:

OGÓLNY POZIOM EFEKTÓW PRACY DYDAKTYCZNO-WYCHOWAWCZEJ ORAZ DZIAŁALNOŚCI OPIEKUŃCZEJ W SZKOLE:

 

------------------------------

 

A tak może wyglądać graficzna prezentacja efektów przeprowadzonego badania:

 

 

Wróć

Dodaj komentarz

Skomentował Magdalena

Panie Jarosławie,
żeby taka ankieta mogła mieć sens, należałoby założyć, że rodzice zrozumieją zadane w niej pytania, a z tym może być różnie. Owszem - w szkołach miejskich znajdzie się grupa rodziców mających wysokie kompetencje czytelnicze i solidny kapitał kulturowy, ale w małych miejscowościach może być różnie. Mam za sobą doświadczenia przeprowadzania wielu ankiet o różnorodnej tematyce i często zdarzało się, że rodzice niewłaściwie interpretowali zadane pytania, bo zwyczajnie nie rozumieli, o co są pytani.

Jest jeszcze jeden wątek w poruszonym przez Pana temacie: istnieje możliwość, że szkoły prywatne (=płatne) będą z zasady oceniane lepiej, bo może się tu pojawić efekt utopionych kosztów w sensie dosłownym - ludzie są skłonni bardziej pozytywnie oceniać to, za co wcześniej musieli zapłacić, w stosunku do tego, co zostało im dane za darmo (chodzi o uniknięcie dysonansu poznawczego). U mnie w szkole taka sytuacja ma miejsce np. w zakresie nauczania języka angielskiego: koleżanka - kompetentna anglistka - oferuje darmowe "douczki", na które nikt nie przychodzi, bo wszyscy ganiają na prywatny angielski, prowadzony przez firmę zatrudniającą osoby tuż po maturze. Uważam, że rodzice nie są w stanie obiektywnie ocenić jakości pracy szkoły, bo kieruje nimi interes osobniczy, a szkoła jest z zasady instytucją kolektywną.
Niemniej, dziękuję za ciekawy głos i okazję do refleksji nad ważnym problemem.

Skomentował Xawer

Sam Pan podlega dokładnie takiej ocenie jakości swojej szkoły: jej jakość wprost mierzalna jest ilością czesnego, jaką rodzice z własnej woli za nią płacą. Zarówno gotowość do płacenia wysokiego czesnego, jak i niższe czesne, ale za to szkoła pełna i nikt z niej nie zabiera swojego dziecka, są najlepszą miarą satysfakcji rodziców.
System finansowania nawet darmowych szkół przez "bony edukacyjne", coraz częstszy w Europie, jest dokładnie takim pomiarem jakości, sprawdzającym się doskonale w średnich i dużych miastach:
zadowoleni rodzice -> dużo bonów dla szkoły -> jest finansowo stabilna i uznawana za dobrą.
Rodzice przenoszą z niej dzieci gdzie indziej, a inni nie wybierają jej dla dziecka zaczynającego dopiero szkołę -> mało bonów -> szkoła bankrutuje.

Nie trzeba żadnych ankiet, ani niczego w tym stylu. Wystarczy wyciąg z konta bankowego. Jest zdecydowanie bardziej miarodajny - podobnie jak stabilność finansowa i dochodowość restauracji są lepszą miarą jej jakości, niż ankiety zadowolenia klientów (były takie za Gierka, jeśli ktoś to jeszcze pamięta).
Twarde finansowanie bonami lub czesnym ma też tę zaletę, że szkoły złe, z których rodzice nie są zadowoleni, ulegają automatycznej likwidacji i na ich miejsce pojawiają się zupełnie inne.

We Flandrii, która z takim systemem finansowania (więc i oceniania) poszła najdalej, około 85% szkół jest finansowana bonami, a bezpośrednio opłacane przez gminy są tylko "szkoły ostatniego wyboru", zwłaszcza w małych gminach, gdzie trudno o wybór szkół niezależnych.

Skomentował Magdalena

Bony edukacyjne mają sens w krajach o bardziej zwartej strukturze przestrzennej i równym dla całego społeczeństwa tempie rozwoju cywilizacyjnego. Proszę sobie wyobrazić funkcjonowanie bonów na Podkarpaciu lub Podlasiu, gdzie w promieniu kilkunastu lub kilkudziesięciu kilometrów funkcjonuje jedna szkoła. Na obszarach słabo zurbanizowanych bony nie spełnią swojej roli - nie wpłyną w żaden sposób na konkurencyjność edukacji. System bonów oświatowych mógłby się sprawdzić na trzecim/czwartym etapie edukacyjnym - tj. w szkole średniej. Dla szkół podstawowych należy wynaleźć inną metodę sprawdzenia jakości pracy szkoły, która uwzględniałaby nierównomierne zagęszczenie sieci szkół. W tej chwili jedyną szansę daje podniesienie konkurencyjności w zawodzie nauczyciela, co bez podwyżek i zwiększenia nakładów na oświatę jest niemożliwe do przeprowadzenia.

Skomentował Xawer

@Magdalena
Bony edukacyjne są opcją, nie jedynym sposobem finansowania. W zwartej Flandrii kilkanaście procent szkół jest finansowane bezpośrednio przez gminy, a bonami 85%. W bardzo rozproszonej Szwecji, w dużych i średnich miastach bonami finansowane jest 70% szkół, ale na prowincji (jeszcze słabiej zaludnionej niż Podkarpacie) to mniej niż połowa. Gminy zawsze utrzymują co najmniej tę jedną szkołę "ostatniego wyboru".

