Blog

Otwarcie sezonu w Rudawce

(liczba komentarzy 1)

   Na początek informacja niezbędna dla tych, którzy nie wiedzą, co to jest Rudawka. Powiedzieć, że jest to wieś w Puszczy Augustowskiej, przy samej granicy z Białorusią, to nic nie powiedzieć. Jest to bowiem, przynajmniej dla kilku pokoleń harcerzy i uczniów Zespołu Szkół STO na Bemowie, miejsce magiczne, w którym znajduje się Baza. Owa Baza, to liczący już ponad 80 lat drewniany budynek dawnej szkoły podstawowej, zamkniętej w 1994 roku, a obecnie na parterze – świetlica wiejska, zaś na piętrze pięć sypialni, trzy łazienki i kuchnia – w sumie ponad dwadzieścia miejsc noclegowych w pomieszczeniach dzierżawionych przez Fundację „Harcerska Wola”.

   Nasze gospodarowanie w Rudawce datuje się od 2003 roku. Przez Bazę przewinęło się już z górą pięć setek uczniów, biorących udział w imprezach, takich jak majówki, spływy kajakowe Czarną Hańczą, doroczne wycieczki integracyjne czwartoklasistów, czy letnie kolonie. Ponieważ Baza nie ma zimowego ogrzewania, funkcjonuje od kwietnia do października. Każdy kolejny rok zaczyna się wyjazdem, zwanym „Otwarciem sezonu”, a kończy jego „Zamknięciem”.

   W tym roku dwudniowa wyprawa na otwarcie zgromadziła szesnastkę gimnazjalistów i cztery osoby dorosłe. Samych entuzjastów, gotowych do ciężkiej pracy przy przywracaniu Bazy do życia. W całej grupie mieliśmy jednego tylko debiutanta, który dołączył do ekipy za sprawą głosu serca ciągnącego go do pewnej uroczej blondynki, i to mimo zbliżającego się wielkimi krokami egzaminu gimnazjalnego. Cóż, serce nie sługa…

   Jak ciepłe uczucia budzi Rudawka w sercach naszych, najlepiej świadczy głośne odliczanie na ostatnich metrach, a następnie gromki okrzyk „Rudawka!” w chwili, gdy wiozący nas mikrobus firmy DAREKBUS przekroczył granicę wsi. Zaraz potem podzieliliśmy się na cztery brygady, z których jedna, w całości męska, pod wodzą pana konserwatora Marcina, zabrała się za uruchamianie wody, zamiatanie, mopowanie i usuwanie rozlicznych pajęczyn. W tym samym czasie pozostałe, każda w składzie dwóch dziewczyn i dwóch chłopaków z dorosłym asystentem, ruszyły na rekonesans, żeby sprawdzić, czy granica jest wciąż na tym samym miejscu, a tabliczki oznaczające punkty ścieżki przyrodniczej, którą stworzyliśmy w ciągu kilku ostatnich lat, wciąż znajdują się w terenie, umocowane do dębowych słupków, które podarował nam emerytowany pan leśniczy.

   Mnie przypadł w składzie brygady debiutant, co oznaczało rytualną wycieczkę na graniczną śluzę Kurzyniec, która zawsze jest pierwszym krokiem w okolicy dla nowych adeptów rudawkowania. Z drugim chłopakiem, Szymonem założyłem się o butelkę „Krynki”, że na pewno nie doprowadzi nas na miejsce. Miałem go w ten sposób „z głowy”, a przy okazji obie dziewczyny, które starannie go pilotowały. Z debiutantem-Bartkiem zostaliśmy nieco z tyłu, tocząc luźną rozmowę o wszystkim i o niczym, z której zapamiętałem jedną jego niemal intymną refleksję, którą mnie uraczył, trąciwszy uprzednio łokciem: „Panie dyrektorze! Że też w pana wieku chce się panu jeszcze wyjeżdżać na takie imprezy…”. W pierwszej chwili miałem ochotę go palnąć, ale uprzytomniłem sobie, że ponad trzydzieści lat temu zabierałem na harcerskie eskapady jego przyszłą mamę, więc nie powinienem się dziwić, że dla chłopaka jestem po prostu współczesną formą dinozaura.

