Blog

Polska szkoła musi się zmienić!

(liczba komentarzy 20)

   Co do tego, że szkoła w Polsce musi się zmienić, panuje w narodzie zgoda wręcz niezwykła. Podzielają ten pogląd osoby zaangażowane w ruch Budzących się Szkół, rzecznicy szerokiego zastosowania nowych technologii w edukacji, refleksyjni pedagodzy dzielący się ze światem swoimi przemyśleniami. Także nauczyciele, których coraz bardziej uwierają nie tylko niskie płace, ale też rosnące trudności w ogarnianiu problemów dzieci i rodziców oraz bezmiar urzędowych wymagań. Również rodzice, powszechnie borykający się ze szkolną rzeczywistością swoich pociech. Uważa tak wreszcie sama pani minister Zalewska, zachwalając obecną „reformę” jako drogę wiodącą do nowej, lepszej szkoły. A jednak, zamiast powszechnego porozumienia, mamy w polskiej edukacji coś w rodzaju stanu wojennego. Niemal wszyscy są mniej lub bardziej niezadowoleni. No, może poza szefową MEN i jej współpracownikami, którzy prezentują granitowe przekonanie, że dzięki ich działaniom wyłania się właśnie z niebytu alternatywny świat oświatowego szczęścia.

   Szkopuł w tym, że powszechna zgoda dotyczy samej tylko potrzeby zmiany, co w ogóle jest znakiem czasów, bo dzisiaj każdy uważa, że trzeba uzdrowić sytuację, czy to w służbie zdrowia, czy w wymiarze sprawiedliwości, czy na osiedlowym parkingu. Dramatycznie jednak brakuje zgodności poglądów na powody zaistnienia owej potrzeby, a co za tym idzie, co konkretnie należałoby zmienić.

   Jeśli chodzi o edukację, to Budząca się Szkoła podkreśla konieczność zastosowania w praktyce najnowszych osiągnięć nauki, ze szczególnym uwzględnieniem wiedzy o tym, jak funkcjonuje mózg. Aby mniejszym wysiłkiem, za to w bardziej komfortowych okolicznościach, skuteczniej pobudzać rozwój dzieci. Rzecznicy nowoczesnych technologii uważają, że skoro nadają one obecnie kształt naszemu życiu, to i codzienna działalność szkoły powinna zostać dostosowana do tego kształtu. Nauczyciele coraz częściej czują się niedocenieni, zagubieni, a nawet stłamszeni w szkolnych realiach, podobnie zresztą jak rodzice i dzieci, traktujący szkołę jako instytucję, której zadaniem jest zaspokojenie ich potrzeb, najlepiej wszystkich. Jeśli chodzi o poglądy mrowia refleksyjnych pedagogów nie podejmuję się nawet wskazać wspólnego mianownika, poprzestanę więc na zaprezentowaniu własnego. Otóż szkoła powinna się zmienić, ponieważ w ciągu kilku ostatnich dekad całkowicie zmieniły się w społeczeństwie relacje pomiędzy dorosłymi i dziećmi.

   Cóż to oznacza?

   Sięgnijmy najpierw pół wieku wstecz. Za czasów mojego dzieciństwa świat dzieci i świat dorosłych istniały równolegle. Oczywiście przenikały się, ale tylko w pewnym stopniu. Bywały wspólne zajęcia, obowiązki do wykonania przez dzieci w domu, święta i inne uroczystości rodzinne. Szkoła pojawiała się na tym obrazku o tyle tylko, że trzeba było pochwalić się ocenami (co bywało bolesne), oraz zameldować, że praca domowa jest odrobiona. Od czasu do czasu przychodziło poczekać z niepokojem na powrót mamy lub taty z wywiadówki.

   Odkąd sięgam pamięcią nikt nie musiał mnie zabawiać. Czasem bawiłem się sam, czasem zapraszałem dzieci sąsiadów lub szedłem w gości do nich, a jeśli tylko była odpowiednia pogoda – wychodziłem na podwórko. Ono było centrum świata całej grupy małolatów, złożonej z około dziesiątki dzieciaków w różnym wieku. Razem wymyślaliśmy zabawy, przy okazji nabierając doświadczeń, zarówno fizycznych, jak społecznych.

   Z kuzynką w podobnym wieku podczas spotkań rodzinnych znikaliśmy razem w drugim pokoju, skąd wywabiało nas dopiero wezwanie na kolację lub sygnał powrotu do domu. Rodzice grali w karty i nikomu z nich nie przychodziło do głowy, by sprawdzać, jak się bawimy. Podobnie zresztą jak nam, by zawracać im głowę czymkolwiek. Mieliśmy zawsze więcej pomysłów niż czasu na ich realizację.

