Blog

Gambit minister Zalewskiej

(liczba komentarzy 2)

   Kilkakrotnie sugerowałem na blogu, by nie lekceważyć minister Anny Zalewskiej. Niestety, jak się właśnie okazuje, było to wołanie na puszczy. I doprawdy nie ma znaczenia, czy kolejne posunięcia wymyśla ona sama, czy zawdzięcza pomysły swoim utalentowanym doradcom. Jeżeli uznajemy ją za jedyną „twarz” deformy edukacji, zbierającą na siebie całe odium społecznej niechęci, to konsekwentnie przyjmijmy, że to właśnie ona rozgrywa obecnie ze środowiskiem nauczycielskim partię szachów, w której 10 stycznia zdecydowanie wzmocniła swoją pozycję.

   Długofalowy cel działań MEN jest prosty: doprowadzenie do końca podyktowanych ideologią zmian w systemie edukacji, a zarazem spacyfikowanie społecznych, a szczególnie nauczycielskich protestów. Wisienką na torcie będzie skuteczne wpojenie suwerenowi przekonania, że całemu złu winni są inni: zdominowane przez opozycję samorządy (bo nie potrafią dostosować sieci szkolnej do potrzeb), dyrektorzy placówek (bo nie organizują właściwie zajęć i nie zapewniają odpowiedniej kadry) i zanarchizowani nauczyciele (bo buntują się, nie doceniając spływających na nich dobrodziejstw finansowych). Jeśli się uda, może to dorzucić cenne procenty do wyniku obozu rządzącego w tegorocznych wyborach parlamentarnych.

   Powstałe spontanicznie jeszcze przed Świętami i w pierwszych dniach nowego roku ogniska „belfrzej grypy” stanowiły preludium do trwającego obecnie starcia, w którym kluczową rolę odgrywają związki zawodowe. Z jednej strony „Solidarność”, od początku nie ukrywająca poparcia dla obozu „dobrej zmiany”, z drugiej jednoznacznie kojarzone z opozycją ZNP i FZZ. Pierwsza potyczka nastąpiła 10 stycznia, a gambit wykonała szefowa MEN, przy moim zdaniem z góry ukartowanej współpracy przedstawicieli „Solidarności”.

   Cóż takiego stało w Centrum Dialogu Społecznego?

   Po raz kolejny okazała się mianowicie rzecz oczywista dla wszystkich zorientowanych w sytuacji w oświacie, że związki nauczycieli nie są w stanie współdziałać. Przyczyna tego stanu rzeczy ma charakter polityczny i tylko naiwni sądzą, że ogólna oświatowa mizeria mogłaby podział zawiesić. Nawet jeśli udałoby się stworzyć wspólny front w pojedynczych placówkach, na szczytach związkowej hierarchii nie ma nawet cienia woli współpracy. Dzięki temu zbiorowe z pierwotnego założenia negocjacje zostały przez przedstawicieli MEN z premedytacją rozbite na dwie części. Rolę konstruktywnego partnera społecznego odegrała w tym teatrze prorządowa „Solidarność”, która wynegocjowała (jeśli to słowo nie jest w tym miejscu nadużyciem) obietnicę spełnienia kilku postulatów.

   Pionki, które oddała minister Zalewska, naprawdę nie mają wielkiej wartości. A mianowicie, zgodnie z opublikowanym jeszcze tego samego dnia oświadczeniem KSOiW NSZZ „Solidarność”, szefowa MEN wyraziła zgodę na negocjacje o 15% podwyżkach wynagrodzeń zasadniczych nauczycieli od stycznia 2019 roku. Pierwsza fama poszła w internecie, że padła z jej strony zgoda na podwyżki, ale to zostało przez samą zainteresowaną dzień później zdementowane. W istocie mamy tylko nic nie kosztującą obietnicę dalszych negocjacji płacowych, co oznacza zyskanie na czasie (może protesty nauczycieli podczas ferii wygasną) oraz przedstawienie dobrej woli MEN w kontrze do roszczeniowej postawy ZNP, które nie wykazuje woli porozumienia, tylko żąda nierealnej kwoty 1000 złotych. To posunięcie stanowi też przynętę dla pragmatycznych nauczycieli (jakich wielu), bowiem z pewnością znajdą się tacy, którzy dojdą do wniosku, że lepiej dostać podwyżkę trzykrotnie wyższą od pierwotnie zapowiedzianej, niż strajkując narażać się na potencjalne represje. Otwiera ono również pole manewru na przyszłość – albo wycofania się z negocjacji pod dowolnym pretekstem, albo doprowadzenia do ugody z „Solidarnością” na poziomie owych 15%. To i tak wielokrotnie mniej, niż koszt postulowanego przez ZNP 1000+, a w roku wyborczym całkiem atrakcyjna dla rządu cena za podtrzymanie rozbicia środowiska oświatowego i zarazem przypięcie swoim związkowym sojusznikom medalu za skuteczne reprezentowanie biednych nauczycieli.

   Reszta pionków oddanych przez Zalewską jest jeszcze mnie warta, bo albo dotyczy spraw już wcześniej przegranych (ocena pracy), albo mało istotnych. Zresztą, diabeł tkwi w szczegółach, a o tych dowiemy się nie wcześniej niż po połowie lutego. A dokładnie kiedy i czym ostatecznie skończą się te negocjacje – na ten moment jest to pytanie do wróżki.