   Z Kurzyńca do Bazy wracaliśmy brzegiem Kanału Augustowskiego i tym razem to Bartek szedł z dziewczynkami na szpicy, a mnie towarzyszył Szymon. Rozmawialiśmy o harcerstwie, które moim zdaniem nie jest już takie jak kiedyś, ale zdaniem Szymona, wcale nie jest takie złe. Miło było tego posłuchać.

   Trzy brygady szperaczy dotarły do Bazy jak raz na kolację, którą zjedliśmy w gościnnej jadalni baru „Pod słowikiem”. Jego właścicielka, pani Marzenka, uruchamia go w rytm naszych przyjazdów (bo na tym odludziu jesteśmy praktycznie jedynymi klientami, no może poza okresem wakacyjnym, kiedy od czasu do czasu zbłądzi tutaj jakiś turysta). Po kolacji odbyła się odprawa bojowa na temat tego, co mamy do zrobienia nazajutrz, głośne czytanie kilku opowiadań Sterana Wiecheckiego – Wiecha – całkiem śmiesznych, oraz zajęcia własne, czyli przewracanie się po łóżkach w towarzystwie mieszanym oraz oglądanie filmów z kaset VHS na archaicznym odtwarzaczu, stanowiącym zabytkowy element wyposażenia Bazy. Kadra w tym czasie dyskretnie siedziała sobie w kuchni, zapewniając młodzieży niezbędną dozę swobody, tak bardzo kojarzącej się wszystkim z pobytem w Rudawce.

   Następnego dnia po śniadaniu cztery brygady ruszyły do pracy. Czegośmy tam nie robili…?! Wypucowaliśmy wszystkie pomieszczenia, uporządkowaliśmy wyposażenie kuchni, wynieśliśmy kilkadziesiąt kocy, które pani Marzenka upierze do naszego następnego przyjazdu. Odkurzyliśmy wystawę etnograficzną, znajdującą się w wiejskiej świetlicy. Oczyściliśmy ulicę na całej długości posesji, załataliśmy dziury w płocie, zrobiliśmy nową klapę na studzienkę wodociągową. Oczyściliśmy rynny z pokładów zeszłorocznych liści, co było pracą dość emocjonującą, bo na wysokości. Postawiliśmy nowe słupki i siatkę na boisku do ringo, wymyliśmy klatkę schodową, A wszystko to z entuzjazmem młodych ludzi, który prawdopodobnie zaszokowałby ich rodziców, w domu raczej nie przyzwyczajonych do angażowania się pociech w jakiekolwiek porządki.

   Na radosnej twórczości porządkowej czas nam zszedł do południa. Potem jeszcze tylko obiadek „Pod słowikiem”, z sakramentalnym schabowym o powierzchni większej niż talerz, kilka pożegnalnych spojrzeń na Bazę i powrót do Warszawy. To był naprawdę udany wyjazd, podczas którego nasi uczniowie dużo się uczyli. Nie polskiego, matematyki, czy przyrody, ale życia społecznego, a to dzisiaj dziedzina ważniejsza, niż wszystkie przedmioty szkolne razem wzięte.

   I jeszcze słówko na temat „Krynki”. Zlikwidowaliśmy wszystkie zasoby tej oranżady w lokalnym sklepie. Dwóch chłopców zakupiło nawet po kontenerze do zabrania do Warszawy. Ciekawostkę zaś stanowi to, że „Krynka” jest dosyć paskudnym zajzajerem, o zerowych wartościach odżywczych. Mimo to, pijemy ją w Rudawce wszyscy, wraz z niżej podpisanym. Stanowi modelowy przykład marketingu, w którym zamiłowanie do jakiegoś towaru wynika wyłącznie z miłych skojarzeń związanych z jego obecnością. Kończąc ten felieton wznoszę zatem toast buteleczką „Krynki”, którą – a jakże – przywiozłem sobie z Rudawki. I czekam już na następny wyjazd!

Wróć

Dodaj komentarz

Skomentował Leśny Władek

Drogi Panie Dyrektorze, ten tekst świetnie oddaje atmosferę Rudawki. Ładnie napisany. (r=f)
Niepokoi mnie tylko pominięty temat plantacji paulownii. Jak/czy przeżyła zimę?

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...