   Podobnie było w szkole. Lekcje lekcjami, nauczyciele nauczycielami, ale grupa rówieśnicza funkcjonowała autonomicznie. Stosowanie się do prostych reguł bezpieczeństwa, określonych przez dorosłych, na których straży stały zresztą raczej panie woźne, niż nauczyciele, zapewniało nam całkiem spory zakres swobody. Razem z kolegą z podstawówki, z którym wspólnie spędzałem tegoroczne ferie, doszliśmy do zgodnego wniosku, że w wewnętrznym życiu naszej społeczności uczniowskiej rodzice ani nauczyciele nie istnieli. Ewentualne ingerencje ograniczały się do poskramiania wyjątkowych łobuzów, ale sami też wiedzieliśmy, że nie należy ich naśladować, a najlepiej schodzić im z drogi. I tę wiedzę potrafiliśmy roztropnie stosować.

   Proszę nie zakładać, że upływ czasu idealizuje wspomnienia. Nie piszę, że było mi w tym wszystkim dobrze albo źle – relacjonuję tylko, jak było. Zdarzyło się, że kolega z klasy wyzwał mnie na „solówkę”. Tego typu rozprawy odbywały się zazwyczaj za osiedlową górką, z dala od oczu osób dorosłych. Mimo groźby solidnego manta, bo kumpel był silniejszy i zaprawiony w takich bojach, nawet nie pomyślałem, że mógłbym szukać pomocy u rodziców czy nauczycieli. Problem był wyłącznie mój, zresztą (patrząc z perspektywy czasu) solidnie na niego zapracowałem. Rozwiązanie musiało być również wyłącznie moje. To, że ułagodziłem kolegę i uniknąłem lania, dobrze świadczyło o mojej dyplomacji i kreatywności, jakkolwiek mama nigdy nie dowiedziała się o tym akurat powodzie do dumy ze swojego syna. Swoich małych tajemnic przed dorosłymi miałem zresztą więcej i nikt nigdy nie próbował mi ich wydzierać.

   W tych zamierzchłych czasach, o których teraz piszę, dzieci nie wchodziły w drogę dorosłym, a ci sprawowali swoją władzę w stopniu ograniczonym do spraw najważniejszych: aby były grzeczne i dobrze się uczyły. One odpłacały respektem, który zresztą rozciągał się także na osoby obce. Postrachem naszej bandy podwórkowej był pewien starszy pan z pierwszego piętra, który pilnował ze swojego balkonu, żebyśmy nie grali w piłkę pomiędzy kwiatkami na osiedlowej rabatce. Chociaż poruszał się o kulach i żadną miarą nie byłby w stanie nas dogonić, byliśmy więcej niż pewni, że jeśli poskarży rodzicom, to w domu będą bęcki. Dorośli byli wtedy bardzo solidarni.

   Relacje dzieci i dorosłych w domu i w szkole były podobne. Dzięki temu świat dzieci był spójny, a szkoła nie stanowiła w nim żadnego dysonansu, choć niewątpliwie pod wieloma względami była jeszcze bardziej "pruska" niż obecnie.

* * *

   Trudno powiedzieć, kiedy nastąpiła zmiana. Z pewnością był to proces rozciągnięty w czasie. Dość na tym, że dzisiaj domowy świat dziecka jest niemal tożsamy ze światem dorosłych. Zniknęły podwórka i grasujące po nich „bandy” małolatów. Zamiast wzajemnych, spontanicznych sąsiedzkich wizyt, są aranżowane przez dorosłych spotkania w nielicznych chwilach wolnych od rozmaitych obowiązków. Bo współczesne dziecko na rozmaitych zajęciach, w pocie czoła buduje swoją przyszłą, indywidualną karierę i czyni to z błogosławieństwem rodziców. W domu jest partnerem, którego w wieku lat trzech pyta się, czy podobają mu się buty takie, czy może inne, w wieku lat sześciu, czy ma ochotę chodzić do tej szkoły, czy może do innej. Ze starszymi dziećmi rozmawia się o wszystkim, także o nauczycielach, którzy – dlaczego nie – również mają się podobać. Młody człowiek stał się Wielkim Recenzentem wszystkiego, co go otacza, troskliwie izolowanym od zewnętrznych recenzji jego własnej osoby, które mogłyby spowodować traumę, albo co najmniej zaburzyć poczucie własnej wartości.

   Dziecko współczesnych rodziców nie ma własnego świata. Jest przedmiotem nieustannej troski, nawet jeśli z powodu braku czasu codzienną rozmowę zastępuje szpiegujący smartwatch i lektura elektronicznego dziennika. Ma być zadbane, szczęśliwe, docenione, a powszechną presję na to chwilowo mało kto potrafi powiązać z szybko rosnącą liczbą przypadków dziecięcej depresji.