   Opisanym tutaj manewrem Anna Zalewska postawiła pozostałe związki zawodowe w sytuacji przymusowej. W praktyce zamknęła drogę do dalszych negocjacji (choć sama może występować w telewizji i dziwić się na użytek ciemnego ludu, że zapowiadany jest strajk, a przecież planuje się kolejne rozmowy), zmuszając do rozpoczęcia przygotowań do strajku. Zanim odbędą się wszelkie procedury w tej sprawie się miną kolejne miesiące, w czasie których będzie można spokojnie negocjować z „Solidarnością”, a w przypadku zagrożenia rzucić nauczycielom to czysto hipotetyczne chwilowo 15%.

   Przy tym wszystkim trudno mi oprzeć się wrażeniu, że pani minister uzyskała niespodziewane wsparcie ze strony ZNP. Nie wiem, czym kierowały się władze związku decydując się stawić na negocjacje w zdecydowanie zbyt dużej grupie ludzi, na dokładkę ubranych w żółte kamizelki. Nieświadomy być może bardzo istotnej przyczyny tego posunięcia muszę je uznać za błąd, który ułatwił szefowej MEN rozbicie negocjacji na grupy, a równocześnie pozwolił pokazać działaczy ZNP w roli zadymiarzy, niegotowych do uczciwych negocjacji. Tym bardzie, że francuski protest żółtych kamizelek był w Polsce relacjonowany głównie jako przejaw buntu, z odcieniem anarchii, a nie konstruktywny proces społeczny, umożliwiający dokonanie jakiegokolwiek postępu. W ten sposób uczyniono prezent dla rządowej propagandy.

   Takie jest moje spojrzenie na sytuację zaistniałą 10 stycznia i jej potencjalne konsekwencje. Czy może się ona rozwinąć z pożytkiem dla społeczeństwa, którego celem powinno być wycofanie tych wszystkich elementów deformy Zalewskiej, które można wycofać bez szkody dla uczniów (czyli, na przykład, radykalne ograniczenie zawartości podstawy programowej), wywalczenie godziwych warunków pracy i płacy dla nauczycieli, a w dalszej perspektywie sprowadzenie polskiej oświaty na tory adekwatne do realiów końca drugiej dekady XXI wieku? Niestety, obawiam się, że bez protestów nauczycieli szansa na to jest znikoma. Dlatego, choć wielokrotnie nie zgadzałem się z różnymi działaniami podejmowanymi przez ZNP, szczerze popieram zamiar wejścia w oficjalny spór z rządem, nawet jeśli ostatecznie doprowadzi on do strajku. Uważam też, że czas hamletyzowania się skończył i nauczyciele powinni zadbać o swoje zdrowie, aby w tym szukać poczucia własnej, prawdziwej tym razem solidarności.

Wróć

Dodaj komentarz

Skomentował Włodzimierz Zielicz

Racja niestety! :-( I brak nadziei! Bo co sądzić o stosunku do edukacji (i losów 7 roczników SWOICH dzieci - 1 i 2 klasa szkół średnich, 3 lata kumulacji Zalewskiej i 2 lata kumulacji Kluzik(6-latki)) najbogatszego(!) miasta w Polsce - Warszawy, która chce nadal(!) ZBYĆ problem kumulacji roczników w szkołach średnich z przyszłego roku gigantycznymi klasami 38-40-osobowymi i nauką na zmiany czyli powrotem do warunków edukacji sprzed PÓŁ WIEKU! Przy innej młodzieży, innej roli szkoły i relacjach uczeń-szkoła i uczeń - nauczyciel ... :-( http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,24347223,reforma-edukacji-ratusz-policzyl-w-warszawie-brakuje-15-tys.html

Skomentował Janina Krakowowa

No cóż, znowu wypada się zgodzić z Autorem, co zresztą nie napawa optymizmem. I ja widzę, że to Anna Zalewska rozdaje karty i gra tak, by przed wyborami zgarnąć jak najwięcej dodatkowych punktów. Oczywiście nie w oczach tych, co cokolwiek wiedzą o edukacji, ale wszystkich pozostałych. Oczywiście środowisko nauczycielskie jest rozbite i to nie tylko na poziomie związków, ale także niżej. Oczywiście to rozbicie zawdzięczamy w sporej części różnym celowym działaniom MEN.

Dla mnie także kardynalnym błędem nauczycielskiego buntu jest brak równoległych postulatów dotyczących naprawy najdotkliwszych błędów reformy – a więc przede wszystkim rewizji nieszczęsnej podstawy programowej. To jest najważniejsza i najpilniejsza sprawa w tym całym bagnie, w którym tkwimy już od półtora roku. A to przy okazji jest wspólny cel dla nauczycieli, uczniów i rodziców. O takie cele nam przecież chodzi! Jednoczące, a nie dzielące przeciwników ekipy Zalewskiej na zwalczające się podgrupy.

A po trzecie – i tu już przemawia przez mnie obrzydliwa mściwość - to jest sprawa, z której Anna Zalewska nie wywikła się łatwo. Bo o ile sytuację płacową jednak po części odziedziczyła po poprzednikach, to tu jej wina jest stuprocentowa.

W tej chwili po starciu strajkowo-płacowym pani Ania może ubrać się w szaty męża opatrznościowego polskiej edukacji. Coś tam nauczycielom dorzuci – przecież ona sama już wie, że dorzucić musi. Już nie w interesie własnym, ale swojej partii. Bo bez kilku ochłapów we wrześniu 2019 szkoły w większych ośrodkach mogą w ogóle nie zastartować – z braku matematyków, fizyków, a nawet polonistów. A sprawę najistotniejszych reform reformy znów się odepchnie na bezpieczną odległość...

Nasza strona używa, do prawidłowego działania używa technolgii ciasteczek. Więcej informacji na ten temat na stronie: Więcej...