W maleńkich gminach, gdzie i tak istnieje tylko jedna szkoła, jakakolwiek ocena czy ranking jej jakości nie ma najmniejszego sensu: ta sama (jedyna) szkoła jest zarówno najgorszą jak i najlepszą. Chyba, że jest tak zła, że rodzice wolą wozić dziecko 20km do sąsiedniego miasteczka.

Wbrew pozorom system bonowy działa lepiej (obejmuje największą część szkół) właśnie we wczesnej edukacji - bo jest ona niemal jednolita, a wartość dodana szkół niepublicznych, jaką jest działanie wychowawcze, jest bardziej istotne. Dużo trudniej stworzyć konkurencję wśród mniej licznych, za to bardzo mających różne profile zawodowe szkół średnich.

Skomentował Adam

To ciekawe - czcigodny Autor, który dopiero co przedstawił się jako nieprzejednany wróg testowania, proponuje metodę ankiety składającej się wyłącznie z pytań zamkniętych dość solidnie upraszczających rzeczywistość poprzez określony, subiektywny wybór aspektów składających się na badane kategorie oraz agregowanie na jednej skali wewnątrz poszczególnych kategorii aspektów merytorycznie odległych (np. NAUCZANIE = zdobywanie wiedzy i umiejętności, poznawanie świata, rozwój zainteresowań poznawczych, umiejętność organizowana własnej nauki, wyniki nauczania wyrażone ocenami szkolnymi, wynik egzaminu po ósmej klasie, efekty w nauczaniu języka obcego, inne osiągnięcia w dziedzinie nauki). Jaka jest rzetelność (wiarygodność) takiego narzędzia pomiaru? Muszę o to zapytać. ponieważ Pan Dyrektor najwyraźniej sugeruje, że mogłoby się ono stać ankietą szerokiego użytku o skuteczności większej niż egzaminy. Może to i racja, jednak na wiarę przyjąć jej nie mogę. Poproszę zatem o dowody.

Skomentował Jarosław Pytlak

Czcigodny Autor został już w kilku miejscach zbesztany za ten niewczesny pomysł, aby zapytać rodziców absolwenta, co sądzą o szkole swojego dziecka. Krytyka dotyczyła różnych aspektów pomysłu, włącznie z potencjalną złośliwością respondentów, tudzież możliwych działań, jakie podejmowałaby szkoła, żeby przypodobać się rodzicom w perspektywie wypełniania przez nich tej ankiety. Wątpliwość, jaką zgłosił @Adam pokazuje jeszcze inny fatalny aspekt tego pomysłu, a mianowicie nieostre kryteria I niesprawdzoną wiarygodność tego pomiaru. Jako prosty człowiek Autor myślał, że skoro zapyta się ludzi, jak (subiektywnie!) oceniają szkołę pod pewnymi względami, to ich odpowiedzi ową ocenęodzwierciedlą. Ale już wiem, że będą one nieporywnywalne, w stopniu daleko większym niż wyniki egzaminów.
Uroczyście wycofuję się zatem z tego pomysłu. Trochę martwi mnie, że nie ma alternatywnych koncepcji, ale coraz częściej dochodzę do wniosku, że to już będzie zmartwienie nie moje, tylko kolejnego pokolenia :-).

Skomentował Adam

Czcigodnemu zrażonemu Autorowi:
Jedną z naszych polskich słabości, a może nawet ukrytą przyczyną wielu naszych słabości jest funkcjonowanie (raczej dysfunkcjonowanie) w parze przeciwieństw ustanowionej w XIX wieku słowami poety: „Czucie i wiara” a „mędrca szkiełko i oko”. (S. Mrożek)

Skomentował Jarosław Pytlak

@Adam - nie jestem zrażony. Myślę, że lepsze słowo, to zasmucony. Natomiast myśl Mrożka pasuje doskonale do mojej sytuacji, bo w wielu sprawach dysfunkcjonuję pomiędzy "czucie i wiara", które jest postawą mi bliską, a "szkiełko i oko", które podpowiada zdrowy rozsądek. Gdy to pierwsze dominuje, rodzą się czasem kiepskie pomysły.
Inwestycja w wiarę w człowieka jest obarczona wielkim ryzykiem. Łatwo stracić, choć stopa zwrotu w udanym przypadku jest wyjątkowo duża. (J. Pytlak) :-).

Skomentował Adam

@Jarek - wg Mrożka naszym narodowym nieszczęściem jest zestawienie przez romantycznego wieszcza tych dwóch postaw jako wykluczających się przeciwieństw. I tak to w społecznym obiegu sobie funkcjonuje od prawie 200 lat jako niemal dogmat. Tymczasem "czucie i wiarę" da się znakomicie połączyć ze "szkiełkiem i okiem" - tyle że trzeba te postawy rozróżniać (nie wykluczająco przeciwstawiać) i zdawać sobie sprawę z ich zalet i ograniczeń.
Tak więc zamiast się smucić powinieneś z dobrą wiarą nadal prowadzić swoje szkolne badania, ale też nie zrażaj się, jeśli - gdy będziesz je polecał innym - nie kwestionując Twojej intuicji, zapytają o "szkiełko i oko" ;-)

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...