   Dlaczego nastąpiła taka przemiana, to temat na oddzielną rozprawę. Ale jest ona faktem. Po raz pierwszy zdałem sobie z tego sprawę w 2007 roku, pisząc artykuł „Dziecko w Domu Wielkiego Brata”. Rzecz była o telefonie komórkowym:

Ciągła dostępność telefonicznego "pokoju zwierzeń" sama w sobie może nadawać problemom większą rangę, niż na to zasługują, a rodzicom przysparzać dodatkowych zmartwień. Oto przykład.

Dziewczynki w wieku 11-12 lat bywają wyjątkowo wrażliwe na swoim punkcie. Bardzo łatwo im dokuczyć, urazić. Zaczynają już marzyć o księciu z bajki, tymczasem w otoczeniu mają głównie niedojrzałych emocjonalnie kolegów, którzy, jeśli nawet interesują się koleżankami, to zupełnie nie potrafią tego odpowiednio wyrazić. Niezdarne próby okazywania zainteresowania ze strony chłopców w tym wieku uzyskały nawet złośliwą nazwę „końskich zalotów”. Są to najczęściej różnego typu zaczepki, słowne lub fizyczne, które zalotnikowi wydają się śmieszne, choć dla obiektu uczuć okazują się przykre i bolesne. Zdarzają się w każdym środowisku, a doświadczenie pedagogiczne uczy, że rzadko prowadzą do jakichś długotrwałych konfliktów.

W naszym przykładzie podczas przerwy między lekcjami zdarza się właśnie taka zaczepka, wyjątkowo złośliwa. Ofiara z płaczem sięga po telefon i dzwoni do mamy lub taty. W pokoju zwierzeń opowiada o swoim nieszczęściu i słucha słów pociechy. W końcu uspokaja się i po wyłączeniu telefonu, w dziewięciu przypadkach na dziesięć, zapomina o sprawie, albo przynajmniej nabiera do niej zdrowego dystansu. W tym czasie rodzic, któremu córka przez telefon powiedziała niewiele, za to w ogromnych emocjach, pozostaje w poczuciu, że zaistniało nieszczęście. To przeświadczenie towarzyszy mu przez cały dzień, stopniowo potęgując napięcie emocjonalne. Wreszcie rodzina spotyka się w domu i… rozpoczyna się szarpanie zabliźnionej już rany. „Co powiedział?”, „Kiedy?”, „Co ty odpowiedziałaś?, „A wtedy co on zrobił?” – i tak, pytanie po pytaniu, zdarzenie z gatunku tych, które pomiędzy dziećmi zachodziły, zachodzą i z całą pewnością będą zachodzić w przyszłości, zaczyna żyć własnym życiem.

   Najgorsze jest to, że tak wychowywane dzieci autentycznie przestają radzić sobie z problemami. Naprawdę cierpią w sytuacjach, które pół wieku temu były w najgorszym razie dobrą przyczyną, by usiąść w kąciku i chwilę popłakać. Nie mają umiejętności radzenia sobie, bo nie miały gdzie i kiedy nauczyć się tego. Spowodowane brakiem podwórkowych doświadczeń deficyty w funkcjonowaniu zmysłów próbujemy nadrabiać zajęciami integracji sensorycznej. Wygląda na to, że już niedługo deficyty umiejętności radzenia sobie ze światem i samym sobą będziemy kompensować zajęciami integracji emocjonalnej. Nie używając tej nazwy nasza szkolna psycholog już zgłosiła, że takie działania wydają się jej niezbędne.

   Z trudem godzę się z opisaną tutaj zmianą. Ale nie można obrażać się na rzeczywistość. Żeby było jasne – jakkolwiek zaprezentowałem to zjawisko w kontekście domu, nie uważam, że należy obarczać winą rodziców. To tylko jeden z przejawów przemian cywilizacyjnych, które – jak uważam – powoli zaczynają nas przerastać. W rodzinach, w placówkach oświatowych, wszędzie. Konsekwencje tego powinny, między innymi, wpływać na sposób działania szkoły. Niestety, nic takiego się nie dzieje.

   O ile dzieci wyrastają dzisiaj w środowisku rodzinnym, które współtworzą razem z dorosłymi, o tyle szkoła pozostała na etapie ścisłego podziału na dwa światy: dzieci i dorosłych. Niestety, bez domowej i podwórkowej zaprawy młodzi ludzie nie potrafią już sami organizować tego swojego świata w szkole. Czują się w nim obco, oczekują od nauczycieli pomocy i wsparcia tak, jak otrzymują je od rodziców. A nauczyciele wciąż tkwią w swojej własnej czasoprzestrzeni. Jeżeli są wśród nich tacy, którzy czują i chcieliby inaczej, reżim szkolny, z lekcjami i krótkimi przerwami, praktycznie nie daje im takiej możliwości. No i przepis na kryzys gotowy. On zresztą już jest, leży u źródła wielu niepokojących zjawisk obserwowanych dzisiaj w szkołach.

   Myśleć na możliwymi rozwiązaniami można i trzeba. Świetnym pomysłem jest tutoring, w którym uczeń otrzymuje w jakimś sensie na wyłączność uwagę wybranego nauczyciela. Ale to kropla w morzu potrzeb.

   Szkoła musi się zmienić, aby być w stanie zaopiekować się każdym uczniem z osobna. Zamiast trzydziestu lekcji w tygodniu, podczas których nauczyciel (nawet bardzo dobry) siłą rzeczy spogląda na podopiecznych z perspektywy swojego świata, trzeba budować w szkołach wspólny świat uczniów i nauczycieli, a dopiero na tej bazie przywracać młodym ludziom kształtowaną kiedyś na podwórku umiejętność funkcjonowania w społeczności. Media społecznościowe tego braku nie skompensują.

   Nie twierdzę, że należy lekceważyć osiągnięcia nauki o mózgu, ale skuteczne uczenie wydaje mi się obecnie mniej istotne dla rozwoju młodego człowieka, niż jego integracja emocjonalna. Podobnie nowoczesne technologie – są przydatne; trzeba je oswajać i wykorzystywać, ale nieogarnięte dziecięce emocje to jest autentyczne i najbardziej dramatyczne wyzwanie obecnych czasów.

   Największym błędem reformy Zalewskiej jest to, że daje złudną nadzieję rozwiązania współczesnych problemów relacji młodych i dorosłych przez powrót do starych, dobrych wzorców. Poczucie bezpieczeństwa dorosłych, wywołane świadomością, że szkołą działa tak jak za czasów ich młodości, nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia. Dom działa dzisiaj inaczej, dziecko działa inaczej, świat działa inaczej, to i szkoła musi działać inaczej.

   Jeżeli pani Zalewska zapowiada prace nad zmianą sposobu wynagradzania nauczycieli, to jak rzadko deklaruje coś sensownego. Ale dopasowywanie nowych zasad do obecnego kształtu szkoły jest czystą stratą czasu. Życie wymusi (już wymusza!) zmianę sposobu funkcjonowania tej instytucji i zmianę priorytetów w pracy nauczycieli. Usiłując poprawiać tylko stan obecny narażamy się na frustracje – wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nauczyciele nie protestują tylko z powodu nędznych zarobków. Burzą się również w poczuciu bezradności wobec tego, z czym mają do czynienia na co dzień. Próby poprawienia tradycyjnej szkoły w myśl urzędniczych idei przywodzą na myśl konia Boksera ze „Zwierzęcego folwarku”, który na każde niepowodzenie źle zarządzanej gospodarki postanawiał pracować jeszcze ciężej. Aż zdechł.

 

   POSTSCRIPTUM: Przed sekretariatem STO na Bemowie wywieszamy rysunki, które pomagają rodzicom naszych przyszłych uczniów poznać pedagogiczne idee szkoły. Oto na jednym z nich widzimy dwie matki z dziećmi. Pierwsza trzyma córkę za rękę, druga dziewczynka bawi się sama, z dala od swojej mamy.

   – Pani Zosia jest bardzo samodzielna – zauważa pierwsza mama. – Jak pani to robi?

   – Pozwalam jej – odpowiada druga.

   Żart wydaje się dobry, a aluzja przejrzysta. Ale pięćdziesiąt lat temu ani moja mama, ani mamy kolegów biegających po podwórku z kluczem na szyi, nie byłyby w stanie pojąć, co odkrywczego albo śmiesznego jest w tym rysunku. Dla nich było oczywiste, że dzieci mają także swój świat, w którym gospodarują w sposób samodzielny. Niestety, dzisiaj stoimy przed wyzwaniem ogarnięcia zupełnie innej sytuacji.

Wróć

Dodaj komentarz

Skomentował Włodzimierz Zielicz

Bardzo dobry tekst, z jedną uwagą. Szkoła jest zorganizowana tak a nie inaczej nie tylko z powodu woli/wiedzy decydenta (od nauczyciela w górę!), ale również, a raczej głownie, z powodu posiadanych zasobów (na poziomie szkoły - głownie nauczycielskiego czasu na 1 ucznia!). No i tego czego system(nie tylko oświatowy) od szkoły chce i to egzekwuje.Jeśli on, przy pomocy prokuratora, sądu ( o kuratoryjnych urzędnikach nie wspominając!) egzekwuje obowiązek(!) bezpośredniego, osobistego(!) nadzoru nad każdym uczniem w każdym (no prawie - jeszcze nie w WC!)momencie, to szkoła i praca nauczyciela/wychowawcy do tego zostanie dostosowana... :-(

Skomentował Adam

Panie Jarosławie,
To może najwyższy czas napisać alternatywny pomysł na edukację w tym kraju i zacząć szukać sprzymierzeńców te zmiany wdrożyć? Jak większość rodziców i nauczycieli będzie chciała zmiany to ona się zdarzy.
Jaką alternatywę Pan proponuje?
Łączę pozdrowienia
Adam

Skomentował Jarosław Pytlak

Panie Adamie,
to, co robię w szkole podstawowej, a co stanowi jakąś próbę wyjścia z sytuacji, jest już opisane, tylko ląduje w przegródce "ciekawostki". Gdy rozmawialiśmy o liceum, też, jak Pan wie, zaproponowałem troche inną organizację pracy. Wszystko to jednak są próby dopasowania niezbędnych działań do ciążących realiów. Jest też materiał przyszłościowy, opracowany na potrzeby Parlamentarnego Zespołu ds. Przyszłości Edukacji, którego jestem współautorem. To wszystko na razie musi wystarczyć. Chwilowo moim celem jest przekonanie jak największej grupy ludzi, że Zalewska ze swoją reformą, to problem bolesny, ale czasowy. Żeby zmierzyć się z problemami rzeczywistymi, trzeba je sobie najpierw uświadomić.

Skomentował Tadeusz

Jak zwykle bardzo trafne obserwacje i warto je udostępniać !!!

Skomentował Xawer

Nie przeceniałbym znaczenia grup podwórkowych. Był to wielkomiejski fenomen, nawet tam nie obejmujący całości populacji. Jako dziecko mieszkając w Warszawie, nigdy po wyrośnięciu z wieku piaskownicy, nie bawiłem się z rówieśnikami z podwórka! Bawiłem się sam albo z rodzicami. Na wsiach i małych miasteczkach zjawisko grup podwórkowych w ogóle nie istniało. Podwórko służyło do zabawy z psem podwórzowym. Dziecko integrowało się z rodziną i wciągało w prace gospodarskie wraz z nią raczej niż w grupę rówieśniczą. W małych miasteczkach o zabudowie jednorodzinnej było tak samo jak dziś - jeśli akurat dzieci sąsiadów były w podobnym wieku a rodzice mieli dobre stosunki z tymi sąsiadami, to dzieci bawiły się razem, jeśli nie, to były z rodzicami i dziadkami.

"skuteczne uczenie wydaje mi się obecnie mniej istotne dla rozwoju młodego człowieka, niż jego integracja emocjonalna"
Obecnie? A kiedyś integracja emocjonalna nie była ważna dla rozwoju?
Może i ma Pan rację, choć jest to dyskusja o aksjologii i "tym co jest ważne" a nie o faktach. Nie ma to jednak znaczenia - szkoła nie jest od tego, by uszczęśliwiać ludzkość na wszelkie możliwe sposoby i spełniać wszelkie potrzeby, jakie ktoś (z całym szacunkiem) uzna za "ważne dla rozwoju". Szkoła powstała dla uczenia i uczenie jest jej treścią i uzasadnieniem racji bytu - inna rzecz, że wywiązuje się z tego skrajnie nieudolnie. Konstytucja nakłada obowiązek nauki, a nie "integrowania się emocjonalnego". Jeśli jakimś rodzicom potrzebna jest integracja emocjonalna ich dziecka, to niech znajdą sobie odpowiedniego terapeutę albo sami zaczną zajmować się sensowniej swoim dzieckiem (patrz rysunek "pozwalam jej"). Do tego, by matka pozwalała dziecku na samodzielność, nie potrzeba ani szkoły, ani podwórka. To ona sama musi pozwolić, ale to czy pozwala jest jej suwerenną decyzją, od której państwu, jego organom (szkole) i społeczeństwu jako całości wara.

Skomentował Xawer

Proszę też zauważyć, że gruntowna zmiana szkoły musiałaby się wiązać z równie gruntowną, niemal całkowitą wymianą kadry nauczycielskiej.
Rzucił Pan przykładem tutoringu. Akurat mi dość bliskim i sympatycznym - nie ze względu na walory w "integracji osobowości" ale na walor dydaktyczny, o niebo przewyższający system klasowo-lekcyjny. Bardzo niewielka część dzisiejszych nauczycieli byłaby zdolna do pracy jako tutorzy. Zarówno z racji niedokształcenia merytorycznego i braku erudycji, jak i (przede wszystkim) z racji mentalnego niedostosowania do usługowego stylu pracy z młodzieżą i głęboko uwewnętrznionego dydaktycznego podejścia podawczo-kontrolnego i przywiązania do systematycznego ujęcia, podręczników i programów.

Skomentował Adam

Fajny artykuł - w części wspomnieniowej. Jednak co do meritum, uprzejmie proszę Pana Dyrektora o wyjaśnienie, co właściwie musi się mienić, czyli: co to jest "polska szkoła"?

Skomentował Jarosław Pytlak

Spróbuję syntetycznie.
@Włodzimierz Zielicz - pełna zgoda. Ten pełny nadzór (niemal do WC) na pewno sprzyja utrwaleniu w szkole podziału dorośli-dzieci. Niestety, trudno wymyśleć alternatywę - nie ogłosimy wszak rodzicom, że od dziś waszych dzieci będziemy pilnować mniej skrupulatnie. Mój pomysł - łagodny niczym list akademików z poparciem dla nauczycielskiego protestu, to niezgoda na dziennik elektroniczny, jako narzędzie opresji szkolnej (ku zadowoleniu rodziców). Przynajmniej dzieci same mogą decydować, kiedy powiedzą w domu o czymkolwiek. Wiem, że to dramatycznie mało, ale pogoda w oświacie nie sprzyja takiej liberalizacji. Nawet za ten dziennik obrywa mi się czasami, że nie liczę się z potrzebami... rodziców(!).
A co do liczby nauczycieli na "głowę" ucznia, to mam wrażenie, że mamy ich wcale niemało. W mojej postulowanej wizji zmniejszyłbym o połowę liczbę lekcji klasa-nauczyciel, a czas pracy zaoszczędzony na tym (nie tylko same lekcje, ale też przygotowanie do nich, sprawdzanie klasówek - bo tego siłą rzeczy byłoby mniej) skierował na inne działania, wspólne z uczniami. To pewnie utopia, ale nie większa, niż wiara, że bez takich radykalnych ruchów nagle coś w szkołach zmieni się na lepsze.

Skomentował Jarosław Pytlak

@Xaver - w piaskownicy też się Pan nie bawił, bo to nie wiek na wspólną zabawę z dziećmi. W moich wspomnieniach podwórkowych i szkolnych też są postaci, nazwijmy to, mało towarzyskie. Ale były w mniejszości. W czasie mojej młodości dzieci na wsi nie były już tanią siłą roboczą w gospodarstwie. Uznajmy to za osiągnięcie PRL-u. I w małych miasteczkach, i na wsi tworzyły grupy rówieśnicze. Niech Pan poszuka statystyk telewizyjnej akcji "Pancernych" z przełomu lat 60-tych I 70-tych. To były dziesiątki tysięcy "załóg" ze wszystkich zakamarków Polski.
Integracja emocjonalna kiedyś odbywała się samorzutnie, podobnie jak integracja sensoryczna. Teraz obserwuję na co dzień objawy jej braku - I sugeruję, że szkoła musi zmierzyć się z tym problemem, czy chce, czy nie chce.
Ma Pan rację, że szkoła powstała do uczenia - ten Pański pogląd podziela w 100% pani Zalewska. Ja tylko twierdzę, że musi się zmienić, bo do uczenia potrzebna jest teraz mniej niż kiedyś.
Przykro I, ale Pańska wizja, że matka pozwala dziecku na samodzielność albo nie I szkole wara od tego, zupełnie mnie nie przekonuje. Bo do tego, by szkoła spełniała minimum tego, co jej nakazuje prawo, samodzielność dziecka też jest potrzebna. Nie mówiąc o kwestii jego zdrowia psychicznego.

Skomentował Jarosław Pytlak

@Xaver - jasne, że gruntowna przebudowa szkoły musiałaby się wiązać z gruntowną przebudową kadry pedagogicznej. Choć do tutoringu, takiego, jak jest teraz popularyzowany w szkołach (w przeciwieństwie do tego, który Pan uprawia, ma on głównie cel wychowawczy) można z powodzeniem zachęcić sporo nauczycieli. Ta idea zatacza coraz szersze kręgi, o dziwo, w szkołach publicznych. Także dlatego uważam ją za bardzo cenną.

Skomentował Jarosław Pytlak

@Adam - pisząc "polska szkoła" mam na myśli szkołę w Polsce. Szkoły w innych krajach niech będą ich zmartwieniem. Temat, któremu poświęciłem artykuł, obok warstwu wspomnieniowej, miał tylko zasygnalizować, że głównym problemem polskiej szkoły nie jest zła metodyka uczenia (choć oczywiście często bywa zła), albo ignorowanie nowoczesnych narzędzi, ale brak zrozumienia, że dzieci się zmieniły w sposób dramatyczny, a my-nauczyciele, próbując być lepszymi nauczycielami w starym stylu, prędzej padniemy od nadmiaru stresu wynikającego z niepojętej dla nas sytuacji, niż uzyskamy w szkołach poczucie jakiej-takiej harmonii. Ale nauczyciele sami się nie zrewolucjonizują od wewnątrz. Niezbędne są zmiany systemowe. I o tym piszę, choc pewnie "sobie śpiewam, a muzom".

Skomentował Włodzimierz Zielicz

@Jarosław Pytlak
>Niestety, trudno wymyślić alternatywę - nie ogłosimy wszak rodzicom, że od dziś waszych dzieci będziemy pilnować mniej skrupulatnie. < Akurat w tej kwestii sprawa bardziej w przepisach oraz ich interpretacji przez aparaty ścigania i urzędniczy. Np. harcerstwo swoją metodę (pracy zastępami, mówiąc najprościej) jakoś, choć z trudem, obroniło również w systemie prawnym ... ;-)

Skomentował Xawer

Chyba mamy inne wspomnienia z tego samego czasu. Mając kuzynów w Wesołej nie pamiętam, żeby relacje społeczne tam były istotnie różne niż dziś - domy tylko lepiej wyglądają. Ze wsi, gdzie spędzałem wakacje (z rodziną), też nie pamiętam grup rówieśniczych innych niż rodzeństwa w zbliżonym wieku.
W piaskownicy - według opowieści rodzinnych, bo sam byłem za mały, żeby to zapamiętać - często bijałem inne dzieci łopatką albo wiaderkiem po głowie - co zapewne było wyznacznikiem bycia "mało towarzyskim".

Jeśli szkoła jest mniej potrzebna do uczenia, niż do czegoś innego, to szkołę należy zlikwidować, jako już nie potrzebną, a "coś innego" świadczyć w zupełnie innym systemie, nie popartym przymusem, ani (nawet jeśli miałby być finansowany z budżetu) to nie wrzucającym psychoterapii pod budżet edukacji, tylko raczej opieki zdrowotnej albo pomocy socjalnej. Nie miałbym nic przeciwko finansowanym z budżetu socjalnego świetlicom do przechowywania dzieci, gdy rodzice są w pracy, nawet świadczącym usługi dodatkowe. Tylko dlaczego to podciągać pod konstytucyjny "obowiązek nauki" i zmuszać do korzystania z tego wszystkich obywateli???

Od opieki nad zdrowiem psychicznym dziecka jest NFZ i Minister Zdrowia, a nie system edukacyjny. Korzystanie z opieki medycznej jest dobrowolne i bez zgody rodziców (albo odebrania im praw rodzicielskich) nikt nie będzie leczył dziecka psychiatrycznie.
A do jakiego to minimum dydaktycznego samodzielność dziecka jest potrzebna? Do nauczenia się czytać i wkucia tabliczki mnożenia? W szkole konieczna jest raczej bierność i posłuszeństwo w wypełnianiu poleceń, a nie samodzielność.
Samodzielny człowiek raczej odmawia wkuwania głupot...

To, co szkoła uprawia pod hasłem "tutoringu" nie ma z Oxfordem absolutnie nic wspólnego. Na tyle, na ile się o tym dowiedziałem (nigdy nie widziałem na własne oczy) to jest to racej bliższe korepetycjom.


"nauczyciele, próbując być lepszymi nauczycielami w starym stylu, prędzej padniemy..."
Bez przesady! Jeśli widzę czasem dobrych nauczycieli, którym dzieciaki coś istotnego zawdzięczają, to są to właśnie najbardziej tradycyjni w stylu nauczyciele elitarnych liceów, których lekcje niezbyt odbiegają od tych, jakie sami pamiętamy: Pan z Reja, ja z Gottwalda.

Skomentował Jarosław Pytlak

@Xaver - szacun - granit wymięka przy pryncypialności Pańskich poglądów :-). Rozumiem, że Pański tutoring jest oxfordzki. Ja piszę o takim pacanowskim, mławskim, starobabickim itd., który ma coraz więcej adeptów w Polsce i jest związany z pracą wychowawczą, a nie ma nic wspólnego z korepetycjami. Ja to widziałem wielokrotnie, znam też ludzi, którzy to z powodzeniem propagują.
Niestety, NFZ nie ma ludzi, żeby zająć się psychiką młodych. Spada to na szkołę, która stara się udawać, że nie ma tematu. Ale udawać się długo nie da, bo problem nabrzmiewa. Idąc za Pańskim zdaniem pozostanie mi lansować hasło "Psychiatryk rejonowy w każdej gminie".
Reszta niech już pozostanie milczeniem.

Skomentował Xawer

Różnica, poza finansowanie przez NFZ lub MEN, jest fundamentalna - działania medyczne mogą być wyłącznie dobrowolne, na wniosek zainteresowanego, w marginalnych skrajnych przypadkach wyrokiem sądu.
Edukacja natomiast nadal jest przymusowa wobec wszystkich.

Powtórzę też - mławski tutoring jest działalnością wychowawczą, a nie dydaktyczną, to szkoła z przymusu nie ma prawa go stosować. Przymus/obowiązek dotyczy nauki, a przymusowe działanie wychowawcze jest uzurpacją uprawnień i naruszeniem konstytucyjnej prerogatywy rodziców do wychowywania swojego dziecka. Mogłaby robić to tylko szkoła taka, jak pańska - z wyboru, działająca na zlecenie rodziców, akceptujących program wychowawczy. Ale nie szkoła "ostatniego wyboru", do której się trafia z przymusu, nie wybierając żadnej samemu.

PS. Pryncypialność, podobnie jak "mała towarzyskość" są chyba głównymi wyznacznikami autyzmu...

Skomentował Xawer

Dawno już temu wyprowadzono ze szkół dotychczasowych lekarzy i dentystów szkolnych, robiąc z nich po prostu lekarzy i dentystów. Najwyższy czas, by wyprowadzić i oddać pod system Ministerstwa Zdrowia również psychologów, psychoterapeutów, itp. Poddając ich wymogom takim samym, jakim podlegają wszyscy inni terapeuci, podległości resortowi zdrowia, a nie min.Zalewskiej, dobrowolności korzystania z ich usług, oraz przypisując koszty ich funkcjonowania do MZ a nie MEN.
A z pewnością nie należy rozdymać tej narośli na edukacji i nie traktować jej jako centralnego punktu szkolnictwa.

Skomentował Stanisław Czachorowski

Niezwykle trafne i celne. Przeczytałem, upowszechniam. Co do grup podwórkowych, to istaniały one na wsi, w miasteczkach i dużych miastach. Znam z autopsji :).

Skomentował Adam

@Jarosław Pytlak
"Polska szkoła" to pojęcie statystyczne, a statystyka jest jak uliczna latarnia - wszystkim oświetla drogę, ale nikogo do domu nie zaprowadzi. "Polska szkoła" jako konstrukt statystyczny w rzeczywistości nie istnieje, podobnie jak nie istnieje np. "szkoła warszawska" tylko są konkretne szkoły: X na Bielanach, Y w Śródmieściu czy SP 24 STO na Bemowie, którą kieruje Jarosław Pytlak. Każda szkoła jest inna, więc wymaga innego "programu naprawczego" (jeśli w ogóle wymaga naprawiania). Apodyktyczny slogan "polska szkoła musi się zmienić" lepiej zostawić (bo nie ma innego wyjścia) do realizacji pani minister i jednocześnie pilnować, aby zbyt wiele nie zepsuła, w szkołach, które istnieją naprawdę i w których odbywa się prawdziwe nauczanie i wychowanie prawdziwych młodych ludzi.

Skomentował Jarosław Pytlak

Adamie, jeszcze kilka miesięcy temu przyznałbym Ci rację. Sam pisałem, że bardziej wierzę w oddolną zmianę (siłą rzeczy - na miarę chęci I możliwości każdej konkretnej szkoły), niż odgórny impuls. Teraz jednak, także na podstawie obserwacji z własnego poletka, uważam troche inaczej. Żadna szkoła, nawet tak mi bliskie I dość jednak nowoczesne pedagogicznie STO na Bemowie, nie poradzi sobie z rzeczywistością, jeśli zabraknie jakiegoś odgórnego impulsu do zmiany. Zmiany na gorsze w funkcjonowaniu dzieci, nauczycieli I rodziców zachodzą w oczach (!). Sam zadaję sobie pytanie, jak długo jeszcze zdołam rozplątywać mnożące się węzełki, z których większości pięć lat temu jeszcze nie było.

Skomentował Adam

Jarku, przyjęło się, nie wiadomo dlaczego, że centrum polskiej edukacji mieści się w Warszawie przy al. Szucha 25. Otóż nic bardziej mylnego. Centrum edukacji jest rozproszone na kilkadziesiąt tysięcy elementów i mieści się w każdej szkole. Bo tam dzieje się to, co w edukacji najważniejsze - kształcenie młodych umysłów i charakterów. Bez szkoły ministerstwo edukacji nie ma żadnego sensu - dlatego pani minister tak się obawia szkolnego strajku (samo ministerstwo nie strajkuje, gdyż gdyby go zabrakło, szybko okazałoby się, że nie jest szkołom do niczego potrzebne).
Mówiąc "polska szkoła musi się zmienić' wchodzisz w skórę do niczego niepotrzebnego ministra "wiedzącego najlepiej", czego szkołom trzeba. Po ci Ci to? Jesteś świetnym dyrektorem, więc nim bądź i kieruj Waszym (Twoim, nauczycieli, uczniów i rodziców) znakomitym centrum polskiej edukacji na Bemowie, dzieląc się doświadczeniem z innymi centrami.
Serdeczności

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...